czwartek, 24 listopad 2011 12:16

Maciej Tomecki: Chińska hegemonia

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Chiny_hegemonem


  Maciej Tomecki

Recenzja: Antoine Brunet i Jean-Paul Guichard, Chiny światowym hegemonem? Imperializm ekonomiczny „państwa środka”, Wydawnictwo: Studio Emka, Warszawa 2011, 324 ss. 

Nie jest prawdą, że cały świat przeżywa kryzys. To świat zachodni pogrążony jest w kryzysie. Antoine Brunet i Jean-Paul Guichard w swojej książce: „Chiny światowym hegemonem? Imperializm ekonomiczny «państwa środka»”, pokazują, że Zachód nie chce dostrzec zagrożenia płynącego z imperialistycznych planów tego najludniejszego obecnie państwa świata, ani nawet dostrzec realnej jego siły. Wzrost chińskiego PKB, które w 2009 roku obniżyło się do poziomu 6,2%, a obecnie wynosi 11,9% wydaje się to potwierdzać.

 

Już we wstępie swojej książki autorzy stanowczo rozprawiają się z mitem „słabości i zacofania Chin”. Nie miejmy wątpliwości, że rozpowszechnianie tego mitu to celowa strategia. Ukrywanie swoich atutów, oszukiwanie wroga w celu skuteczniejszego i niespodziewanego ataku jest znanym narzędziem wojennym, opisanym już przez starożytnego chińskiego stratega Sun-Tzu. Właściwie, wskutek pogłębiającego się kryzysu państw Zachodu, nie tylko ekonomicznego, ale i strukturalnego, stajemy się coraz bardziej uzależnieni od chińskich pieniędzy, a coraz prężniejsze lobby chińskie na Zachodzie sukcesywnie utrudnia podjęcie właściwych działań. Wielu ekspertów upatruje źródeł kryzysu w chciwości i lekkomyślności polityków oraz banków Zachodu. Jednak mało kto podejmuje próbę szukania przyczyn tego problemu w Chinach, które przez gospodarcze osłabienie Zachodu, chcą spowodować przesunięcie się geopolitycznego centrum w stronę Azji oraz stać się światowym hegemonem.

Jeśli trzeba byłoby wskazać państwo, które wyciągnęło najwięcej wniosków z historii wielkich imperiów, to wybór padłby właśnie na Chiny. Każde imperium oparło swój model gospodarki na merkantylizmie, który zakłada przede wszystkim uzyskiwanie nadwyżek w handlu z innymi krajami i ochronę własnego rynku. W wymianie międzynarodowej nie ma równowagi. Kraje dominujące wytwarzają nadwyżki handlowe, a inne państwa posiadają mniejszy lub większy deficyt. Autorzy, analizując powstawanie i zmierzch imperiów, dochodzą do wniosku, że Chiny bardzo zręcznie unikają błędów historycznych państw dążących do hegemonii, równocześnie skutecznie naśladując jednak ich pozostałe działania.

Z analizy historycznej, przeprowadzonej przez autorów, wynika kilka bardzo istotnych uwag: po pierwsze - zawsze istnieje mocarstwo hegemoniczne. Historia nie znosi próżni. Anglia była hegemonem w XIX wieku. Po niej dominacyjne berło przejęły Stany Zjednoczone, które co prawda dzierżą je do dziś, ale coraz bardziej widać, że Chiny chcą im je odebrać. Dlatego mówienie o wielobiegunowości jest błędem - oczywiście, każde mocarstwo musi mierzyć się z innymi potęgami. Z Anglią walczyły kolejno Francja (aby odzyskać hegemonię w XVIII wieku), Niemcy i wreszcie Stany Zjednoczone, którym udało się to po II wojnie światowej. Następnie USA musiały zmagać się równocześnie z ZSRR i Japonią, a teraz z Chinami. Po drugie: merkantylizm stanowi skuteczną strategię na drodze do hegemonii. Przez ochronę własnej gospodarki i dążenie do uzyskania nadwyżek w handlu z innymi krajami, w krótkim czasie każde państwo, stosujące merkantylistyczną taktykę, bardzo szybko się rozwijało i stawało się coraz potężniejsze. Dotyczy to osiemnastowiecznej Francji, później Anglii, Niemiec, Stanów Zjednoczonych, a obecnie Chin. Po trzecie: Kryzysy są najlepszą okazją do przemieszczania się potęgi między państwami. Umocnienie się jednego państwa, w skutek ogromnych nadwyżek handlowych, może prowadzić do schyłku, a na pewno bardzo poważnego kryzysu ekonomicznego innych państw. Działania Chin, które świadomie dążą do podtrzymania obecnego kryzysu w Europie i USA, potwierdzają to stanowisko.

Analizując historię Chin, autorzy słusznie zauważają, że po epoce Mao (1949-1976), który wprowadził zasady i model funkcjonowania państwa podobne do Związku Radzieckiego (terror, kolektywizacja, centralne sterowanie gospodarką), kraj był wykrwawiony, zarówno gospodarczo, jak i politycznie. Po objęciu władzy przez Denga Xiaopinga Komunistyczna Partia Chin obawiała się albo zewnętrznej agresji na tak słabe państwo, albo buntu chińskiej ludności. Model gospodarczy musiał się zmienić - zerwano z komunistycznym modelem, przeprowadzono prywatyzację wielu przedsiębiorstw publicznych, zezwolono na działalność firm prywatnych, a na wsiach komuny krajowe zastępowano gospodarstwami rodzinnymi. Powstawały też specjalne strefy ekonomiczne, jak chociażby Shenzhen – miasto graniczne z Hong-Kongiem.

Niestety, Europa wciąż postrzega Państwo Środka jako biedne, „małe gospodarczo”, powoli się modernizujące. Zdaniem autorów książki już w tym momencie PKB Chin jest równe PKB USA. Oficjalnie PKB Chin za rok 2009 wynosiło 14 500 mld juanów, a USA 33 500 mln dolarów. W 2009 roku kurs wymiany był ustalony na 6,83 juana za dolara i na tej podstawie PKB Chin wynosiłby 4900 mld dolarów - tylko 34% PKB USA. Jednak przy zastosowaniu szacunków na podstawie metody parytetów siły nabywczej, stosowanej przez wielkie organizacje międzynarodowe, gdzie do 2007 roku parytet wynosił 1,96 juana za jednego dolara, a od 2007 roku 3,40 juana za jednego dolara, PKB Chin za rok 2009 wygląda zupełnie inaczej: wynosi albo 17.100 mld dolarów (120% PKB amerykańskiego) albo 9.800 mld dolarów (69% PKB USA). Na podstawie tych danych Antoine Brunet wyciąga wniosek, że PKB Chin i USA są równe i wynoszą około 20% PKB światowego. Chiny bardzo szybko rozwijają się i wykorzystują najnowocześniejsze technologie. Nie jest to kraj nastawiony tylko na produkcję tanich produktów o słabej jakości. Ich potencjał militarny jest ogromny: kraj ten zajmuje trzecią pozycję na świecie, jeśli chodzi o liczbę rakiet jądrowych, a drugie jeśli chodzi o liczbę atomowych okrętów podwodnych.

Wielu intelektualistów popularyzuje pogląd, że wraz z bogaceniem się Chińczyków i wzrostem ich zamożności, kraj będzie dążył do demokratyzacji i stopniowo będzie przyjmował zachodni wzorzec państwa. Nie ulega wątpliwości, że Chiny są państwem totalitarnym. Od 1949 roku w Chinach nie było żadnych wyborów, obowiązuje zakaz stowarzyszania się, inne partie polityczne, niż KPCH, są zakazane. Prasa i media są ściśle kontrolowane przez Komunistyczną Partię Chin. Także Internet podlega nadzorowi, czego dobrą emanacją było usunięcie firmy Google i wprowadzenie Baidu. W Chinach dopuszczone do sprzedaży laptopy muszą być wyposażone w przyrząd kontrolujący. System sądowniczy jest całkowicie podporządkowany partii, a każdy Chińczyk ma sporządzoną teczkę już od momentu rozpoczęcia nauki. Ingeruje się także w model rodziny. W 1979 roku wprowadzono „słynną” zasadę jednego dziecka. Na prowincjach, gdzie stwierdzono łamanie tej wytycznej, odgórnie przeprowadzono przymusową sterylizację kilku tysięcy kobiet i mężczyzn! Natomiast spektakularna odpowiedź na nadzieje demokratyzacji Chin nadeszła szybko - była nią krwawa masakra na placu Tian’anmen wiosną 1989 roku.

W ślad za dziedzictwem sowieckim, Chiny od 1949 roku wprowadziły zakaz swobodnego poruszania się osób po terytorium państwa. Władze mogą jednak wydać tymczasowy paszport wewnętrzny -  hukou. Zatem, z jednej strony można kontrolować i utrzymywać na miejscu ludność z biedniejszych prowincji, z drugiej można pozyskiwać tanią, wręcz niewolniczą, siłę roboczą, ponieważ beneficjenci hukou minyong – nie mają żadnych praw w miejscach, do których przybywają. Nie może towarzyszyć im małżonek, czy dzieci, a jeśli minyong się z tego wyłamie – jego dziecko traci prawo do kształcenia się. W ten sposób państwo chińskie stworzyło ponad 120 milionową grupę minyong, która żyje w całkowitym osamotnieniu. Ludzie ci są pozbawieni praw i kontaktu z rodziną – administracyjnie i społecznie nie istnieją, ich jedynym celem jest ciężka praca. Natomiast model pozyskiwania elit polega na dokooptowaniu do partii. Dotyczy to około 5% ogółu społeczeństwa – 76 mln Chińczyków. Kryterium rekrutacji jest przede wszystkim sukces zawodowy i konformizm polityczny. Tworzy się w ten sposób bardzo wpływową grupę, która jest w dużym stopniu zainteresowana podtrzymaniem obecnego systemu, zapewniającego im sukces.

Sporą popularnością cieszy się także pogląd, że finansowanie zachodnich długów przez Chiny (wg ustaleń Financial Times USA jest zadłużone wobec państwa chińskiego na kwotę 850 mld dolarów, a kraje Unii Europejskiej na 630 mld euro) wydaje się być czymś naturalnym w dobie globalizacji, a nawet korzystnym, ponieważ napędza konsumpcjonizm, a tym samym powoduje dalszy rozwój rynku. Zdaniem autorów, Chiny prowadząc wojnę gospodarczą, zmierzają do zdobycia hegemonii nad światem. Orężem w tej wojnie jest wspomniany już merkantylizm, dążenie do dezindustralizacji państw Zachodu, także zaniżanie kursu juana. Pierwsze skutki tego konfliktu można było obserwować w 2001 roku, kiedy to pękła spekulacyjna bańka internetowa, gospodarka amerykańska wyhamowała, a George W. Bush wprowadził w życie plan ożywienia gospodarczego, który miał załatać coraz większy deficyt handlowy gospodarki amerykańskiej. To zamierzenie nie powiodło się. Dlatego realizowano plan wprowadzenia kredytów subprime, za pomocą których banki i rząd zachęcały ubogie rodziny do brania kredytów na zakup nieruchomości, a także obniżono stopę bazową do rekordowo niskiego poziomu 1%, podczas gdy ceny rosły w tempie 2,5% rocznie. Spowodowało to boom na rynku nieruchomości i coraz większe zadłużanie się gospodarstw. Jednak w 2007 roku, mimo deficytu handlowego, PKB USA wzrósł o 3,5%. Jednak był to wzrost na krótką metę, a jego skutki znamy bardzo dobrze. Załamanie się banków i systemu finansowego w 2008 r. wynikało z osiągnięcia maksymalnych zdolności do zadłużenia się.

Ukazanie kryzysu z perspektywy wojny gospodarczej, wypowiedzianej Zachodowi przez Chiny, może być czymś zupełnie nowym dla polskiego Czytelnika. Biorąc pod uwagę, że Unia Europejska i USA posiadają stałe deficyty handlowe z Chinami, musiały przezwyciężać przeszkodę - mimo deficytu handlowego utrzymywać zadawalający wzrost produkcji oraz zmusić obywateli do wydawania, konsumowania, aby napędzić wewnętrznie gospodarkę. Innymi słowy - aby nadążyć za rozwojem innych państw, należało zmusić swoich obywateli, aby wydawali więcej, niż zarabiają. Stąd zachęty do wzmożonej konsumpcji i zadłużania się. Taki model państwa, które posiadając deficyt w handlu zagranicznym, utrzymuje wzrost dzięki powtarzalnemu uciekaniu się do pobudzania popytu wewnętrznego, obowiązuje od dłuższego czasu w USA i Europie. Model ten jest zgubny, ponieważ w końcu nadchodzi moment, kiedy dalsze zadłużanie się staje się niemożliwe.

Niewielu politykom wydają się przeszkadzać codzienne manipulacje państwa chińskiego na rynku wymiany walut i bardzo duże niedoszacowanie kursu wymiany juana na dolara, czy euro. Może to dziwić, bo właśnie przez nieustanną dewaluacją swojej waluty, Chiny niszczą gospodarki zachodnie. Praktyka ta została usankcjonowana w 2001 roku, gdy Chiny weszły do WTO, nie spotykając się z krytycznymi uwagami, czy żądaniami urealnienia wartości swojej waluty. Był to wielki błąd Zachodu! Implikacją tego zaniechania jest fakt, że godzinny koszt płacowy, wyrażony w dolarach, jest od 50 do 100 razy niższy niż w Europie czy w Stanach. Dlatego wielkim koncernom opłaca się przenoszenie produkcji do Chin. Następuje proces dezindustrializacji państw Zachodu oraz transfer nowoczesnych technologii na tej osi. Komplet tych zjawisk prowadzi do destabilizacji gospodarczej i społecznej - widać to w USA, gdzie skutkiem tego procesu jest zamykanie wielkich zakładów przemysłowych (po co wytwarzać drożej w Stanach, skoro pięćdziesięciokrotnie taniej można produkować w Chinach) oraz pojawienie się całych obszarów dotkniętych bezrobociem i tendencją spadku wynagrodzeń. Co więcej, warunkiem uzyskania zgody od państwa chińskiego na wejście na swój rynek przez zagraniczne kapitały było utworzenia spółek typu joint venture (w których kapitał chiński minimalnie może wynieść 51%) oraz dostępu do zachodnich technologii.

Dziwić może bierność polityków zachodu w obecnej sytuacji, jednak autorzy kładą nacisk na działanie bardzo silnego lobby chińskiego w Europie i w USA, a także na oportunistyczne podejście wielu firm, czy krajów do Chin. Koncernom międzynarodowym wcale nie byłoby w smak podjęcie działań mających na celu zakończenie obecnej sytuacji, ponieważ na niedoszacowaniu juana i przeniesieniu produkcji do Chin zarabia się krocie. Poprzez specyficzny model negocjacji w Chinach, to państwo, a nie firmy negocjują z koncernami międzynarodowymi. Dlatego, dla wielu zainteresowanych zyskami i wejściem na rynek chiński, nieopłacalne jest krytykowanie Chin. Lobby chińskie głosi otwarcie, że Chiny są krajem biednym, zacofanym, a ustalanie kursu dewizowego jest elementem suwerenności. Sam kryzys jest natomiast spowodowany tylko i wyłącznie przez Stany Zjednoczone, które nadmiernie się zadłużały, a państwo chińskie ze swoimi wielkimi rezerwami wcale nie jest zagrożeniem, lecz przeciwnie - gwarantem spokoju i stabilizacji na rynkach finansowych.

Odpowiedzią na wojnę Chin mogą być żądania urealnienia kursu juana. Jednak Chiny wielokrotnie dowiodły, że nie mają najmniejszego zamiaru ustępować w tej kwestii. Co więcej – jednym z warunków przyznania kredytów przez Chiny pogrążonym w kryzysie państwom Zachodu jest właśnie zaprzestanie nacisków w tej sprawie. Obecnie kurs juana wobec dolara jest sztywnie ustalony przez państwo chińskie i wynosi 6,83 juana za 1 dolara i 9,50 za jedno euro. Realnie, kurs juana powinien wynosić około 3,40 juana za 1 dolara i 4,75 za jedno euro. Dlatego Zachód musi jak najszybciej zdewaluować swoje waluty względem juana tak, aby zachodnie gospodarki znów były konkurencyjne na rynku światowym. Walka z chińskim merkantylizmem jest o wiele bardziej skomplikowana, ponieważ, paradoksalnie, Światowa Organizacja Handlu będzie karać dostępnymi sankcjami państwa zachodnie za stosowanie protekcjonizmu w razie obłożenia cłami produktów chińskich. Natomiast WTO nie ma możliwości karania protekcjonizmu monetarnego! W grę nie wchodzi reforma WTO, ponieważ zajęłoby to bardzo wiele czasu. Dlatego autorzy postulują wyjście krajów zachodnich z WTO i natychmiastowe założenie WTO-bis, co zapewne pociągnęło migrację do nowej struktury większość krajów na świecie. W takim wypadku Chiny albo zostałby izolowane na rynku światowym, albo musiałyby przystąpić do WTO-bis na innych warunkach niż do WTO.

Po lekturze książki, można dojść do wniosku, że największym wyzwaniem dla Zachodu nie jest walka z kryzysem, niżem demograficznym, czy degrengoladą Europy... Największe wyzwanie zostało nam rzucone przez Chiny, które po pierwsze posiadają bardzo agresywną wizję hegemonii nad światem, a poza tym są państwem totalitarnym. Stawką jest nie tylko stabilność ekonomiczna, czy zatrzymanie procesu dezindustralizacji. Zagrożony jest cały zachodni świat wartości, ponieważ Chiny wielokrotnie wykazały, że nie mają najmniejszego zamiaru się demokratyzować, czy nawet respektować zachodnich reguł. Jeśli politycy nie będą na tyle odważni, żeby zmienić obecne status quo, to dalej będziemy podążać w tym samym, zgubnym kierunku - w kierunku zniewolenia...

Książka do nabycia w księgarni internetowej Wydawnictwa.

Czytany 6925 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04