| Prawdziwe oblicze mocarstwa |
|
|
|
| wtorek, 01 grudnia 2009 19:41 | ||||
Strona 1 z 2 ![]() Marcin Domagała
Recenzja: George Friedman, Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek, AMF Plus Group, Warszawa 2009, s. 287.
„Rzeczy dzieją się tak, jak się dzieją, bo wiele rzeczy dzieje się na raz." Tę krótką sentencję Grzegorza Kołodki, powtarzaną przez niego niczym mantra w „Wędrującym świecie", można z powodzeniem zastosować do wszelkich prób przewidywania przyszłości - począwszy od wróżek, a skończywszy na uznanych analitykach.
George Friedman należy do tych drugich. Rzucając na szalę cały swój autorytet, pokusił się na rzecz karkołomną, pisząc prognozę obejmującą aż cały wiek. Gdyby stworzył ją ktoś inny, można byłoby z politowaniem pokiwać głową. W tym jednak przypadku pozycja jest wyjątkowo godna uwagi, ponieważ jej autor przepowiadaniem przyszłości zajmuje się zawodowo. Stoi bowiem na czele STRATFORu - jednego z czołowych amerykańskich ośrodków analitycznych, który zajmuje się nie tylko analizą bieżących wydarzeń, ale właśnie prognozami geopolitycznymi.
Wątpić należy, co zresztą sam pisze, że jego scenariusz spełni się w stu procentach. Przyszłość stanowi bowiem białą kartę, którą świat codziennie wypełnia. Nie jednak o ścisły przebieg przyszłych zdarzeń tu chodzi, ale o metodę i cel tworzenia tego typu analiz. Geopolityka, na której założeniach została oparta książka Friedmana, jest nauką interdyscyplinarną, która w swojej metodologii nie waha się sięgać po niekonwencjonalne metody. Stąd też, mimo wielokrotnego odsądzania jej od czci i wiary, czasami zaskakująco trafnie tłumaczy zachowanie się mocarstw na naszym globie, a także ich dążenia i aspiracje. Myli się ten kto sądzi, że geopolitykę można uprawiać tylko metodami obserwacyjnymi. Do tego opracowywania analiz geopolitycznych, tak jak do przewidywania pogody, zaprzęgane są komputery o pokaźnej mocy obliczeniowej, zaś same zjawiska przekłada się na cyfrowy język matematyki. W podobny sposób zresztą dokonuje się analiz i prognoz trendów giełdowych, czy wspomnianych już zachowań procesów atmosferycznych. W Polsce podobnego rodzaju działalnością, aczkolwiek nie na taką skalę, zajmuje się chociażby Akademia Obrony Narodowej, na której z powodzeniem rozwijają się dziedziny pomocnicze geopolityki, jak potęgometria i potęgonomia.
Używana w tych analizach matematyka kwantowa mniej lub bardziej udanie pozwala wskazywać trendy w światowym układzie sił. W ten właśnie sposób Stratfor przewiduje kolejne zjawiska na scenie międzynarodowej, starając się wychwytywać najważniejsze zagrożenia i szanse. To właśnie jest szklana kula, w którą spogląda Friedman. Czyni to jednak wyjątkowo dyskretnie, zaś w swojej książce przedstawia tylko ogólne echa tych „szklanych" obserwacji.
To co dodatkowo uwiarygodnia jego książkę, to także osoba autora, pozycja jego ośrodka, ale także fakt, że jest on ściśle związany ze środowiskami CIA oraz Partii Republikańskiej - jastrzębiego skrzydła amerykańskiej sceny politycznej. To wszystko powoduje, że „Następne 100 lat..." nie tylko stara się wskazywać zachowanie USA na światowej scenie w ramach najbardziej prawdopodobnych scenariuszy rozwoju wydarzeń, ale także, jak wyżej podkreśliliśmy, definiuje zalecenia, co do przyszłych działań. To właśnie m.in. na ich podstawie każda administracja prezydencka określa charakter swoich działań. W znaczeniu ogólnym, do czego zresztą sam Friedman wprost się przyznaje, USA będą dążyć do realizacji założonego przez siebie celu, jakim jest budowa globalnego Pax Americana.
Według autora, USA konsekwentnie będą parły do zbrojnych konfrontacji, w celu uzyskania dominacji i osłabiania swoich przeciwników. Podkreślić trzeba ponownie, że nie są to słowa np. uznawanego za skrajnego lewaka Noama Chomskiego, którego neokonserwatyści z przyjemnością „spaliliby na stosie", ale człowieka, który po analitycznych autostradach amerykańskiej polityki zagranicznej porusza się z gracją i swobodą ferrari. Friedman nie waha się twierdzić niemalże wprost, że wartości głoszone przez amerykańską propagandę, jak wolność słowa, czy demokracja, są tak naprawdę środkiem do celu, jakim jest światowa dominacja. USA nie będą się wahały po trupach dążyć do tego, by zdobyć pełną kontrolę nad naszym globem, wywołując wojny, wszczynając bunty, destabilizując regiony lub podsycając waśnie, podpisując niemalże pakt z diabłem by to osiągnąć - parafrazując słynne stwierdzenie Winstona Churchilla. Najbliższym w czasie terenem ich działań będzie najbliższe geograficznie Polski mocarstwo - Federacja Rosyjska.
Co więcej autor ufnie głosi tezę, że USA podbijają świat ponieważ nie tylko są do tego predestynowane, ale także jest to niezbędny warunek ich istnienia. USA zostały stworzone do podboju i do działania w ramach permanentnej wojny. Brak tych czynników skazałby je na zagładę. Przyrównuje USA wręcz rolę Rzymu, który miał takie same cele. W tym jednak wypadku Friedman daje uwieść się taniej propagandzie, gdyż nie uwzględnia dostatecznie mocno czynnika ekonomicznego, co w zasadzie jest najsłabszą stroną książki. Tym samym jest to jeden z podstawowych jego błędów. Wracając do historii stwierdza, że USA zachowują się niczym Rzym ,który podbił świat śródziemnomorski ze strachu przed wrogami. Przez historyków ta teza o podbojach rzymskich dawno została potraktowana, jako największa aberracja w rozważaniach o tamtych czasach. Nie inaczej jest obecnie. Wiara w to, że USA ze strachu przed innymi prewencyjnie chcą zapanować nad światem jest co najmniej naiwna. Zresztą ta teoria nie wytrzymuje konfrontacji z następnymi jego stwierdzeniami, w których trafnie udowadnia, że wojna jest doskonałym biznesem, i w przyszłości będzie siłą napędową amerykańskiej gospodarki. Te stwierdzenia są już dużo bardziej odpowiadają rzeczywistości. Weźmy na przykład Irak, który to został podbity bynajmniej nie dlatego by był w stanie w jakikolwiek sposób zagrozić Waszyngtonowi, ani jego sojusznikom. Była to typowa wojna ekonomiczna, na której USA całkiem sporo zyskały.
Kolejnym, dość denerwującym u Friedmana aspektem, jest całkowite pominięcie istnienia Unii Europejskiej, i to zarówno w czasach obecnych, jak i przyszłości. W swojej książce wymienia ją tylko raz, zupełnie nie traktując jej, jako geopolitycznego podmiotu. Jest to jedna z cech charakterystycznych geopolityki amerykańskiej, która stara się nie traktować Unii Europejskiej w kategoriach ośrodka siły, lecz jako twór tymczasowy, który niebawem rozpadnie się. Zgodnie z tym podejściem na kontynencie europejskim najważniejszą rolę odgrywają wciąż czynniki narodowościowe. Wg Friedmana, w łonie unijnym nie prędko powstanie naród europejski. Analityk utrzymuje, że Unia jest mało sprawna, a tym samym tymczasowa. To kolejny niebezpieczny trend, który po raz kolejny dobitnie pokazuje w jaki sposób decydenckie czynniki w Waszyngtonie starają się traktować ten związek europejskich narodów, tym samym starając się niwelować jego znaczenie zarówno teraz, jak i w przyszłości. Tutaj właśnie tkwi klucz, dlaczego Stany Zjednoczone rozwijają system ośrodków wpływu, które w Unii Europejskiej pełnią rolę koni trojańskich Ameryki. Do nich należą niektóre kraje Europy Środkowej, jak np. Polska, która według Friedmana odegra „niestety" kluczową rolę. W praktyce USA nie raz już próbowały pokazać Unii, kto naprawdę rozdaje karty. W skali makro miało to miejsce chociażby podczas wojny na Bałkanach w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy to wprost zdecydowały się zbombardować Serbię - oficjalnie w imię obrony praw Kosowarów - nieoficjalnie dążąc do ukrócenia roli tego państwa, jako silnego tworu aspirującego do roli przywódcy regionu. Z niemalże ostatniej chwili, tym razem w skali mikro, nieudaną akurat próbą wpłynięcia na los Europy, a przynajmniej zdestabilizowania jej struktur, była partia Libertas Dencana Ganleya. Ugrupowanie to przez wielu było postrzegane, jako amerykańska agentura wpływu, której zadaniem było osłabianie procesów wzmacniania się Unii. Przypomnieć trzeba również, że partia irlandzkiego biznesmena była kilkukrotnie oskarżana o czerpanie pieniędzy na działalność wprost z Waszyngtonu.
|















