Wydrukuj tę stronę
niedziela, 22 czerwiec 2008 17:22

Nuklearna polisa

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt

Marcin Domagała

Kulisy konfliktu między Teheranem a Zachodem

Napięcie w stosunkach Iran – Zachód, emanujące groźbą nałożenia sankcji przez UE i USA, tyradami prezydenta Mahmuda Ahmadinedżada i innych oficjeli irańskich przeciwko Izraelowi itp., są tak naprawdę niczym więcej, jak stroszeniem piór. Rywale są sfrustrowani faktem braku realnej możliwości konwencjonalnego spotkania „w szczerym polu”. To typowy przykład huntingtonowskiego zderzenia cywilizacji. W przypadku Iranu ta gra jest walką o życie na scenie bliskowschodnich rozgrywek, których tłem jest wciąż niezabliźniony konflikt, mocno zakorzeniony w nieodległej historii.

Władze Iranu mają alergię na wszystko, co z Ameryką i Zachodem jest związane. Widmo zachodniego kolonializmu i bezprecedensowych interwencji polityczno-zbrojnych państw zachodnich na perskich ziemiach krąży w społeczeństwie irańskim i jego elitach od lat. Po raz pierwszy Zachód interweniował w 1941 r., kiedy Brytyjczycy przy nieznacznej pomocy wojsk radzieckich obalili szukającego nieanglosaskich sojuszników Rezę Szacha Pahlawiego. Kolejna interwencja to sierpień 1953 r. – na kanwie nacjonalizacji irańskiego przemysłu naftowego, CIA obaliła demokratycznie wybranego premiera Mohammeda Mossadeka, a następnie osadziła na perskim tronie proamerykańskiego szacha Mohammeda Rezę Pahlawiego.

Podczas jego 26-letnich rządów, jak oceniała wówczas Amnesty International, tajna policja SAVAK wysłała na tamten świat ok. 15 tys. Irańczyków. Obalenie szacha w styczniu 1979 r. spowodowało następny konflikt, którego emanacją stała się 444-dniowa okupacja ambasady amerykańskiej w Teheranie w listopadzie 1979 r. przez irańskich studentów. Okupujący postawili Amerykanom twarde warunki zakończenia tego konfliktu: oficjalne przeprosiny Irańczyków za wspieranie rządów szacha i ekstradycję do Iranu obalonego szacha. Odpowiedź Amerykanów w postaci próby odbicia 52 amerykańskich zakładników zakończyła się kompromitacją elitarnych Delta Force, których maszyny rozbiły się na pustyni, a w efekcie przegraną Jimmy’ego Cartera w wyborach prezydenckich.

Kolejną odsłoną konfliktu była napaść, wspieranego przez Amerykanów, Iraku na Iran. Wojna iracko-irańska pochłonęła po stronie irańskiej ponad 650 tys. ofiar, spowodowanych m.in. zastosowaniem bojowych środków chemicznych, rozpylanych z dostarczonych przez USA śmigłowców. Stany Zjednoczone udzieliły też Irakowi wsparcia wywiadowczego. Jedną z najbardziej tragicznych odsłon tej wojny było zestrzelenie w lipcu 1988 r. irańskiego samolotu pasażerskiego z 290 osobam na pokładzie przez rakietę wystrzeloną z amerykańskiego krążownika USS Vincennes. Nic dziwnego, że Iran szukał sojuszników i możliwości obrony na wielu frontach. Stąd też jego poparcie dla działań Hezbollahu i Hamasu na terenie ich działań – Izraela. Odpowiedzią Ameryki były sankcje na wyniszczony wojną kraj z powodu podejrzenia o działalność terrorystyczną.

Dalsze lata to cicha wojna, w której działania zbrojne zastąpiły podwójne standardy dyplomatyczne i ekonomiczne. Nie pomogło przyjazne wyciągnięcie ręki przez Iran w obliczu ataku na World Trade Center i jego pozytywna rola na konferencji w Bonn, na której strona irańska opowiedziała się za walką z terroryzmem islamskim. Kilka dni później prezydent George W. Bush zaliczył Iran do „osi zła”, w jednej linii z Irakiem i Koreą Północną. Ten krok spowodował jeszcze głębsze wepchnięcie Iranu w rolę pierwszoligowego wroga USA. Decyzja Waszyngtonu o budowie skierowanej przeciwko Iranowi tarczy rakietowej tylko umocniła irańskie elity polityczne w słuszności obranej linii politycznej.

Działania militarne to nie wszystko. Nie wolno zapominać o energetyce. Iran znajduje się na 5. miejscu w rankingu producentów ropy naftowej (4,15 mln baryłek dziennie) i na 7. miejscu w rankingu eksporterów (2,5 mln baryłek dziennie). W dodatku kraj jest czołowym producentem gazu ziemnego (ponad 100 mld m sześc. rocznie). 75 proc. produkcji irańskiej energii elektrycznej opiera się na gazie, zaś 18 proc. na ropie (reszta energii pochodzi z hydroelektrowni). Amerykański Departament Energii ocenia wzrost zużycia energii elektrycznej w Iranie na ok. 8 proc. rocznie (dla porównania w Polsce to ok. 4 proc.). Ta sytuacja całkowicie tłumaczy dążenie Teheranu do zwiększenia produkcji elektryczności. W dodatku Iran, o czym mało kto wie, jest największym na świecie importerem benzyny (import wart ok. 7 mld dol. zaspokajał w 2007 r. 43 proc. zapotrzebowania). Poszukuje więc rezerw energii zarówno na drodze ograniczenia jej konsumpcji (kartki na benzynę, promocja instalacji LPG w samochodach), ale ma w planach budowę elektrowni wiatrowych. To rezultat nie tylko niewydolności irańskich rafinerii, ale i amerykańskich sankcji z 1995 r., nałożonych na irański przemysł naftowy. Stąd pomysł pozyskania tej energii z elektrowni atomowych.

Co ciekawe, pomysł na wykorzystanie energii jądrowej nie był tylko wymysłem obecnego establishmentu. Prace nad tą kwestią zostały rozpoczęte jeszcze za rządów szacha w 1976 r., przy wydatnej pomocy nie tylko USA, ale też niemieckich firm Siemens AG i AEG Telefunken, które stworzyły konsorcjum pod nazwą Kraftwerk Union AG. Wówczas szach nie ukrywał swoich ambicji atomowych, a USA przyklaskiwały jego dążeniom. Nikt wówczas nie przejmował się założeniami układu o nieproliferacji broni jądrowej (NPT) z 1968 r. Po rewolucji ajatollaha Chomeiniego USA zmieniły zdanie. Ze strony irańskiej program znalazł się na krawędzi przepaści. Dopiero po wielu latach naukowcy irańscy zdołali bez pomocy Zachodu dojść do potrzebnych rozwiązań. W międzyczasie zmienił się międzynarodowy układ sił. Zimna wojna udowodniła, że broń jądrowa ma charakter odstraszający, zaś praktyka dowiodła, że każdy z jej posiadaczy, tudzież kandydatów do posiadania, ma wystarczająco dużo rozumu, by nią co najwyżej groźnie pomachać, ale też nigdy nie użyć.

Obecnie na geopolitycznej mapie świata Iran znajduje się w dość niewygodnej sytuacji. Przez wielu postrzegany jest jako mocarstwo regionalne, dążące do objęcia przewodnictwa nad antyamerykańską polityką bliskowschodnich narodów islamskich, z drugiej, znajdując się pod ciągłym ostrzałem Zachodu, nie posiada żadnego straszaka, mogącego zmusić państwa zachodnie do rozmów politycznych na zasadach partnerskich. W dodatku większość jego liczących się przeciwników i sąsiadów w regionie posiada broń nuklearną – USA (sąsiad wskutek okupacji Iraku), Izrael, Rosja, Pakistan i Indie.

Argument o potrzebie posiadania zaplecza jądrowego dla zabezpieczenia potrzeb energetycznych jest całkowicie uzasadniony. W tym samym świetle jawi się również argument o konieczności posiadania przez Iran broni nuklearnej. Dostęp do atomowego guzika nie tylko zastopowałby szaleńcze pomysły związane z interwencją zbrojną w Iranie, ale tym samym mógłby przyczynić się do stabilizacji samego Bliskiego Wschodu. Ta realpolitik Iranu w kwestii dążenia do posiadania własnej broni atomowej ma też drugie dno na podłożu rywalizacji z USA. Małe w porównaniu z USA państwo rzuca wyzwanie światowemu gigantowi i zmusza go do bardzo poważnych wydatków na zbrojenia. USA już dostają zadyszki w tym wyścigu, zmuszone, jakby na to nie patrzeć, trzymać w ryzach największych przeciwników rządów irańskich – talibów w Afganistanie i kontrolę nad Irakiem.

Iran dogonił peleton, ale by ostatecznie uzyskać szacunek przeciwnika, musi wejść do czołówki. Dążenie Iranu do członkostwa w elitarnym klubie dysponentów broni atomowej dowodzi takiej właśnie próby – doprowadzenia do zmiany balansu sił. Kulisy tej umiejętnej gry ukazał amerykański wywiad w swoim raporcie z grudnia 2007 r., który udowodnił, że Iran zawiesił swój program jeszcze w 2003 r. Kolejne działania w kwestii wzbogacania uranu (zakup wirówek) mogą być odczytywane zarówno jako pokojowe inwestycje energetyczne, jak i dążenie do sytuacji, w której znajduje się m.in. Japonia lub Kanada, gdzie pokojowa infrastruktura może posłużyć do wyprodukowania wojskowych ładunków nuklearnych, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Iran zdaje sobie sprawę z konieczności wielotorowego wzmocnienia własnej pozycji. Nie tylko wspiera przeciwników Ameryki w Palestynie i Libanie, zyskując pośród nich posłuch i uznanie, ale też stara się wypełnić pustkę po niepowodzeniach amerykańskich. Nic też dziwnego, że na razie nie odpowiada na apele amerykańskie w kwestii wspólnych rozmów na temat przyszłości Iraku, słusznie postrzegając w USA czynnik destabilizujący stosunki na Bliskim Wschodzie. Potencjalne włączenie się Iranu w proces stabilizacji Iraku oznaczałoby tylko uwiarygodnienie militarnej obecności USA na Bliskim Wschodzie. Taki scenariusz, co doskonale obrazuje przeszłość, mógłby się okazać dla Iranu tragiczny w skutkach.

(artykuł ukazał się w nr 144 (5565) w dniach 21-22.06.2008 r. w dzienniku alt)

Czytany 7262 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04