wtorek, 10 styczeń 2012 07:33

Marian Szołucha: Białoruś - bratni kraj kontrastów

Oceń ten artykuł
(8 głosów)

belorussia_march  dr Marian Szołucha

Mimo że w ostatnim czasie wiele mówi się i pisze o kondycji białoruskiej gospodarki i tamtejszych nastrojach społecznych, to większość komentarzy jest zbyt powierzchowna, by móc na ich podstawie wyrobić sobie własną opinię na temat tego bliskiego nam przecież z wielu względów kraju. Dla bardziej ambitnego obserwatora pozostaje więc empiryczne podejście do zagadnienia pod hasłem: „Czym jest dzisiejsza Białoruś?”. Ten krótki tekst stanowi właśnie owoc kilku, można powiedzieć – studyjnych wyjazdów na lewy brzeg Bugu, odbytych na przestrzeni ostatnich miesięcy.

Już pierwsze charakterystyczne dla krajobrazu białoruskich miast zjawiska, jakie zwróciły na siebie moją uwagę, w każdym chyba Polaku wywołują mieszane wrażenia. Zjawisko pierwsze – kraj wyjątkowo czysty, ulice posprzątane z niespotykaną dbałością, żadnych bazgrołów na murach, odmalowane kamienice, płoty, barierki. Zjawisko drugie – wszechobecna symbolika sowiecka, na każdym kroku sierpy i młoty, czerwone gwiazdy, pomniki, nazwy placów i ulic sławiące imiona Dzierżyńskiego, Marksa, Lenina oraz – co szczególnie irytujące z polskiej perspektywy – datę 17 września.

Kryzys jest, czy go nie ma?

Zostawmy jednak odczucia estetyczne. Nie pomogą nam one w odpowiedzi na najbardziej nurtujące nas pytania. Spróbujmy skupić się na tym, co mierzalne i policzalne. Przed wyjazdem rzecz jasna zrobiłem sobie gruntowny książkowo-internetowy research dotyczący życia na Białorusi, zwłaszcza pod kątem poziomu rozwoju i struktury gospodarki. Danych, które znalazłem, nie będę jednak cytował, bo jak się okazało już na miejscu, rządowe statystyki są nie tylko na Zachodzie, ale i na samej Białorusi uważane za niewiarygodne. A poważnych alternatywnych nikt nie prowadzi.

Pozostała mi więc już naprawdę wyłącznie organoleptyka. Ta, zaledwie po kilku godzinach pobytu w Mińsku, doprowadziła mnie do następującego wniosku – kryzys gospodarczy na Białorusi jest faktem, ale relacje w większości polskich mediów znacznie wyolbrzymiają jego skalę.

Problemem ekonomicznym nr 1 jest bez wątpienia inflacja. Zgotował ją zresztą Białorusinom po części sam Łukaszenko, który przed ubiegłorocznymi (19 grudnia 2010) wyborami prezydenckimi zadekretował znaczące podwyżki płac w całym sektorze państwowym. Pomogło mu to w osiągnięciu dobrego wyniku, ale zaraz potem zaowocowało tym, czym nadwyżka popytu na dobra konsumpcyjne nad ich podażą zaowocować musiała, czyli wzrostem cen. Sprawę pogorszyły rosyjskie banki, które mniej więcej w tym samym czasie odcięły Białorusinom dostęp do obcych walut. Na to z kolei nałożyły się jeszcze efekty ogłoszenia przez władze białoruskie z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem drastycznej podwyżki stawek podatku od importu samochodów. Tysiące Białorusinów, widząc swoją ostatnią szansę na tańszy zakup używanego zachodniego auta, natychmiast rzuciło się do kantorów i banków po jakąkolwiek wymienialną w Unii Europejskiej walutę. Dla wielu nie wystarczyło... Pojawili się cinkciarze, zaczęła się panika. Ludzie z kantorów pobiegli do sklepów, byle tylko nie zostać z kieszeniami, ba! – walizkami pełnymi bezwartościowych białoruskich „zajczików”. Spirala inflacji zaczęła się rozkręcać. A z nią pojawiły się kolejne trudności – już w realnej sferze gospodarki.

Białoruś wiedziała, że na kolejne kredyty z Zachodu liczyć nie może, bo Stany i Unia same toną w długach. Chińczycy natomiast nie kwapili się z pomocą takich rozmiarów, w jakich nagle Białorusini zaczęli jej potrzebować. Pozostała więc po staremu Rosja, a właściwie kontrolowana przez nią Euroazjatycka Wspólnota Gospodarcza (EaWG). Ta zgodziła się przyznać Łukaszence 3 mld USD pożyczki stabilizacyjnej, ale postawiła twarde warunki – reformy, reformy i jeszcze raz reformy. A mówiąc wprost – prywatyzacja, prywatyzacja i jeszcze raz prywatyzacja. Oczywiście przede wszystkim przedsiębiorstw strategicznych i najbardziej dochodowych. Oczywiście w ręce rosyjskie i po cenach promocyjnych.

I tak, w najbliższych miesiącach ma zostać sprzedane: 50% akcji Biełtransgazu (pozostałe 50% już jest własnością Gazpromu), rafineria w Nowopołocku i pozostały pakiet udziałów rafinerii w Mozyrzu, fabryka ciężarówek MAZ, zakłady chemiczne Azoty Grodno, największy operator komórkowy Biełtelekom, białoruski odcinek ropociągu Przyjaźń, Białoruska Kompania Potasowa Biełkalij itd. W sumie zatwierdzona przez białoruską Radę Ministrów lista firm przeznaczonych do szybkiej prywatyzacji i komercjalizacji zawiera nazwy ponad 460 podmiotów. Tu ciekawostka – podobną listę, również na żądanie Rosjan, sporządzono już kilka lat temu. Wtedy jednak Mińsk wyprowadził Moskwę w pole. Wziął pomoc, ale prywatyzację w ostatniej chwili wstrzymał. Drugi raz podobną zagrywkę powtórzyć będzie jednak arcytrudno.

Skutki takich „przekształceń własnościowych” byłyby łatwe do przewidzenia. Rosjanie skolonizowaliby Białoruś do reszty, najpierw gospodarczo, zaraz potem politycznie. Sądzę, że z opcją unii realnej włącznie.

Plan Łukaszenki, polegający – jak mi się wydaje – na stworzeniu z Białorusi małych europejskich Chin lub poprawionej miniatury Związku Radzieckiego, wszedł więc chyba w swój najtrudniejszy okres. Z różnych przyczyn, również niezależnych od samych Białorusinów, choćby geopolitycznych. Jeśli jednak „bat’ka” wyszedłby z tej opresji obronną ręką, znaczyłoby to, że jest silniejszy i sprytniejszy niż wielu dzisiaj sądzi.

Zresztą dla mnie obecny kryzys gospodarczy na Białorusi to jeszcze nie powód do kpin z przysłowiowej już „Łukekonomii”, w czym lubuje się ostatnio choćby nasz minister Sikorski. Czy bowiem sytuacja Grecji wygląda dużo lepiej? Czy w ogóle wygląda lepiej, biorąc pod uwagę jej potencjał i potencjał gospodarki białoruskiej oraz cały bagaż historycznych zaszłości?

Pytanie to jest zasadne szczególnie, że Łukaszence w ciągu siedemnastu lat jego rządów pewne pozytywne efekty udało się jednak osiągnąć. Mam na myśli co najmniej kilka dużych, gruntownie zmodernizowanych zakładów przemysłowych, sporo drobnego, prywatnego biznesu, a przede wszystkim różnicę pomiędzy poziomem życia przeciętnych obywateli na Białorusi i w większości pozostałych byłych republik ZSRR.

Reasumując, większość Białorusinów żyje dziś jak na standardy europejskiej dość skromnie (zestawiając siłę nabywczą zarobków, około dwa biedniej niż w Polsce), ale za to w poczuciu względnej stabilizacji. Rozwarstwienie społeczne jest nadal niewielkie, choć różnica między Mińskiem, którego ulicami co jakiś czas przemknie lśniące Porsche czy Maseratti, a wsią na prowincji, gdzie prywatnych aut osobowych prawie w ogóle nie widać, jest już zauważalna.

Miękki autorytaryzm i białoruska tożsamość

Po przyjeździe do Mińska, uderzył mnie widok wielkich portretów Jana Pawła II na centralnym placu miasta. Okazało się, że ustawiono je tam z okazji 20-lecia reaktywacji katolickiej diecezji mińsko-mohylewskiej. Pomyślałem – nie taki straszny ten reżim.

Niedługo potem przygodnie spotkani mieszkańcy białoruskiej stolicy swobodnie, bez strachu opowiadali mi o swoich problemach, również o tym, że z relacji medialnych nie można się niczego dowiedzieć o prawdziwej sytuacji gospodarki, bo Łukaszenko wciąż prowadzi propagandę sukcesu, a Rosja i Zachód prowadzą czarny PR przeciw Łukaszence. Pomyślałem – całkiem do rzeczy mówią.

A co z opozycją? Tej akurat póki co władza obawiać się nie musi. Nieliczna, rozproszona, a wreszcie mało wiarygodna (część „demokratycznych” liderów jawnie niemal bierze pieniądze na swoją działalność z ośrodków zagranicznych), jeszcze długo nie będzie stanowić dla Łukaszenki realnego zagrożenia. Poza tym Białorusini to ludzie z natury spokojni i cierpliwi. Musiałoby dojść do naprawdę poważnego załamania ekonomicznego, by wyszli na ulice swoich miast, jak Egipcjanie czy Tunezyjczycy.

Jak wobec tego patrzeć na aresztowania działaczy zdelegalizowanego Związku Polaków na Białorusi? A to już – jak mówią Białorusini – „drugoj razgawor”. Po pierwsze, wiedzieć trzeba, że aresztantów Łukaszenko traktuje nie jak groźnych wrogów państwa i swoich własnych, ale jak cenne karty przetargowe w zakulisowych negocjacjach z Zachodem. Jego stanowisko można sobie wyobrazić tak – „My zapewniamy niski wyrok i do tego w zawieszeniu, a wy odstępujecie od nałożenia na nas sankcji. U siebie będziecie się mogli pochwalić skutecznością waszej dyplomacji i wszyscy będą zadowoleni. Hm?” Oczywiście Białoruś doznaje z powodu takich niestandardowych zagrań uszczerbku na wizerunku, ale doraźnie może się to opłacać.

Zresztą, jeśli już mowa o wizerunku, to trzeba podkreślić, że mimo wynajmowania za duże pieniądze zachodnich agencji PR, Łukaszenko wciąż popełnia te same błędy. Przede wszystkim próbuje na arenie międzynarodowej nad miarę prężyć muskuły, których Białoruś nie ma znowu aż tak wielkich. Poza tym, paradując z byle okazji w mundurze, a do tego ostatnio za rękę z najmłodszym synkiem (również w kamuflażowym ubranku), pozuje na ojca narodu i założyciela nowej socjalistycznej dynastii, zupełnie niczym Kim Ir Sen. Wszystko to razem wzięte daje nieodparte wrażenie groteski.

Ale wracając do wątku polskiej mniejszości, aresztowań jej działaczy, awantur o Kartę Polaka itp., trzeba powiedzieć, że problem ten ma znacznie ważniejszy niż tylko polityczny wymiar. W moim przekonaniu, część przedstawicieli obecnej białoruskiej władzy odczuwa bowiem głęboko skrywany kompleks wobec Polski, połączony z obawą o repolonizację swojego kraju.

W ten sposób doszliśmy do kwestii białoruskiej tożsamości. Jest to temat mocno zagmatwany i dyskusyjny. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że mało kto spośród samych Białorusinów używa w odniesieniu do siebie i swoich pobratymców słowa „naród”. Zamiast tego mówi się o białoruskim społeczeństwie, a więc o wspólnocie obywateli Republiki Białoruś. Rozumieją tę specyfikę również ludzie z kręgów obecnej władzy. Dlatego głównie na pojęciu obywatelstwa postanowili oni budować poczucie więzi wśród dzisiejszych mieszkańców Białorusi. Do tego fundamentu starają się jednak podrzucać jeszcze inne elementy, przede wszystkim: całą historię Wielkiego Księstwa Litewskiego, bitwę pod Grunwaldem, twórczość Mickiewicza, materialne dziedzictwo Radziwiłłów, a wreszcie najświeższą stosunkowo pamięć o ZSRR, ze szczególną rolą II wojny światowej, czy raczej „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”, w tym zwłaszcza obrony Twierdzy Brzeskiej i walk sowieckiej partyzantki. Nietrudno chyba zauważyć, że te kamienie, które mają wzmacniać trzon białoruskiej tożsamości, nie tylko nie przystają do siebie nawzajem, ale i podkradzione zostały z sąsiednich ogródków.

Zagubieni bracia

Dzisiejsza Białoruś to kraj kontrastów, budzący we mnie sprzeczne emocje, nad którymi jednak zawsze górę brała będzie braterska sympatia. To również kraj ludzi, który wciąż szukają swojego miejsca na mapie narodów. Dlatego ich ziemię czekają jeszcze zmiany w zasadniczych obszarach życia społecznego. Polska nie ma prawa pozostać wobec nich obojętna. Więcej – jeśli będzie trzeba, powinniśmy na tym polu rozmawiać również z Rosjanami.

Ale przede wszystkim – inaczej niż to jest obecnie – musimy ze wszystkich sił zacieśniać swoje relacje z Białorusią, bez względu na to, kto aktualnie rządzi w Mińsku. Musimy dbać o tamtejszych Polaków jak o skarb narodowy, a na cały kraj otworzyć się gospodarczo i kulturalnie. Niech to, co polskie, znowu będzie za Bugiem w modzie, jak jeszcze kilkanaście lat temu. Niech młodzież na Białorusi słucha polskiej muzyki i ogląda nasze filmy. Niech nawet Ci, którzy nie mówią dziś po polsku, albo ich dzieci, powiedzą kiedyś o sobie jak ich przodkowie – „Gente Ruthenus, natione Polonus”. Spytam wprost – dlaczego język białoruski nie miałby być traktowany na równi z gwarami: góralską, kaszubską czy śląską, niewiele bardziej do współczesnego polskiego podobnymi?

Artykuł ukazał się w nr 21 (3/2011) pisma społeczno-politycznego mysl.pl_03_2011

Czytany 11302 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04