sobota, 14 luty 2009 14:50

Marcin Domagała: Veto dla mocarstwa

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Marcin Domagała

W całej awanturze o zatwierdzenie Traktatu Lizbońskiego zagubiono gdzieś prawdziwą i pierwotną ideę Unii Europejskiej, zapoczątkowanej wizją Jeana Monneta i Roberta Schumanna. Arbitralne przyjęcie przez państwa unijne tego dokumentu oraz obywatelski protest Irlandczyków, pobudziły na nowo dyskusję na temat geopolitycznej roli Unii Europejskiej.

Wizja zamiany atrakcyjnej rozwojowo dla sąsiadów Unii Europejskiej w coś w rodzaju „Zjednoczonego Mocarstwa Europejskiego” i dążenie do zamiany pax americana w pax europeana — najzwyczajniej na świecie mierzi. Mierzi i przeraża. Świat jest bowiem za ciasny i nieprzygotowany na kolejnego gracza – w dodatku bardzo osobliwego. Zgodnie z Traktatem Lizbońskim, UE miała zyskać własnego prezydenta oraz ministra spraw zagranicznych (tzw. wysokiego przedstawiciela Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa). Tym samym miano też stworzyć podwaliny pod unijne siły zbrojne. W tym świetle nadanie nowych i uporządkowanie starych kompetencji administracyjnych wygląda na trochę przypadkowe.

O ile jednak samo wzmocnienie unijnej administracji i procesów decyzyjnych (łatwiejsze zarządzanie Unią), a tym samym procesów integracyjnych na gruncie gospodarczym, jest po prostu potrzebne, to kwestia budowy kolejnego supermocarstwa wygląda już problematycznie. W ocenie nielicznych to nawet strzał w płot, gdyż tak narzucona rola nie dość, że jest archaiczna, to po prostu mija się z obecnymi uwarunkowaniami geopolitycznymi. W dodatku istnieje realne zagrożenie, iż uczynienie z UE aktywnej „dyktatury demokracji” na zewnątrz, może prowadzić do ograniczania m.in. tradycyjnych w Europie praw obywatelskich na rzecz bezpieczeństwa i ochrony obranej drogi rozwoju – vide USA. Takich paradoksów może być znacznie więcej.

Tymczasem siła wchodzących na scenę adeptów rozgrywek mocarstwowych nie opiera się bynajmniej na „tępej” potędze militarnych podbojów (np. amerykańska agresja na Irak), lecz na skutecznym promowaniu własnych interesów gospodarczych. Tak dobrze znana z historii epoka podbojów militarnych, mimo że dla wielu wciąż stanowiąca dobry biznes, dziś wydaje się schodzić ze sceny. Przechwycona samozwańczo przez Amerykę rola światowego żandarma i interwenta powoduje ekonomiczne bankructwo USA m.in. z powodu horrendalnych kosztów utrzymywania własnych kolonii oraz armii ekspedycyjnych, jak również w efekcie neokonserwatywnego przyzwolenia na totalną deregulację procesów gospodarczych.

W tym czasie aspirujące do miana potęgi Chiny zupełnie innymi metodami, lekceważącymi liberalne dogmaty, w ciągu kilkudziesięciu 30 lat osiągnęły taki poziom rozwoju, na który Europa potrzebowała kilku wieków. Podkreślenia wymaga fakt, że państwo to, które jeszcze niedawno było traktowane jak trochę przerośnięty członek klubu krajów Trzeciego Świata, niedawno wysłało w kosmos pierwszego astronautę, zaś do 2020 roku samodzielnie wyśle załogową misję na Księżyc. Podobnie Indie, które z mocno wyzyskiwanej perły w brytyjskiej koronie, przeobraziły się w suwerenną potęgę gospodarczą oraz od niedawna pełnoprawnego członka klubu nuklearnego, która zaczyna odgrywać ważną rolę nie tylko w basenie Oceanu Indyjskiego. Do drzwi klubu mocarstw gospodarczych mocno wali paliwowymi pięściami Rosja, która nie tylko zdaje się przezwyciężać załamanie spowodowane upadkiem ZSRR, ale też pomału odzyskuje kontrolę nad dawnymi strefami wpływów. Na horyzoncie sygnalizuje swoją obecność Brazylia, która niebawem może stać się jedną z liczących się naftowych potęg świata. W szerokiej perspektywie żaden z tych krajów nie aspiruje do globalnej dominacji, gdyż pomne doświadczeń innych wiedzą, że ten stan sporo kosztuje. W zamian oferując niewiele.

Tymczasem Unia, zamiast skupić się na radykalnym pogłębianiu integracji gospodarczej, a przede wszystkim wyrównywaniu różnic pomiędzy swoimi najbiedniejszymi a najbogatszymi członkami, pogrążyła się w wewnętrznych sporach, których emanacją jest ewidentny deficyt demokracji. Dzieje się to paradoksalnie w sercu państw wyznających ten ustrój, jako swoistą religię cywilną.

Zapomina się, że wyjątkowość UE polega nie na jej szybkości w rozwiązywaniu problemów (powolność ta obrosła już licznymi anegdotami), lecz na zacieśnianiu bieżącej współpracy gospodarczej różnych kultur wywodzących się z jednego europejskiego pnia. W dodatku Unia, będąc atrakcyjną dla wielu krajów, staje się przedmiotem westchnień coraz to liczniejszych sąsiadów i to nie tylko z terenu samej Europy. Kraje i narody chcą paść w ramiona UE dobrowolnie – nie pod przymusem – drogą suwerennych decyzji, wprowadzając reformy pozwalające im najszerzej uczestniczyć we wspólnotowym obrocie gospodarczym. Ich przywódcy doskonale zdają sobie sprawę, że Unia wypracowała niesamowicie korzystny system zarządzania społeczeństwem, który pozbawiony zewnętrznych oznak przemocy, rozwiązuje wiele problemów natury społecznej. Nie tylko korzystają na tym elity narodowe, ale przede wszystkim same narody. Projektowana Traktatem Lizbońskim zamiana tego systemu na zbrojną gotowość do geopolitycznej reakcji, byłaby klęską samej idei unijnej. Z tego punktu widzenia dobrze się stało, że system lizboński został na razie odłożony na półkę przez przywiązanych do neutralności Irlandczyków.

Klęska referendum irlandzkiego to wyraźny sygnał, że integracja jest dalece niewystarczająca. Unię rozdziera zbyt wiele różnic i to w obrębie samej kultury. Unijnym obywatelom daleko jeszcze do poczucia narodowej jedności europejskiej. Wciąż bowiem żywe są wśród nich mocne sentymenty narodowe, zaś sam kurs wewnątrzunijnych polityk krajów członkowskich opiera się nader często na twardych zasadach racji stanu, wywodzących się jeszcze z XVII w. idei kardynała Richelieu. Niekiedy, jak to ma miejsce w wypadku Polski, triumfy święci ideologia rewanżyzmu, traktująca Unię jako zło konieczne, które co prawda coś nam daje, ale jednocześnie chce zamykać nasze zakłady pracy (vide konflikt wokół polskich stoczni). To przykłady, które nie należą do głosów marginalnych, lecz poważnie trzęsą podstawami przyszłości Unii. Pokazują one dobitnie, że Unia obecnie nie tylko nie posiada wystarczających sił, by móc zrealizować swoją wizję globalnego dyktatora i promotora własnych rozwiązań, ale ujawnia szeroki rozziew między ambicjami unijnych przywódców a szarą masą obywateli, mocno ściągających cuglami elity rządzące. Tymczasem mocarstwo skuteczne to mocarstwo szybko i twardo mówiące własnym głosem, którego władza wykonawcza jest w stanie poświęcić dobro a czasami i życie własnych obywateli na rzecz dobra własnej pozycji i osiągnięcia sukcesu w pełnej realizacji obranego celu. Tymczasem przeciętny Jean, Juan, Sven, Hans czy John nie mają najmniejszego zamiaru „umierać za Brukselę Gdańsk”, narażając swoje własne istnienie społeczno-ekonomiczne na szwank w procesach, których końcową emanacją były zamachy w Madrycie, czy Londynie.

W skali makro, wbrew opinii wielu wizjonerów, jednolity głos Francji i Niemiec w kwestiach polityki zagranicznej to nie wszystko. Po drodze jest jeszcze np. Bułgaria, Włochy, Polska czy Irlandia, których problemy polityk zagranicznych są dla ich mieszkańców bardziej żywotne, aniżeli zjednoczony interes dwóch unijnych przewodników. Doskonale obrazują to kazusy Iraku, Afganistanu, Kosowa, Birmy, Rosji czy nawet Gruzji. Czy to oznacza, że teraz te różnice trzeba z miejsca niwelować, czy też spróbować do nich podejść kompleksowo na drodze długofalowej ewolucji wspólnego celu gospodarczego. Obecnie jednolite stanowisko w polityce zagranicznej przynieść może więcej szkód niż korzyści. Przypomnijmy w tym względzie choćby wejście Polski do strefy Schengen. W tym samym czasie, gdy na zachodniej granicy Rzeczypospolitej strzelały korki z szampana pitego przez polskich i niemieckich wybrańców społeczności, na granicy wschodniej rozlegał się łomot młotków wbijających ostatnie gwoździe w deski przesłaniające okiennice małych i średnich firm handlujących z Ukraińcami i Białorusinami. Ile w takim razie zapłacą mieszkańcy poszczególnych regionów unijnych za geopolityczne decyzje swojego unijnego ministra spraw zagranicznych?

Pod żadnym pozorem nie wolno zapominać, że geopolityczną siłą i kapitałem Unii Europejskiej jest suwerenne dążenie innych państw do załapania się nie tylko na miejscówkę w brukselskim pociągu w postaci stałego członkostwa, ale chociażby na możliwość regularnego nadawana przesyłek konduktorskich w postaci dostępu do potężnego rynku. Ta dobrowolność w dążeniach innych staje się przyczynkiem do zmian w politykach poszczególnych państw-sąsiadów unijnych, czym wpływa na zmianę samych układów geopolitycznych.

Uczynienie z Unii gracza zdolnego do realizacji własnej polityki na terenach odległych od siebie stoi w radykalnej sprzeczności z jej pierwotnym założeniem. Sposób i schemat jej działania, jak podkreśliliśmy na początku, wynika z zupełnie innych przesłanek, aniżeli u pozostałych mocarstw. Zatem nie można wykluczać, że drogą decyzji gospodarczych i politycznych w przyszłości UE będzie mogła aktywnie wpływać na określone wydarzenia na innych kontynentach z równym powodzeniem, jak czynią to obecnie Stany Zjednoczone za pomocą środków militarnych, jednakże sposobem dużo mniej kosztownym. Musi to być jednak głos potrzeby, wypływający od samych Europejczyków, w pełni zintegrowanych na poziomie gospodarczym, świadomych siły i wagi swojego uczestnictwa w wielkim organizmie, jakim jest Unia Europejska.

W kształtującym się wielobiegunowym świecie jednocząca rola Unii, jako wspólnie wypracowanego głosu wielu państw i setek milionów obywateli, będzie mogła posiadać znaczącą rolę i stanowić wiodący przykład. Czy jednak do tego potrzebna jest od razu wspólna polityka bezpieczeństwa i zorganizowana, mocarstwowa polityka zagraniczna, której celem są interwencje w obronie każdego, kto się nawinie? Zadaniem Unii nie jest podejmowanie odpowiedzialności za glob. Próbowały to zrobić USA z wiadomym skutkiem, aspirował do tego ZSRR, a strach pomyśleć co by było, gdyby nagle zachciało się tego Chinom lub Bóg wie komu jeszcze... To zadanie nie powinno spoczywać na ramionach nikogo. Od tego jest ONZ, jako organizacja zrzeszająca wszystkie państwa świata, dzięki temu posiadająca odpowiednie forum do dyskusji. Stąd właśnie tak ważna staje się reforma tej instytucji, i jak najszybsze dostosowanie jej do współczesnych, a nie przyzwolenie na jej dalszą marginalizację lub próby jej zastąpienia. Inne rozwiązanie doprowadzić może do kolejnych zimnych wojen.

W zmieniającym się świecie, w którym znaczącą rolę odgrywać będą ponadnarodowe korporacje, pozarządowe organizacje międzynarodowe oraz zorganizowane grupy przestępczo-terrorystyczne, idea budowy jednolitego, wieloetnicznego państwa z całym swoim bagażem konfliktów zwłaszcza o podłożu ekonomicznym, jako kolejnego strażnika prawomyślności jest nieadekwatna dla zagrożenia. W globalizującym się świecie ograniczanie wpływu niepaństwowych organizacji drogą sprawnego, spójnego i konsekwentnego zarządzania wewnętrznymi strukturami państwa narodowego może okazać się najbardziej skuteczną metodą. Dlatego właśnie Unia powinna skupić się najpierw na szybkim i kompleksowym rozwiązaniu własnych problemów, a nie na planach podboju świata i kształtowania go na swój obraz i podobieństwo. Kolejnym etapem powinno być rozszerzanie własnych idei za pomocą „okien wystawowych” – pokazania przykładów i wprowadzania rozwiązań opartych na dobrowolnej ich absorpcji przez inne państwa. Tak właśnie uczyniła Polska, a w kolejce czekają już inne kraje.

Dyskusja ukazała się w nr 6 (2008) 44 Magazynu

Czytany 11949 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04