czwartek, 28 sierpień 2008 17:32

Marcin Domagała: Między Unią a Stanami

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Marcin Domagała

Europa musi radykalnie ograniczyć wpływy amerykańskie

Idąca za, inspirowanymi przez USA, polskimi podszeptami w sprawie Gruzji Unia Europejska bezmyślnie dała się wciągnąć w wir konfliktu z Rosją, który pogrąża w efekcie wszystkie kraje unijne. Korzystają na tym Stany Zjednoczone, których Polska stała się polityczną awangardą. Tymczasem, gwoli sprostania współczesnym wyzwaniom, Europa musi wreszcie obrać kurs radykalnego ograniczania wpływów amerykańskich, jeśli chce nie tylko utrzymać wysokie tempo rozwoju, ale także uniknąć przeniesienia strategicznego ośrodka decyzyjnego z Brukseli do Waszyngtonu.

Praktycznie w każdym większym konflikcie wokół europejskich granic maczała palce Ameryka, co w efekcie skutkowało rozłamem w politykach państw unijnych. To właśnie należy do głównych celów amerykańskiej doktryny, posługującą się zasadą divide et impera, której celem było i jest nadal będzie permanentne marginalizowanie roli Unii w geopolitycznej przestrzeni na terenie Euroazji. Przypomnijmy inspirowane przez USA ataki NATO na Jugosławię, późniejszy atak na Irak, wsparcie dla Kosowa, tląca się jeszcze Gruzję, a dosłownie przed chwilą sprawę umieszczenia w Polsce tarczy antyrakietowej. Te wszystkie procesy łamią jedność paneuropejską. Jedność, która łączy nie tylko kraje unijne, ale także Rosję stojącą na czele krajów WNP. Co ważne jedność ta oparta jest na silnych związkach gospodarczych i politycznych, a także wspólnych celach i dążeniach, których niestety pełną i skuteczną realizację uniemożliwiają interwencjonistyczne zapędy Białego Domu. Nie bez kozery w kręgach unijnych Rosja zowie się „najważniejszym partnerem strategicznym”.

W praktyce dzień podpisania porozumienia w sprawie instalacji na terytorium państwa polskiego tarczy antyrakietowej stał się pierwszym dniem kolejnej zimnej wojny, która pogłębia rozłamy europejskie nie tylko w kwestii wspólnych celów unijnej polityki, ale także w dotychczasowej współpracy UE-Rosja. Konflikt ten może przynieść w efekcie straty nie mniejsze od wojny konwencjonalnej lub nuklearnej wymiany ciosów, a przede wszystkim spadek znaczenia Unii Europejskiej w światowym wyścigu gospodarczym. Tymczasem kontynent euroazjatycki żywotnie potrzebuje tego sojuszu, jak nigdy dotąd.

Nie wolno bowiem zapominać, jak ważnym partnerem w wymiarze gospodarczym jest dla Unii Rosja i na odwrót. Olbrzymi potencjał geoekonomiczny tych dwóch obszarów pozwala wspólnie zbudować im skuteczną przeciwwagę dla innych kandydatów do światowej dominacji. Rosja już zapewnia Unii 30% zapotrzebowania na ropę oraz 44% na gaz. Unia jest najważniejszym partnerem handlowym Rosji. Rosja zajmuje trzecie miejsce w unijnym imporcie (ok. 140 mld euro) oraz eksporcie (ok. 70 mld euro). Unia to z kolei największy inwestor zagraniczny w Rosji. Unia staje się pomału najsilniejszą gospodarką globu, której zapotrzebowanie na energię wzrasta w zastraszającym tempie. Rosja ze swoimi nieprzebranymi zasobami to zapotrzebowanie jest w stanie zaspokoić, zaś zyski wpompować w rozwój własnej gospodarki. Potrzebuje jednak do tego procesu radykalnej przychylności UE, mogącej powstrzymać nowotwór amerykańskich wpływów zakłócających rozwój gospodarczy obydwu stron.

Dopuszczenie do wygranej w tej rozgrywce USA w roli „wujka Sama” oznacza oddanie pieczy nad demokracją i gospodarczą wolnością pod skrzydła państwa powodującego i podsycającego konflikty przez cały XX wiek. W tym kształcie będzie można zapomnieć o głównych celach rozwojowych, jak walka z ociepleniem globalnym, biedą, głodem itp. Zarobią natomiast amerykańskie koncerny paliwowe i zbrojeniowe. To całkiem realny scenariusz, który jednak można jeszcze odwrócić. Niestety Unia zamiast starać się realizować zjednoczony interes Europy, woli słuchać się zapętlonej w cugle amerykańskie Warszawy.

Ślepo wierzące Ameryce polskie elity dyplomatyczne na czele od wielu kadencji toczy choroba na przywództwo regionowi środkowoeuropejskiemu. Obecny prezydent Lech Kaczyński, od lat cierpiący na zoologiczną postać rusofobii paranoidalnej, jest owładnięty archaiczną koncepcją Józefa Piłsudskiego stworzenia kordonu sanitarnego oddzielającego Polskę od Rosji przy użyciu wschodnich sąsiadów Rzeczypospolitej. Nie jest on w stanie dostrzec kruchych geopolitycznych podstaw i uwarunkowań tego planu w czasach obecnych. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, wszem i wobec ogłasza, że staje się „rzecznikiem byłych narodów ujarzmionych”. W języku dyplomacji te słowa można potraktować, jako wypowiedzenie wojny, w dodatku podparte konkretnymi typowo antyrosyjskimi działaniami.

Co ciekawe tę politykę Warszawa chce realizować nie tylko przy udziale partnera oddalonego o jakieś 7 tys. km, ale też będąc, mimo członkostwa w NATO, militarnym karłem. Przypomnijmy, że Polska rzuca rękawicę imperium posiadającym przynajmniej ok. 1 tys. nowoczesnych maszyn latających, ponad 1 mln żołnierzy, działających w sprawnej i sprawdzanej na bieżąco w polu armii, dysponującej pokaźnym arsenałem jądrowym, która przy okazji daje nieźle popalić wyszkolonym i uzbrojonym przez Amerykę gruzińskim wojakom. Czy kraj borykający się z awariami 48 amerykańskich, rzekomo nowoczesnych myśliwców f-16, niewielką ilością pozostałego fruwającego złomu, ledwo 150 tys. żołnierzy w większości zdezelowanym sprzęcie, którego czas świetności minął w ósmej dekadzie ubiegłego wieku, ma jakiekolwiek szanse? O potencjale gospodarczym wspominać nie warto.

W tym kontekście Unia Europejska (nie mówiąc już o Polsce) powinna przestać postrzegać Rosję (wraz z wianuszkiem państw wokół niej skupionych) przez okulary socjalliberalnej demokracji oraz wartości kulturowych wypracowanych w Europie Zachodniej. Powinna zacząć traktować Rosję (i WNP) w kategoriach nowej unii politycznej, rządzącej się zupełnie innymi (często odmiennymi) prawami. Prawa te nie wynikają z dobrowolności, wzorem wartości wypracowanych przez UE, lecz z konieczności utrzymania zasad wspólnej polityki tego regionu w imię bezpieczeństwa obszaru oraz uspokojenia polityczno-wojskowego. Celem dominacji rosyjskiej jest nie stworzenie nowego mocarstwa na wzór ZSRR, ale wprowadzenie zasad zrównoważonego rozwoju ekonomicznego (np. zgodnie z chińskimi doświadczeniami gospodarczymi) oraz wypracowania zasad kooperacyjnego zarządzania związkiem państw w warunkach systemowych zbliżonych do rozwiązań zachodnioeuropejskich, celem osiągnięcia wspólnoty interesów globalnych. Niestety samemu lub we współpracy z Zachodem byłe republiki radzieckie (jak pokazują przykłady państw kaukaskich) nie są w stanie osiągnąć zakładanych celów z racji słabości wewnętrznej (Czeczenia) lub destrukcyjnej podatności na neoliberalne wpływy (Ukraina), tym samym destabilizując samą Rosję. Mamy więc od czynienia założeniem stricte defensywnym państwa próbującego osiągnąć status państw w pełni rozwiniętych.

Rosja prędzej, czy później to osiągnie, jednakże warto zastanowić się nad wsparciem tego procesu, mając na celu owoce przyszłej współpracy. Wymaga to jednak zaprzestanie ingerencji w obszary zamieszkałe przez obywateli rosyjskich lub silnie identyfikujących się z Rosją m.in. na Ukrainie i Kaukazie, zwłaszcza, że samym społecznościom z tych obszarów żywotnie zależy na zachowaniu jak najbliższych związków z Rosją. Podkreślić trzeba, że konflikty wywoływane są tam nie przez Rosję, ale przez roszczące sobie prawo wprowadzania własnego porządku politycznego państwa znajdujące się pod wpływem innych sił geopolitycznych, m.in. USA.

W praktyce Europa musi przestać angażować się w tzw. wokółwewnętrzną politykę Rosji, jakim bez wątpienia jest m.in. konflikt w Gruzji. Moralne poparcie dla gruzińskiego agresora okazało się bowiem poparciem dla polityki czystek etnicznych Micheila Saakaszwilego (co większość polskich mediów skrzętnie przemilczała). Równie słaby jest protest Europy względem podpisania przez polskich decydentów z umowy z USA o instalacji tarczy antyrakietowej na terenie Polski. Tym samym Unia Europejska niejako zezwoliła Rzeczpospolitej — swojemu członkowi i członkowi NATO) zmienić się z chłodnego wobec Rosji sąsiada, ale i partnera handlowego (obroty w I kwartale 2008 r. wyniosły ok. 12 mld USD) — nie tylko w czołowy ośrodek antyrosyjskiej polityki i amerykańskiej propagandy, ale też i destabilizacji nie tylko w Europie, ale i na świecie. Podkreślić trzeba, że tarcza nie jest skierowana przeciwko Iranowi, jak nam to próbuje wmówić proamerykańska propaganda medialna, ale jest zabezpieczeniem przyszłych interwencji amerykańskich na całym globie — potencjalnie również przeciwko Rosji broniącej swojej integralności. W tym kontekście trzeba także podkreślić, że umowa o tarczy niepotrzebnie dubluje funkcję Ameryki, która i tak jest już zobowiązana do współdziałania strategiczno-taktycznego w wypadku konfliktu, jako członek NATO.

Te argumenty bardzo powoli przedzierają się na unijne salony. Trzeba jednak zacząć je promować nie zważając na neoliberalne zapędy Ameryki, która kosztem Unii i Rosji, stara się odzyskać słabnącą pozycję dominującą. W przeciwny razie grozi nam gospodarczo-militarna epoka lodowcowa.

(artykuł opublikowano w nr 199 (5620) z dnia 26.08.2008 dziennika )

Czytany 8321 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04