sobota, 02 październik 2010 18:23

Marcin Domagała: Będziemy wielkim narodem...

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Marcin Domagała

Mawia się, że epoka kamienia łupanego minęła bynajmniej nie z powodu deficytu kamieni. W podobny sposób nadchodzi koniec pewnej epoki w ramach Unii Europejskiej. Naród w tradycyjnym ujęciu będzie musiał odejść, czy nam się to podoba, czy nie. Nie oznacza to jednak, że Polacy, Niemcy bądź Hiszpanie znikną całkowicie. To m.in. z nich narodzi się, w drodze ewolucji, nowa ponadnarodowa świadomość.

W wielu mediach po katastrofie smoleńskiej pojawiły się oceny, że pod Pałacem Namiestnikowskim w Warszawie, objawił się naród. Eksplozja patriotycznych doznań, pobudzona śmiercią głowy państwa polskiego stała się faktem. Przynajmniej na chwilę Polacy zjednoczyli się w tragedii, a cały świat uważnie przyglądał się naszemu krajowi i pytał cóż takiego stało się, że w podsmoleńskim lesie, znów zginęła część elity Rzeczypospolitej.

Erupcja narodowych uczuć była niestety chwilowa, zaś życie społeczne i polityczne Polski pomału zaczęło wracać na utarte tory. W tym kontekście warto zauważyć, że w ogólnej świadomości polskiej tradycyjna kwestia pojmowania i odczuwania istnienia narodu, jako aktywnej całości, co prawda jest ważna, jednakże z reguły w wymiarze werbalnym. W praktyce wypiera ją pragmatyczne podejście. Domy i kamienice na polskich ulicach tylko odświętnie bywają przyozdabiane flagami. Język polski szerokimi garściami czerpie pojęcia z innych języków – ostatnio zwłaszcza z mowy Szekspira. W powszechnej świadomości epatowanie symboliką narodową bardziej kojarzy się z chuligańskimi zachowaniami kibiców lub skinheadów, aniżeli autentycznym i szczerym patriotyzmem propaństwowym. Ekonomiczny zaś wymiar tego odczucia nie przejawia się w tzw. nacjonalizmie handlowym, czyli wybieraniu przede wszystkim dóbr pochodzenia rodzimego. Liczne badania nie raz udowadniały, że dla polskiego klienta liczy się bardziej cena, aniżeli pochodzenie. Jednym słowem patriotyzm w praktyce wypierany jest zatem po części przez postawy pragmatyczne, często mylone z oportunistycznymi, oraz podejście liberalne, coraz gwałtowniej opanowujące liczne dziedziny polskiego życia społecznego. Ten proces rozpoczął się bynajmniej nie w u zarania XXI wieku, kiedy to znacząca większość naszego społeczeństwa, świadomie lub półświadomie, zrezygnowała z tradycyjnie pojmowanej suwerenności państwowej, decydując o akcesji do Unii Europejskiej, ale dużo wcześniej. To co niezmiernie ważne, podczas dwóch słonecznych, weekendowych dni referendum akcesyjnego w czerwcu 2003 r. mało osób zdawało sobie sprawę, że w kategoriach narodu solidarnie decydują o rozpoczęciu nowego okresu, który konserwatywną ideę narodowościową zacznie spychać na historyczny tor.

Nie należy oczekiwać, że zapoczątkowany wówczas proces będzie stał w miejscu. Polski raczej nie czeka rewolucja konserwatywna. dzierżąca w dłoniach biało-czerwony sztandar i wzywająca do odnowienia ducha narodu w ramach całkowicie swobodnie działającego na arenie międzynarodowej państwa. Nawet najsilniejsza obecnie partia prawicowa na polskiej scenie politycznej, jaką jest Prawo i Sprawiedliwość, nie kwestionuje procesów unijnych w sposób efektywny i zasadniczy, postrzegając zjednoczenie, jako szansę na dalszy rozwój. Oznacza to wprost, że erupcje przywiązania narodowego będą coraz rzadsze, zaś tradycja narodowa, silnie kojarzona przede wszystkim z językiem polskim, barwami i wspólnotą przeżyć historycznych — w ciągu zbliżającego się półwiecza może stać się domeną, ale egzotycznych zachowań politycznych. Jakie będzie to miało przełożenie na wspólnotę Europejczyków?

Przyjrzyjmy się bliżej Unii Europejskiej. To nadzwyczaj dziwny twór. U podstaw jej powstania leżały kwestie gospodarcze. Wraz z powołaniem w 1952 r. Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali rozpoczął się proces zjednoczeniowy, który zaowocował powolnym znoszeniem barier na granicach, integracją ekonomiczną, coraz większą swobodą kontaktów między mieszkańcami poszczególnych państw, wreszcie powstaniem wspólnego ciała konsultacyjnego, jakim bez wątpienia jest Parlament Europejski. Później doszła wspólna waluta, zaś niedawno powołano pierwszą osobę na nieoficjalne stanowisko prezydenta UE, z formalnym tytułem Przewodniczącego Rady Europejskiej (Herman Van Rompuy). UE posiada co prawda stolicę (a w pewnym sensie nawet dwie), nieźle strzeżone granice, namiastkę rządu, jakim jest Komisja Europejska, prawo i walutę, ale nie posiada rzeczy najważniejszej dla państwa, jaką jest świadomość wspólnoty interesów narodowych i kulturowych na podstawowym szczeblu społecznym. Unię tak naprawdę rozdzierają fundamentalne konflikty, zaś każdy z jej członków gra na siebie, zgodnie z zasadami własnej raison d’Etat oraz prowadzi własną Realpolitik. Tutaj właśnie należałoby szukać przyczyn, dlaczego w UE nie mówi się głośno i wprost o stworzeniu narodu europejskiego, władającego jednym językiem, posiadającym jedną wspólną świadomość narodową. Tymczasem właśnie brak tych przymiotów jest główną przyczyną słabości własnej Wspólnoty, źródłem jej wewnętrznych konfliktów, a tym samym słabości.

Tymczasem Unia Europejska, tylko wtedy, niestety, będzie posiadała pełny, efektywny sens, kiedy wszyscy jej obywatele będą poczuwali się do uczestnictwa we wspólnocie państwowej, gdy będą związani jednym językiem, kulturą i tożsamością w ramach pojedynczego państwa, którego władze są wybierane w powszechnych wyborach. Praktyka budowy Europy narodów, wg wizji Charlesa de Gaulle’a, niestety nie sprawdza się, i sprawdzać się w przyszłości nie może, jeśli nadal będzie przypominać luźny związek europejskich państw, powiązanych co prawda jedną granicą, ale walczących zażarcie między sobą o tytuł primus inter pares.

Oczywiście część intelektualna elit unijnych świadoma jest rosnących potrzeb. Pomału postępuje proces budowy jednolitego państwa. Jednak, po prawdzie, jest to proces niemrawy, powolny, skomplikowany i pozbawiony widoków na szybki, i jakże potrzebny, sukces. Jednym słowem nazbyt niezrozumiały dla przeciętnego Swensona, Müllera, Kowalskiego, czy Gonzaleza... Tym samym budowa państwa europejskiego przebiega za tchórzowską fasadą. Każdy boi się powiedzieć o tym wprost. Efekt jest prosty — UE pozbawiona jest cech charakterystycznych dla umowy społecznej w klasycznym rozumieniu. W praktyce brak spoiwa narodowego, efektywnie wiążącego fundament państwa, doskonale widać na przykładzie ostatniego kryzysu greckiego. Obywatele unijni nie specjalnie spieszyli oszukanym Grekom na pomoc. Tymczasem scentralizowane państwo, z jednym ośrodkiem decyzyjnym, nie dopuściłoby do machinacji własną walutą w dodatku przy pomocy, a zapewne i inspiracji amerykańskiej. Całą tę sytuację można odczytywać, jako typowo wrogie działanie, obliczone na osłabienie niezorganizowanego przeciwnika.

Kryzys grecki był próbą, która pokazała, że co prawda solidarność europejska zadziałała, ale pod dużym przymusem. Jeśliby wręczyć każdemu Europejczykowi uświadamiającą kartkę z kwotą, jaką musiał wyłożyć na ratowanie bratniego kraju na południu, Unia ponownie zaczęła by zgrzytać i trzeszczeć w posadach. Ten właśnie mechanizm już zadziałał w przypadku unijnego traktatu konstytucyjnego z października 2003 r. Tempa sztucznej integracji nie znieśli nawet obywatele państwa-filaru UE, jakim jest Francja. To wszystko oznacza, że na poziomie mentalnościowym unia niezależnych państw nie działa. W dodatku jest szkodliwa dla samych obywateli wspólnoty, a zatem budzi w nich coraz większy opór w sytuacjach kryzysowych.

Jak wyżej wspomnieliśmy Unia Europejska niestety wciąż opiera swoje podstawy na bezdusznych procesach gospodarczych. Nie idzie za nią jakakolwiek więź emocjonalna. Na podstawowym poziomie społecznym tzw. jedność europejska bardziej przypomina pusty frazes, aniżeli głębszą refleksję. Co jakiś czas organizowane tzw. parady Schumana, tudzież inne wątpliwej jakości eurohappeningi, przybierają sztuczny wygląd aberracyjnej propagandy, aniżeli zapowiedź głębszej integracji. Nie zmienia to faktu, że czas już nadszedł, by zacząć wreszcie o niej poważnie myśleć — i to w wymiarze praktycznym.

To bardzo kontrowersyjne wyzwanie, dla którego realizacji potrzeby jest ogólnoeuropejski konsensus. Jego początkiem powinno być stworzenie tożsamościowych podstaw edukacyjnych, których pierwszym krokiem jest ustalenie jednego języka europejskiego, traktowanego, jako tzw. język ojczysty (mother tongue). Nie musi i nie może to być oczywiście język angielski. Sprawa tym bardziej jest poważna, że już dzisiaj UE posługuje się aż 23 urzędowymi językami, co zakłada aż 506 kombinacji tłumaczeniowych i to tylko w rozmowach dwustronnych. Na samym poziomie obrad PE stanowi to istny horror organizacyjny, nie mówiąc już o funkcjonowaniu samego państwa. Kolejnym wyzwaniem jest konieczność odnajdywania wspólnej przeszłości, szukanie mitów założycielskich, których nauczanie budowałoby wspólnotową mentalność. Na tak stworzonej podstawie, po upływie kilku wychowanych na niej pokoleń, można tworzyć autentyczną i efektywną jedność Europy, jako jednolitego i silnego państwa o realnie oddziałującym znaczeniu geopolitycznym.

To tylko kilka przykładów z całego, nadzwyczaj grubego katalogu. Pokazują dobitnie jak poważne zadanie nas czeka. Oczywiście nie dokona się tego za pomocą różdżki w ciągu jednego dnia. To proces długotrwały, który będzie budził spory opór. Można jednak ten opór zniwelować i oswoić w bardzo prosty sposób – włączając weń organizacje i ludzi, którzy będą potencjalnie jego największymi przeciwnikami. Chodzi tutaj właśnie o obecne środowiska narodowe, patriotyczne i nacjonalistyczne. Stąd też warto im zadać pytanie, co będzie za lat pięćdziesiąt? Jak widzą one rozwój swoich idei w ramach istniejących procesów ewolucyjnych?

Ważną kwestią jest powszechne uświadomienie, że zanikanie narodów prędzej, czy później i tak nastąpi. Tym bardziej kwestią równie ważną jest głęboka wiara środowisk konserwatywnych, że idee narodowe są podstawą dobrze funkcjonującego społeczeństwa. Tertio – nikt nie powinien z miejsca zakładać w ramach tego procesu kompletnej rezygnacji z tradycyjnych wartości i wspólnoty narodowej na rzecz budowy nowej. Nikt nie mówi o tym by pogrzebać w niepamięci polskość, niemieckość, czy włoskość. Należy jedynie oswoić ten proces, inaczej rozkładając akcenty. To może być jedyny i efektywny sposób budowy nowej świadomości narodowej w skali ogólnoeuropejskiej, która pozwoliłaby najlepiej zachować dotychczasowe, tradycyjne wartości i różnorodność w korzystnym dla Europy układzie geopolitycznym. W tym procesie doskonale mogłoby pomagać odwołanie się do wartości klasycznych, które stałyby się pierwowzorem dla odnowienia najstarszych korzeni, z których wywodzą się poszczególne cywilizacje europejskie. Mowa tutaj o dziedzictwie starożytnej Grecji i Rzymu

To bardzo śmiała idea, której założeniom już na wstępie trudno będzie uzyskać powszechną akceptację. Stąd też zakładam, że postawione w niniejszym eseju tezy należy potraktować, jako pewnego rodzaju prowokację, która powinna zmusić do pochylenia się nad tym, co czeka nas w przyszłości. Przedstawione wyżej rozwiązanie nie jest doskonałe. Może ktoś zdoła opracować coś bardziej efektywnego. Nie mniej jednak warto uprzedzać przyszłość, by zapobiec przebudzeniu następnych pokoleń w Europie zupełnie nienarodowej, targanej konfliktami, o których nam się obecnie nie śni.

Artykuł ukazał się w ostatnim numerze (18/2010) kwartalnika Myśl.pl

Czytany 5504 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04