wtorek, 19 październik 2010 19:19

Łukasz Reszczyński: Europa patrzy na Moskwę

Oceń ten artykuł
(1 głos)

alt

Łukasz Reszczyński

Przystąpienie Rosji do NATO byłoby symbolicznym zamknięciem ery postzimnowojennej. Taki rozwój wydarzeń byłby z pewnością symbolicznym zamknięciem ery postzimnowojennej, a także punktem zwrotnym w Fukuyamowskiej teorii końca historii.

Europejski system bezpieczeństwa jest w ostatnim czasie przedmiotem dość intensywnych dyskusji. Jego główny strażnik – NATO – potrzebuje przebudowy i nadania mu nowoczesnego kształtu. Sytuacja jest jednak skomplikowana, biorąc pod uwagę geopolityczne przetasowania w świecie atlantyckim, związane z nową specyfiką globalnej pozycji Stanów Zjednoczonych oraz pozornym otwarciem Rosji, deklarującej chęć troski o bezpieczeństwo starego kontynentu. Kwestie te zdecydują o kierunku rozwoju Europy w najbliższej przyszłości. Sytuacja związana z pojawieniem się pomysłu przyjęcia Rosji w poczet członków NATO, a także wyraźne otwarcie Sojuszu na współpracę z Moskwą, to transakcja wiązana, która ma przynieść obustronne korzyści (NATO może zyskać cennego współpracownika w przypadku Afganistanu z kolei dla Moskwy traktowanie jej przez Sojusz jako równorzędnego partnera jest wodą na młyn mocarstwowego PR). Z perspektywy Europy cała sprawa może wiązać się również z innym, ważnym wyborem – krokiem w kierunku emancypacji spod amerykańskich skrzydeł bezpieczeństwa. Jak ważna rozgrywka czeka Europę świadczy również zachowanie samej Moskwy, która wyraźnie szuka wzmocnienia swojej  przednegocjacyjnej pozycji, próbując polepszyć swoje kontakty z Chinami – na razie z miernym skutkiem.

Wsparcie ze wschodu?

Przystąpienie Moskwy do Sojuszu Północnoatlantyckiego jeszcze do niedawna wydawać się mogło dość niewiarygodne. Taki rozwój wydarzeń byłby z pewnością symbolicznym zamknięciem ery postzimnowojennej, a także punktem zwrotnym w Fukuyamowskiej teorii końca historii. Temat podjęty został na łamach niemieckiego magazynu Der Spiegel i, co ciekawe, przyjęto go jako realną alternatywę, nie zaś jako fantazyjną mrzonkę. Ku zaskoczeniu niektórych (zwłaszcza zachodnich) komentatorów, nie wzbudził on również specjalnych sprzeciwów w Polsce, dla której wstąpienie w szeregi Sojuszu miało zdecydowanie szerszy kontekst geopolityczno-historyczny względem wschodniego sąsiada. Podjęcie tego tematu zostało zręcznie wychwycone przez administrację prezydenta Miedwiediewa, który wzorem Piotra I próbuje unowocześnić swój kraj, dając Zachodowi wyraźne zaproszenie do współpracy.

Pomysł potencjalnego włączenia Rosji w struktury Sojuszu na razie pozostaje jednak sprawą dalekiej (i raczej wątpliwej) przyszłości. Samo jego podjecie pozwoliło jednak na zauważalne zbliżenie na linii Sojusz-Kreml. Mimo, że Rosja w swojej najnowszej doktrynie obronnej ponownie umieściła NATO na szczycie listy potencjalnych zagrożeń, jej zachowania wyraźnie wskazują, że jest ona również zainteresowana zbliżeniem ze swoim głównym rywalem. Sprzyja temu bardziej przytomna w ostatnim czasie postawa Europy, która nieśmiało zaczyna myśleć o emancypacji pod względem własnego bezpieczeństwa, które winno stać się w mniejszym stopniu kwestią uzależnienia od Stanów Zjednoczonych, a w większym - efektem regionalnej współpracy (w tym również z Rosją). Temu służyć miało zaproszenie Moskwy do rozmów nad stworzeniem nowego europejskiego systemu obrony rakietowej, co ma być głównym tematem debaty podczas listopadowego spotkania rady NATO-Rosja podczas szczytu w Lizbonie. Według rzecznika Sojuszu – Jamesa Appathurai`a – zaproszenie Kremla do projektu wpłynie na zbliżenie pomiędzy Sojuszem a Moskwą.

Kwestia zachodnich (a zwłaszcza amerykańskich) instalacji rakietowych na terenie Europy wywołuje wśród rosyjskich polityków nerwowe drgawki, jednak zaproszenie Kremla do rozmów na ten temat jest poniekąd zgodne z przedstawioną pod koniec poprzedniego roku rosyjską koncepcją europejskiego bezpieczeństwa. Przede wszystkim jednak to gest dobrej woli ze strony europejskich decydentów, którzy (zwłaszcza Ci z zachodu) doskonale wiedzą jak łechtać mocarstwowe ego Kremla. Problemem jest jednak brak spójnego stanowiska państw natowskich w tej sprawie (a także niechęć Rosji do zmiany militarnego statusu quo w Europie). Mimo iż kwestia ta sprowadza się głównie do rosyjsko-amerykańskiej rywalizacji o wpływy w europejskich regionach to jednak istnieje szansa, w której europejscy członkowie NATO mogą skutecznie rozpocząć proces wspomnianej emancypacji względem dominującej roli Waszyngtonu. Kluczem niewątpliwie będzie Rosja. Powodzenie tego procesu nie tylko umocniłoby Europę w oczach Waszyngtonu, ale również względem Moskwy i pozostałych silnych graczy światowej geopolityki. Jedynym, co może niepokoić w tym względzie jest „polityczne wygodnictwo”, do jakiego w tym względzie Amerykanie przez lata przyzwyczaili Europejczyków, a także tradycyjny rozdźwięk w kwestii proporcji obecności w Europie wpływów amerykańskich i rosyjskich.

Gnijący kolos

Wydaje się, że budowa skutecznego europejskiego bezpieczeństwa musi odbywać się od podstaw, które nieodłącznie wiążą się z przyszłą wizją funkcjonowania NATO. Pozostający do tej pory jedynym skutecznym systemem euroatlantyckiego bezpieczeństwa, Sojusz znajduje się obecnie w momencie próby, która zadecyduje o jego przyszłym kształcie i realnej sile. Według niektórych komentatorów relacje transatlantyckie uległy w ostatnim czasie dość intensywnej erozji, co bezwzględnie obnażyła tzw. amerykańska „wojna z terroryzmem”. Rozbieżności w tym względzie pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi stają się coraz większe, czego dość cynicznym przykładem pozostaje Afganistan czy wcześniej również Irak.

Amerykańska dominacja w Sojuszu Północnoatlantyckim oduczyła politycznej odpowiedzialności polityków państw europejskich, którzy w kwestiach bezpieczeństwa nie wykazują dostatecznego zaangażowania oraz większych ambicji. Przykładem tego jest wciąż niespójna wizja funkcjonowania wspólnych, unijnych/europejskich sił bezpieczeństwa. Wobec takiej sytuacji, pytania o zasadność dalszego funkcjonowania NATO wydają się jak najbardziej zrozumiałe. Wieszczony przez wielu, upadek Sojuszu byłby z pewnością rewolucją światowego bezpieczeństwa, która pogrążyłaby kontynent europejski w chaosie. Jednak, że mimo słabej kondycji paktu, jest o co walczyć, gdyż perspektywa pojawienia się skuteczniejszych alternatyw w tym względzie jest nikła. NATO można obecnie porównać do dziurawego dachu, który co prawda cieknie i wpuszcza chłód, jednak jest jeszcze w stanie umożliwiającym jego skuteczną naprawę. Kwestia ta wydaje się szczególnie istotna z perspektywy państw byłego bloku wschodniego, w tym Polski - pozostających w fatalnym położeniu geostrategicznym i z wciąż wątpliwą pozycją w Unii Europejskiej. Sytuacja ta nie byłaby pożądana zarówno nad Wisłą jak i w przypadku pozostałych nowych – wschodnich członków Sojuszu.

Wąska specjalizacja

Mimo iż pakt przeżywa tożsamościowy i organizacyjny kryzys to jednak wciąż pozostaje najbardziej skuteczną organizacją tego typu. To fakt – NATO w ostatniej dekadzie dostarczyło aż nadmiar dowodów, aby postrzegać je jako jedno z największych narzędzi polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, oraz instrument podtrzymujący międzynarodowy prym Waszyngtonu. Sprowadzenie Sojuszu do takiej roli w dużym stopniu przyczyniło się do jego obecnej kondycji. Według komentatorów największym problemem jest rozmycie się pierwotnego charakteru NATO, który maksymalnie ograniczał swój polityczny wymiar. Obecnie kwestia ta decyduje o obliczu Sojuszu, co sprawia, że jego funkcjonowanie jest coraz bardziej skomplikowane, a co za tym idzie - nieefektywne. Nie jest możliwe, jak podkreślają sceptycy w tej kwestii, aby NATO stało się najważniejszym „strażnikiem” globalnego bezpieczeństwa. Nie może ono skutecznie reagować na wszystkie dzisiejsze zagrożenia. Współczesność wymaga wąskiej specjalizacji i fachowości, co ma swoje przełożenie nawet w najdrobniejszych aspektach naszego codziennego życia. Dlatego również NATO powinno zostać „przekwalifikowane” i ponownie „wyszkolone”, tak aby sprostać wymogom współczesności – jednak w określonym zakresie.

Z perspektywy kraju środkowo-europejskiego troska o kondycję funkcjonowania Sojuszu powinna stać się jednym z priorytetów polskiej polityki zagranicznej. Co prawda rozpad tej organizacji zrodziłby być może silny bodziec do utworzenia – być może lepszego - systemu bezpieczeństwa europejskiego, jednak po pierwsze, jego wymiar z pewnością nie objąłby takiego zakresu jak obecnie, po drugie zaś, powodzenie takiego przedsięwzięcia jest raczej wątpliwe. Reorganizacja NATO nie powinna jednak być jedynym działaniem zmierzającym do umacniania systemu bezpieczeństwa Europy. Idea wspólnych sił zbrojnych pod egidą Unii Europejskiej jest pomysłem jak najbardziej właściwym, jednak niosącym pewne zagrożenia. Nadmierne rozciąganie funkcji europejskiej Wspólnoty – bądź co bądź stworzonej z pobudek gospodarczych – może osłabić jej całościowe funkcjonowanie. Tworząc europejskie siły zbrojne, poza UE i NATO stworzona zostałaby trzecia osłona, wchodząca w skład systemu bezpieczeństwa starego kontynentu. Poza umocnieniem tej kwestii stanowiłaby ona również element wzmacniający sam Sojusz – poprzez stworzenie konkurencji oraz być może również UE.

Emancypacja obustronna

Ważny zagadnieniem europejskiego bezpieczeństwa jest jego wewnętrzna siła. Obecnie w zbyt dużym stopniu opiera się ono na, momentami bezgranicznej, inicjatywie Stanów Zjednoczonych, co przy bierności europejskich partnerów Waszyngton potrafi skutecznie wykorzystywać. Pozostaje również Rosja. Współpraca z nią musi zostać zacieśniona, gdyż jej poziom jest istotnym elementem bezpieczeństwa Starego Kontynentu. Dążenie do zmniejszenia amerykańskiej dominacji w NATO z jednoczesnym podniesieniem poziomu współpracy z Rosją w kwestiach bezpieczeństwa stanowi dla Europy szansę awansu w geopolitycznym układzie naszego globu. Ostatnia wizyta prezydenta Miedwiediewa w Pekinie potwierdza, że Kreml wciąż największego rywala upatruje w Stanach Zjednoczonych, i większość jego decyzji wynika z chęci utrącenia nosa Waszyngtonowi. Z drugiej strony pekińskie tournée (zakończone porażką) zwiastuje powstawanie nowego bieguna globalnej polityki, z którym Kreml zaczyna się coraz poważniej liczyć i coraz poważniej obawiać. Obawiać się go powinna również Europa, która powinna robić wszystko, aby maksymalnie osłabiać ewentualny sojusz rosyjsko-chiński (chociażby w ramach Szanghajskiej Organizacji Współpracy) i mieć Kreml „po swojej stronie”. Nie należy jednak tracić czujności, aby ponownie nie stać się przedmiotem w rosyjsko-amerykańskich rozgrywkach.

Artykuł ukazał się w nr 42(564) tygodnika alt

Czytany 5499 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04