×

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 396

wtorek, 13 lipiec 2010 06:49

Rizwan Gusejnow: Arytmetyka konfliktu karabaskiego

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

alt Rizwan Gusejnow

 

Patrząc na rozwój sytuacji w Górskim Karabachu, można dość do wniosku, że ostatnie potyczki na linii frontu między siłami azerbejdżańskimi i armeńskimi wpłynęły na Erewań znacznie bardziej niż lata bezpłodnych negocjacji w okresie pokoju.

 
W ciągu dwóch nocy, od 18 do 21 czerwca Ormianie stracili w nich około 10 żołnierzy. W praktyce doszło do kolejnej eskalacji konfliktu karabaskiego, podobnej do tej, która miała miejsce w marcu 2008 roku, kiedy to zginęło 12 wojskowych armeńskich. Wtedy staraniem społeczności międzynarodowej udało się utrzymać status quo i kontynuować proces pokojowy. Ale dziś widać już, że po dwóch latach ostrych negocjacji z udziałem USA, Rosji i UE, Armenia markowała tylko chęć do rozmów.

Zgodnie z prognozami większości ekspertów i analityków zajmujących się Południowym Kaukazem, bezowocne negocjacje doprowadziły tylko do kolejnych napięć między Armenią a Azerbejdżanem wokół Górskiego Karabachu. Azerbejdżan od wojennej retoryki przechodzi stopniowo do realnych przygotowań do operacji militarnej, która miałaby objąć okupowane przez Armenię terytoria.

Do zakończonych tragicznie dla strony armeńskiej starć na linii frontu doszło zaraz po zakończonym bez żadnych rezultatów spotkaniu prezydentów Alijewa i Sarkisjana przy pośrednictwie prezydenta Miedwiediewa w Petersburgu. Już w pierwszym starciu zginęło czterech żołnierzy ormiańskich, a czterech kolejnych zostało rannych. Dane pochodzące z nieoficjalnych źródeł armeńskich i Ministerstwa Obrony Azerbejdżanu wskazywały na jeszcze większe straty. Strona azerbejdżańska straciła jednego żołnierza. W nocy 21 czerwca Ormianie zdecydowali się na przekroczenie linii rozejmu, jednak – według nieoficjalnych danych – zostali szybko odparci i stracili kolejnych trzech żołnierzy.

Warto zauważyć, że wspomniane incydenty po raz kolejny potwierdziły spostrzeżenia licznych zagranicznych, także rosyjskich ekspertów wojskowych, o pozytywnych skutkach reformy sił zbrojnych Azerbejdżanu, która przede wszystkim doprowadziła do zwiększenia jej gotowości bojowej i manewrowości. Wojska azerbejdżańskie przy minimalnych stratach własnych zdołały zadać bolesne ciosy siłom armeńskim, pokazując swoją przewagę w wojnie pozycyjnej i okopowej. Był to druzgocący cios dla oficjalnych czynników w Erewaniu, które do tej pory publicznie zapewniały, że czynniki geograficzne na linii frontu, okrzepła linia umocnień i okopów i doświadczenie bojowe armeńskich oficerów stanowią przeszkodę nie do pokonania dla wojsk azerbejdżańskich. Gdy te zapewnienia okazały się czysto propagandowym zabiegiem, Erewań zachowawczo zaczął apelować do Baku o kontynuację negocjacji w ramach procesu pokojowego.

Dodatkowych obaw dla Erewania przysparza fakt, iż „opinia międzynarodowa nie reaguje na militarystyczne kroki Azerbejdżanu”. Kilka dni po wspomnianych incydentach Baku wysłało jeszcze bardziej czytelny komunikat: od 22 do 24 czerwca miały miejsce zakrojone na szeroką skalę ćwiczenia oddziałów podległych Ministerstwu Obrony, wojsk wewnętrznych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Państwowej Służby Granicznej pod kryptonimem „Odparcie zbrojnej napaści na Republikę Azerbejdżanu”. W manewrach wzięło udział ponad 4000 żołnierzy, 100 czołgów, 77 innych jednostek pancernych, 125 jednostek artylerii, 17 samolotów, 12 helikopterów i cztery śmigłowce transportowe. Podstawowym elementem ćwiczeń była koordynacja jednostek podległych różnym organom siłowym w ramach operacji przywrócenia integralności terytorialnej państwa.

Rzeczywiście, Azerbejdżan wykonuje ostatnie działania przygotowujące do przeprowadzenia operacji antyterrorystycznej w Górskim Karabachu. Armenia liczy, że przyszły konflikt zbrojny obejmie także jej terytorium, co pozwoli na oficjalne zwrócenie się przez Erewań o pomoc do Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ), a przede wszystkim do Rosji. Rachuby te mogą jednak zawieść; wszak oficjalnie Baku kilkukrotnie oświadczało, że potencjalnymi działaniami wojennymi obejmie wyłącznie uznawany za część jej terytorium obszar Górskiego Karabachu i siedmiu przylegających do niego gmin. Rosnąca przewaga wojsk azerbejdżańskich na trudnym terenie linii frontu nie mogła ujść uwadze armeńskiego Ministerstwa Obrony i tamtejszych władz. W Armenii coraz częściej pojawia się świadomość, że nikt – także ulubiona w Erewaniu OUBZ – nie pospieszy z wysyłaniem swoich żołnierzy, by ginęli na okupowanym przez Ormian terytorium Azerbejdżanu.

Incydenty na linii frontu i manewry azerbejdżańskiej armii dały do zrozumienia państwom współprzewodniczącym tzw. grupie mińskiej OBWE i społeczności międzynarodowej, że Baku wkrótce całkowicie straci nadzieje na sens jakichkolwiek negocjacji pokojowych. Wywołało to międzynarodowy niepokój. Prezydenci USA, Rosji i Francji podczas szczytu G8 w Kanadzie ogłosili wspólne oświadczenie o konieczności pilnego rozwiązania konfliktu azerbejdżańsko-armeńskiego. Było ono jednocześnie apelem do Armenii o uznanie zaproponowanych wcześniej tzw. zasad madryckich. Na Południowym Kaukazie pojawili się współprzewodniczący grupy mińskiej, a w ślad za nimi sekretarz stanu Hillary Clinton, usiłując zapobiec zbliżającej się perspektywie nowej wojny. Pojawiła się pilna potrzeba „wsparcia” armeńskich władz, czym zajęły się państwa współprzewodniczące grupie mińskiej OBWE.

Media i eksperci w Armenii ze szczególną uwagą śledzili przebieg wizyty sekretarz stanu Clinton w Erewaniu. Większość obserwatorów uznało, że Clinton udało się przekonać władze armeńskie o konieczności przyjęcia zmodyfikowanych zasad madryckich. Źródłem takiego przekonania było m.in. to, iż nie podniosła ona w Erewaniu problemu więźniów politycznych i wydarzeń marca 2008 roku, które krytycznie oceniano w ostatnim raporcie Departamentu Stanu. Nasuwa się wniosek, że Clinton uznała użycie „bata” w postaci więźniów politycznych o marca 2008 roku za zbędne. Bardzo szybko zatem udało się Rosji i USA przekonanie Erewania o konieczności przyjęcia zasad madryckich, bez czego dalsze rozmowy z Azerbejdżanem nie byłyby możliwe. Najprawdopodobniej decyzję o tym Armenia ogłosi 16-17 lipca w Alma-Acie, podczas nieformalnego szczytu ministrów spraw zagranicznych państw OBWE, na którym ma też dość do rozmów szefów resortów Armenii i Azerbejdżanu.

Warto też zauważyć, że jeszcze przed spotkaniem w Alma-Acie, o możliwości kontynuowania negocjacji pokojowych można było dyskutować podczas nieformalnego szczytu większości państw WNP w Jałcie, z okazji sześćdziesiątych urodzin prezydenta Ukrainy Janukowicza. Przypomnijmy, że w Jałcie spotkali się, poza jubilatem, prezydenci Rosji – Dmitrij Miedwiediew, Azerbejdżanu – Ilham Alijew, Armenii – Serż Sarkisjan, Białorusi – Aleksander Łukaszenko i Kazachstanu – Nursułtan Nazarbajew. Na zamkniętym dla prasy spotkaniu dyskutowano o możliwościach zbliżenia stanowisk Azerbejdżanu i Armenii w sprawie Górskiego Karabachu. Bez wątpienia było to znaczące wydarzenie mogące stanowić preludium dla dwóch stronnych rozmów ministrów spraw zagranicznych w Alma-Acie.

Zrozumiałe jest zainteresowanie Erewania rozmowami na temat skomplikowanej sytuacji na froncie karabaskim z władzami Azerbejdżanu i społecznością międzynarodową, skoro konflikt znajduje się w stadium groźby wybuchu zbrojnego. Jednak, jeśli Armenia chce rzeczywistych negocjacji, a nie ich udawania, powinna na wstępie przyjąć opracowane przez USA, Rosję i Francję zasady madryckie. Przypomnijmy, że Azerbejdżan przyjął je już w marcu tego roku, zaraz po ich przedłożeniu przez współprzewodniczących grupy mińskiej OBWE. Opracowany przez grupę plan zakłada wycofanie się sił armeńskich z siedmiu przygranicznych gmin, umożliwienie powrotu uchodźcom, a następnie ustalenie statusu Górskiego Karabachu z zachowaniem zasady integralności terytorialnej Azerbejdżanu.

Podsumowując, uznać można, że Azerbejdżan nie rozpoczynając jeszcze operacji wojennej, daje Armenii ostatnią szansą na wycofanie swoich wojsk z terytoriów okupowanych. Tą szansa ma stać się planowane spotkanie szefów ministerstw spraw zagranicznych obu krajów w Alma-Acie. Jeśli strona armeńska zaakceptuje na nim plan zaproponowany przez międzynarodowych negocjatorów, negocjacje pokojowe miedzy Baku a Erewaniem będą kontynuowane. Jeśli zaś nie ustosunkuje się do niego w sposób jednoznaczny, dalszy wzrost napięcia na froncie karabaskim wydaje się nieunikniony. Póki co Baku przejawia dobra wole i cierpliwość, która znajduje się jednak na granicy wyczerpania.

Erewań powinien postarać się zrozumieć ogrom niesprawiedliwości związany z wygnaniem około 700 tysięcy Azerów (od 1994 roku żyjących ze statusem uchodźców) z Górskiego Karabachu, śmiercią około 40 tysięcy osób – wszystko po to, by około 90 tysięcy Ormian mogło ogłosić „niepodległość”. Te 700 tysięcy stanowi o gorzkiej arytmetyce konfliktu, która prowadzić będzie zawsze do napięć.

Kolejna odmowa akceptacji zasad madryckich przez Armenię doprowadzi do tego, że Azerbejdżan odda pierwszeństwo koncepcjom siłowego rozwiązania konfliktu karabaskiego i wyzwolenia ziem okupowanych. Tym bardziej, że ONZ i wiele innych organizacji międzynarodowych uchwaliło cały szereg rezolucji potwierdzających uznanie integralności terytorialnej Azerbejdżanu i wzywających Armenię do wycofania swych wojsk z terytorium sąsiada.

Autor jest dziennikarzem i publicystą, absolwentem Państwowego Uniwersytetu w Baku, historykiem. © Regnum

 

 
Czytany 5644 razy Ostatnio zmieniany piątek, 11 marzec 2016 14:44