czwartek, 30 grudzień 2010 11:13

Wrzawa wokół Białorusi szybko ucichnie

Oceń ten artykuł
(1 głos)

 piskorskibia

Z bardzo oczywistych względów wiele krajów europejskich, ale także USA, a nawet Rosja z radością powitałyby zmiany polityczne na Białorusi - rozmowa z Mateuszem Piskorskim, obserwatorem wyborów prezydenckich na Białorusi.

Jan Engelgard: Minister Radosław Sikorski ogłosił, że w wyborach prezydenckich na Białorusi Aleksander Łukaszenka otrzymał grubo mniej niż 50% głosów. Był pan obserwatorem tych wyborów – czy pan też uważa, że Łukaszenka przegrał i sfałszował wybory?

Mateusz Piskorski: Nie wiemy, po pierwsze, na jakich źródłach minister Sikorski opiera swoje twierdzenie. Czy powstało i niego określone odczucie związane z gwałtownymi manifestacjami w Mińsku? Czy może przeprowadzał badania exit-poll, które dały wiarygodne wyniki? Minister mówi, o źródłach, którym „dajemy wiarę”, lecz rodzi się pytanie, dlaczego tych źródeł nie zdefiniuje. Oczywiście, z podobną tezą występuje część przegranych opozycyjnych kandydatów, ale i tu powstaje pewien problem możliwości zgromadzenia przez nich wiarygodnych informacji. Otóż w większości komisji wyborczych nie było obserwatorów, mężów zaufania reprezentujących tych kandydatów. Białoruski Kodeks wyborczy nie przewiduje możliwości, by w składzie obwodowych i terytorialnych komisji wyborczych zsiadali reprezentanci komitetów kandydatów biorących udział w wyborach. Żadna z liczących się pracowni badania opinii publicznej nie podjęła się też prowadzenia na szerszą skalę badań sondażowych przed lokalami wyborczymi. Obserwatorzy międzynarodowi, którzy mieli okazję przyglądać się procedurze liczenia głosów (część z nich zgłaszała zresztą wobec niej zastrzeżenia) przebywali głównie w Mińsku, a geografia wyborcza Białorusi wskazuje od dawna, że podstawowe zaplecze wyborcze urzędującego prezydenta stanowi prowincja. Wystarczy choćby popatrzeć na przeprowadzone kilka dni przed wyborami badanie polskiego instytutu Homo Homini, by przekonać się, że najwyższe poparcie uzyskuje on u wyborców nieco starszych i w średnim wieku, mieszkańców wsi i mniejszych miast.

Jedyną strukturą posiadającą techniczne i organizacyjne możliwości przeliczenia liczby głosów i określenia wyników jest zatem białoruska centralna komisja wyborcza. Jeśli jej dane uznamy za niewiarygodne, to na pytanie o wynik wyborów prezydenckich na Białorusi powinniśmy odpowiadać – nie wiem. Innych źródeł bowiem – powtarzam – po prostu nie było.

Przebywając na Białorusi jako obserwator z ramienia Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych, swoje spostrzeżenia mogłem ograniczyć wyłącznie do przebiegu głosowania w lokalach wyborczych, które odwiedziłem. Brak kompleksowej informacji sprawia, że nie zdobędę się na dywagacje, na które odważył się minister Sikorski. Tak naprawdę problem, przed którym stajemy jest elementem szerszego zagadnienia, które moglibyśmy sprowadzić do pytania o to, kto ma prawo do legitymizowania bądź odmowy legitymizowania procesu wyborczego i jego następstw. Jak dotąd ani struktury pozarządowe, ani międzynarodowe nie wypracowały takiego systemu. Jedyną drogą byłoby chyba umieszczenie w każdej obwodowej i terytorialnej komisji wyborczej wykwalifikowanego obserwatora z prawem do bezpośredniego monitoringu prac komisji. Ale tu z kolei pojawia się ułomność czynnika ludzkiego: zarówno w komisjach, jak i wśród obserwatorów liczne są osoby niezbyt starannie wykonujące swoje obowiązki, raczej kierujące się nadzieją na uzyskanie diety, lub zabłyśnięcie w mediach. W obecnych warunkach nie jesteśmy zatem w stanie zweryfikować wyników wyborów nawet w stosunkowo niewielkich państwach, a Białoruś należy raczej do państw już średnich.

Sondaże przeprowadzane przez różne ośrodki badania opinii publicznej, różnymi metodami badawczymi wskazywały raczej regularnie na to, że Aleksander Łukaszenko może liczyć na zwycięstwo w pierwszej turze wyborów. Jest to chyba jakaś przesłanka, którą należałoby wziąć pod uwagę przed ewentualnym ferowaniem wyroków. Wypowiedź ministra Sikorskiego nie jest komunikatem konstatującym fakty, lecz raczej postulatem normatywnym i działaniem politycznym. Minister zakomunikował tym samym, że Warszawa nie życzy sobie pozostawania Aleksandra Łukaszenki u władzy. I do tego przesłania powinniśmy, moim zdaniem, tą wypowiedź redukować.

J.E.: Jak ocenia pan sam przebieg wyborów i kampanii wyborczej?

M.P.: Na Białorusi następuje, wbrew pozorom, pewna liberalizacja systemu politycznego. Dziesięciu zarejestrowanych i biorących udział w wyborach kandydatów było w stanie spełnić warunki przewidziane w Kodeksie wyborczym; w tym zebrać ponad 100 tys. podpisów obywateli wspierających ich udział w elekcji. To tyle samo, co w Polsce, przy czym u nas wyborców jest niemal czterokrotnie więcej. Czyli formalna poprzeczka dostępu do rynku wyborczego ustawiona została dosyć wysoko. Kodeks wyborczy Republiki Białoruś stosunkowo mocno limituje górny pułap wydatków na kampanię każdego z kandydatów; w tym roku wyniósł on zaledwie 50 tys. dolarów, z których 27 tys. pochodziło z budżetu – każdy zarejestrowany kandydat otrzymywał taką właśnie kwotę. Istnieje zatem baza prawna umożliwiająca prowadzenie kampanii wyborczej. Inna sprawa to kwestia wykorzystywania tzw. zasobów administracyjnych przez obóz rządzący. Na przykład Jurij Baranczik, redaktor ciekawego skądinąd portalu analitycznego Imperia.by zwracał nam uwagę na rażącą dysproporcję pomiędzy regularną obecnością w mediach urzędującej głowy państwa a sporadyczną pozostałych pretendentów. Z drugiej strony tych ostatnich oskarżano o zabronione przez przepisy białoruskie (zresztą to powszechny standard) przyjmowanie wsparcia finansowego z zagranicy (tym razem nie tylko od fundacji zachodnich, ale też rosyjskich). To są oczywiście klasyczne problemy każdej kampanii wyborczej. Jako obserwator wyborów z dość sporym już doświadczeniem muszę zaznaczyć, że takie problemy napotykałem niemal wszędzie.

Baza prawna określa także przebieg samego głosowania i pracy obwodowych komisji wyborczych. W tym miejscu powstawała pewna wątpliwość przeradzająca się często w argument na rzecz delegitymizacji wyborów: tzw. przedterminowe głosowanie, stanowiące dziedzictwo radzieckiego systemu prawnego i stosowane jeszcze w niektórych krajach WNP. Warto pamiętać, że warunkiem ważności wyborów prezydenckich na Białorusi jest frekwencja wynosząca powyżej 50%. Stosuje się zatem metody mogące ją zwiększyć, czasem sztucznie. W ciągu czterech dodatkowych dni głosowania w wielu przypadkach mobilizowano do udziału w wyborach pracowników dużych zakładów czy studentów. W tegorocznych wyborach na Ukrainie zetknęliśmy się z przypadkiem, gdy profesorowie uniwersytetu wymagali od swych studentów fotografii kart do głosowania wykonanych telefonem komórkowym na dowód poparcia określonego kandydata. W Mińsku młodzi ludzie o takich naciskach nie wspominali. Protesty budziło natomiast pozostawanie urn wyborczych przez kilka dni pod ochroną milicji, co wszakże wydawało się z drugiej strony niezbędne. Dlatego wydawać się może, że z punktu widzenia większej przejrzystości procesu wyborczego i uniknięcia wątpliwości w przyszłości można by znowelizować prawo wyborcze, likwidując procedurę przedterminowego głosowania i jednocześnie znosząc próg frekwencyjny.

Prawne podstawy demokracji proceduralnej, choć nieco odmienne od tych, które występują w większości państw europejskich, zatem na Białorusi istnieją. A jak wygląda praktyka? Brałem udział w misji krótkoterminowej, a zatem ograniczę się do lakonicznego stwierdzenia: w 20 obwodowych komisjach wyborczych, które odwiedziłem nie zaobserwowałem poważniejszych uchybień w realizacji zapisów białoruskiego Kodeksu Wyborczego. Warto trzymać się faktów, a nie naginać rzeczywistości do myślenia życzeniowego bądź politycznych presumpcji.

J.E.: Nasz rząd dokonał jednostronnej oceny sytuacji na Białorusi – czy w pana ocenie ta polityka ma jakiś sens?

M.P.: Z bardzo oczywistych względów wiele krajów europejskich, ale także USA, a nawet Rosja z radością powitałyby zmiany polityczne na Białorusi. Wiele z nich formalnie bądź nieformalnie wspierało kandydatów opozycji w ostatnich wyborach. Rozważano także scenariusz tzw. kolorowej rewolucji znakomicie już przećwiczony w kilku krajach WNP. System białoruski, także społeczny, jest jednak nieco odmienny. W ostatnim momencie czołowi europejscy gracze, przede wszystkim Niemcy i Rosja, pogodzili się z dużym prawdopodobieństwem pozostania Aleksandra Łukaszenki u władzy. Berlin i Moskwa zdają sobie sprawę, że kraj ten jest zbyt istotny z punktu widzenia tranzytowego i przemysłowego, by móc wykreślić go z mapy własnej polityki. Polityki realnej, czyli takiej, która zakłada, że prowadzimy rozmowy z czynnikami faktycznie decyzyjnymi; skoro nie jesteśmy w stanie zmienić ich składu, akceptujemy istniejące kierownictwo. Ta polityka może zapobiec przekształcaniu się Republiki Białoruś w kapitałową enklawę Chin w środku Europy.

Białorusini przyjaźnie spoglądają na inwestorów z Polski. Dużo mówią o potrzebie budowy drugiej nitki Gazociągu Jamajskiego, czyli projekcie zbieżnym z polskim interesem geoekonomicznym. Ocenę działań polskiej dyplomacji i rządu w obliczu fiaska alternacji władzy w ostatnich wyborach pozostawmy sobie na później, stosując przy tym czytelne kryterium: czy doprowadzi ona do intensyfikacji polskiej obecności gospodarczej w Mińsku, czy też zamrozi nasze relacje ekonomiczne? Nie wiem, jaki plan kryje się za polskim wezwaniem do podważenia i kwestionowania wyników wyborów. Jeśli będzie to plan misterny, lecz skuteczny – pozostanie tylko pogratulować. Jeśli krzykliwy, ale nieefektywny – autorom projektu należy współczuć nieprawidłowego rozeznania sytuacji.

J.E. Co dalej? Rosja pokazała, że Łukaszenka jest dla niej ciężarem, ale w chwili próby udzieliła mu wsparcia. Czy według pana Unia Europejska (Niemcy) ma jakiś pomysł na politykę wobec Białorusi?

M.P.:  Wydaje się dziś, że Bruksela nie ma spójnej koncepcji polityki wobec Białorusi. Mają ją, jak wspomniałem, Niemcy, ma też Holandia, czyli kraje dokonujące tam sporych inwestycji. Znakomity rosyjski dziennikarz i publicysta Roj Miedwiediew w swojej ostatniej książce na temat Białorusi pisał, że „tylko ten kraj zachował wierność temu, co nazwano wyborem socjalistycznym”. Gospodarka i polityka społeczna Białorusi są bowiem etatystyczne i socjalizujące. Tymczasem, zarówno Rosja, jak i część czołowych krajów UE, przede wszystkim Niemcy, traktują Republikę Białoruś jako kolejne pole swej ekspansji ekonomicznej i kapitałowej. Będą zatem konsekwentnie naciskać na otwarcie białoruskiej gospodarki w kierunku modelu wolnorynkowego. Ich sukcesem będzie wspólna penetracja kapitałowa tego kraju. Pytania pozostają dwa: po pierwsze, na ile obecne władze w Mińsku wybiorą kierunek modernizacji związany z opcją wolnorynkową? Po drugie, kto zasiądzie do podziału tortu, czyli tamtejszej gospodarki i infrastruktury? Zapewne będzie to Rosja, ale z pewnością nie będzie to UE jako całość, a raczej wybrane jej państwa dysponujące odpowiednim kapitałem, ale też wolą polityczną. Zapewne w gronie wiodących inwestorów znajdą się Niemcy. Sądzę, że za kilka tygodni medialna wrzawa wokół Białorusi ustanie, a rozpocznie się pragmatyczna rozmowa o interesach. Ucichną emocje, zapewne aż do następnych wyborów: parlamentarnych w 2012 roku i prezydenckich – w 2014.

Wywiad został opublikowany w najnowszym nr 1-2/ 2011 „Myśli Polskiej”.

Wnioski obserwatorów ECAG z przeprowadzonej obserwacji krótkoterminowej wyborów prezydenckich na Białorusi w grudniu 2010 r. znajdują się TUTAJ.

 

Czytany 4708 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04