wtorek, 29 listopad 2011 14:23

Unia musi być scentralizowana

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

lewandowski  Piotr A. Maciążek
Bartosz Mroczkowski

Euroland jest skazany nie tylko na głęboką integrację polityk gospodarczych, nie tylko monetarnych i fiskalno-budżetowych, ale głębokiego wejścia i wtrącania się Brukseli w polityki wewnętrzne poszczególnych państw. Oznacza to niestety centralizację... – mówi komisarz UE ds. budżetu i programowania finansowego Janusz Lewandowski w rozmowie z Piotrem Maciążkiem i Bartoszem Mroczkowskim.

Piotr Maciążek: Czy uważa Pan, że obecnie światu grozi wojna walutowa, mając na uwadze to, co dzieje się z dolarem i jenem?

Janusz Lewandowski: Zimna wojna trwa od zawsze, gorącej wojny na razie nie widzę. Tu nie chodzi o wojny walutowe, a o głębokie nierównowagi wewnętrzne w gospodarce światowej, której czasami wyrazem są te starcia właśnie walutowe. Ale z perspektywy europejskiej nie jest to problem, który my musimy w Brukseli rozwiązywać.

P.M.: A ryzyko spekulacji polskim złotym?

J.L.: Przede wszystkim jeżeli będzie się dużo rozmawiało o spekulacji polskim złotym, to być może naprowadzimy kogoś na ten trop. Przypominam sobie rok 2008/2009 kiedy rzeczywiście był taki pogląd na Zachodzie, że amerykański kryzys finansowy dopadnie Europę Zachodnią znajdując drogę przez Wschodnią. Był taki czas spekulacji, prób dobierania się do złotówki i do forinta, ale okazało się, że miękkim podbrzuszem Europy i najwdzięczniejszym rejonem spekulacji jest samo euro, tylko w tych krajach eurostrefy, które są niegospodarne.

P.M.: Czyli jest pan zwolennikiem przyjęcia euro w Polsce?

Jestem zwolennikiem. Polska powinna manifestować taką wolę polityczną, zapisaną zresztą w Traktacie Akcesyjnym. Powinniśmy się różnić od tego, co robią obecnie Czesi. Generalnie trzeba budować zaufanie do projektu europejskiego, który wszedł w tej chwili na szczebel wspólnej waluty. Natomiast nie jestem zwolennikiem, aby wchodzić obecnie do strefy euro. Należy się przyglądać się, jak przebiehga jej remont kapitalny...

Bartosz Mroczkowski: Więc jaka będzie przyszłość eurolandu?

J.L.: Euroland jest skazany nie tylko na głęboką integrację polityk gospodarczych, nie tylko monetarnych i fiskalno-budżetowych, ale głębokiego wejścia i wtrącania się Brukseli w polityki wewnętrzne poszczególnych państw. Oznacza to niestety centralizację – mówię to jako liberał – w wewnętrzne czynniki konkurencyjności i produkcyjności poszczególnych krajów. To jest wyrok, który oznacza wyciąganie wniosków z wad konstrukcyjnych strefy euro. W interesie polskim leży, abyśmy nie znajdowali się zbyt daleko od tego procesu, z uwagi na fakt, że nie jesteśmy w strefie euro. Zresztą taki jest obecnie plan w Berlinie czy w Paryżu. Przywódcy tych krajów są zniechęceni ciągłą obstrukcją, jaką na ogół uprawia Londyn i porzucili plan budowania wspólnych rynków dla całej Europy.

P.M.: A czy to nie jest tak, że Bruksela jest takim chłopcem do bicia, jeżeli chodzi o konstrukcję budżetu?

J.L.: Do tego już się przyzwyczailiśmy. Nawet jesteśmy gotowi służyć takim celom, jeżeli oczywiście politycy krajowi będą dyscyplinowali finanse własne i będą odpowiedzialni, będą powoływać się na „kij z Brukseli”... Skutek takiego postępowania będzie dobry, a wówczas wytrzymamy.

B.M.: Czyli to oznacza, że w Europie jest zauważalny taki proces integracji ekonomicznej przez integrację polityczną, która już nastąpiła, jak wiadomo, od powstania Unii Europejskiej?

J.L.: Ta integracja nie sięgnęła szczebla państwa federalnego. To nie jest unia polityczna. Francuz nie czuje się mniej Francuzem po kilkudziesięciu latach, Duńczyk nie czuje się mniej Duńczykiem itp. Europa porzuciła takie „finalité”, które po francusku oznacza „cel finalny”. Raczej rozmawia się w kategoriach kroków praktycznych, których wdrażanie przebiega przez drzwi kuchenne. Przez techniczne rozwiązania, które mają utrzymać strefę euro, buduje się co raz więcej Europy. Nie dlatego, że się zaniżyło znaczenie unii politycznej, ale dlatego, że wady konstrukcyjne strefy euro do tego zmuszają. Tego najbardziej obawiają się Francuzi czy Niemcy, bo widzą w tym nie tylko budowanie unii politycznej przez techniczne rozwiązania gospodarcze, ale też tzw. ”transfer union”, czyli unię przepływu od bogatszych, bardziej wiarygodnych do mniej wiarygodnych.

B.M.: Czyli można zrozumieć to tak, że integracja od zaplecza wchodzi w niezależność państwa?

J.L.: Tak. Niestety proces, jako konsekwencja wspólnej, bezpaństwowej waluty, wymusza rozwiązania techniczne, które oznaczają przesunięcie granicy pomiędzy państwem suwerennym, a szczeblem wspólnotowym. Niestety tak jest. Jeżeli powiedziało się A, to w tej chwili próbuje się powiedzieć się B, w postaci tego wszystkiego, co nazywamy Paktem Euro Plus, czy rządem ekonomicznym. Natomiast nam powinno zależeć, aby w mądry sposób to przybijać. To nazywa się „sześciopakiem”, który też ingeruje w gospodarność krajów, ale  także  jest on tak skonstruowany, że będzie ingerował w niegospodarność. To nie jest złe rozwiązanie dla Europy. To jest ogromna różnica, czy my wymuszamy na wszystkich jakieś wzorce, bo nam się urodziły w głowie np. energooszczędne żarówki, które zaczynają irytować ludzi, zresztą sam nie lubię ich używać. Podobnie sprawa wygląda z zakazami palenia. Ta sprawa nie wymaga ingerencji ze strony Brukseli. Państwo narodowe poradzi sobie z tym problemem. W innych jednak dziedzinach ten proces jest nieuchronny. Oby tylko nie przerodził się w uciążliwe wtrącanie się w życie, tylko w interwencję wtedy, kiedy widzimy jakieś niegospodarne postępowanie danego kraju. Pamiętajmy, że takie państwo jest zagrożeniem dla wszystkich pozostałych. Jeżeli przymykamy oko na jego niegospodarność, a państwo takie jest udziałowcem wspólnej waluty, to prędzej czy później wpłynie to na nasz dobrobyt.

P.M. i B.M.: Dziękujemy za rozmowę.

Wywiad został przeprowadzony na XXI Forum Ekonomicznym w Krynicy.

Czytany 4166 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04