sobota, 08 grudzień 2012 11:08

Rafał Zgorzelski: Zbudujmy silną i zwartą Europę Środkową

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

artur_zawisza


dr  Rafał Zgorzelski

Dzisiaj głównym zagrożeniem jest niemiecka eurohegemonia i rosyjski neoimperializm – mówi Artur Zawisza, były szef sejmowych Komisji: Gospodarki (w latach 2005–2006) oraz Śledczej ds. banków i nadzoru bankowego (2006–2007) Sejmu RP V kadencji, jeden z liderów Ruchu Narodowego w rozmowie z dr Rafałem Zgorzelskim.

Dr Rafał Zgorzelski: Reprezentuje Pan dziś bodajże jeden z najbardziej eurosceptycznie nastawionych nurtów w polskiej polityce. Skąd ta, odnoszę głęboko nieodparte wrażenie, niechęć do struktur Unii Europejskiej? Ma ona długie tradycje. Jako jeden z nielicznych uczestników władz krajowych Prawa i Sprawiedliwości opowiedział się Pan na zjeździe tej partii (w dniu 18 stycznia 2003 roku) przeciw uchwale wzywającej do głosowania za wstąpienie do UE w referendum…

Artur Zawisza: Wywodzę się z działającego ponad ćwierć wieku na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim środowiska „Vademecum”, sięgającego już od lat 80. XX wieku do dorobku narodowej demokracji. W wolnej Polsce byłem członkiem i sekretarzem generalnym Zjednoczenia Chrześcijańsko–Narodowego, po którego uwiądzie trafiłem do Prawa i Sprawiedliwości. Tam, wespół z późniejszym Marszałkiem Sejmu RP Markiem Jurkiem, tworzyliśmy eurosceptyczną mniejszość. Po odejściu z PiS redagowałem rezolucję „Europa wolnych narodów”, przeciwstawiająca się Traktatowi Lizbońskiemu. Można więc rzecz, że jestem patentowanym eurosceptykiem, choć wbrew pozorom sprawa jest skomplikowana.

Od tysiąca lat Polska jest częścią kulturowego i geopolitycznego Zachodu. W XX wieku Roman Dmowski zabiegał o równoprawne miejsce Polski w rodzinie narodów europejskich. Gdyby nie rządy komunistów, być może endecki minister spraw zagranicznych wprowadzałby Polskę do powstającej Unii Europejskiej. W imię realizmu narodowego nie postuluję wystąpienia z Unii i autarkii gospodarczej. Problem w tym, że Unia stała się zarówno wehikułem ideologicznych, jak i obszarem stagnacji gospodarczej. Jawne i ukryte struktury antychrześcijańskie uczyniły sobie z Unii promotora nieludzkich ideologii prowadzących nas ku nihilizmowi moralnemu i zatracie człowieczeństwa. Jako cel agresji politycznej zostały wzięte narody, które są pozbawiane suwerenności (dlatego postulujemy zdjęcie unijnych flag, nadrzędność prawa konstytucyjnego nad unijnym, trwałość waluty narodowej, odejście od paktu fiskalnego i sprzeciw wobec unii bankowej). Wreszcie biurokracja unijna powstrzymuje rozwój gospodarek europejskich. Szantaż unijny polega na tym, że za strumień dotacji próbuje się wymusić utratę suwerenności gospodarczej. Tymczasem dla rozwoju wystarczą osiągnięcia Europejskiego Obszaru Gospodarczego, czyli swoboda przepływu osób, usług i kapitałów, a nie są konieczne przeregulowane dyrektywy.

R.Z.: Dobra, rozumiem, Naród nie kupił jednak formuły politycznej Ligi Polskich Rodzin, a potem Libertas Polska, której był Pan (w 2009 roku) wiceprezesem… Antyunijna retoryka się wyczerpała, czy nabiera nowego rozmachu?

A.Z.: Większość Brytyjczyków jest wprost za opuszczeniem Unii. Poszczególne kraje unijne tęsknią za własną walutą jako poduszką antykryzysową. Wzrost gospodarczy w krajach strefy euro jest niższy niż poza nią, żeby już nie porównywać się do graniczącej z Europą i skaczącej do góry Turcji. Polski problem polega na tym, że państwo polskie działa źle i wielu obywateli upatruje w Unii dobrego wujka, która da dwa złote na lody i w razie potrzeby tupnie nogą, zaprowadzając porządek. To familiarna wizja, ale odległa od egoistycznej rzeczywistości unijnej. Trzeba pamiętać, że z 1 euro dotacji unijnych aż 89 centów wraca do starej Unii poprzez zamówienia usług i towarów. Polska nie posiada  prawdziwej, narodowej strategii rozwoju gospodarczego, a jedynie kopiowane z Unii kserokopie powodujące brak dróg między miastami polskimi na rzecz dróg transeuropejskich, od Berlina do Moskwy. Dlatego też Polakom potrzeba dobrego państwa. Państwa silnego, ale obywatelskiego. Państwa rozumnego, ale darzącego wolnością. Państwa sprawiedliwego, ale nie nadopiekuńczego. Państwa, w którym dobrym żyje się dobrze, a złym – źle. Wtedy unijny komisarz przestanie być atrakcyjny. Dzisiaj Ruch Narodowy opowiadający się za suwerennością państwową i tożsamością narodową znajduje coraz więcej zrozumienia u rodaków w kraju, na emigracji i za kordonem.

R.Z.: Idąc dalej śladami nieodległej historii… Był Pan szefem sejmowej Komisji Gospodarki (w latach 2005–2006). Szczerze mówiąc, to osobiście uważam, że w Polsce zbyt dużo politykujemy oraz rozważamy stare dzieje, a gospodarka jest traktowana (nieco) po macoszemu. A jak postrzega Pan gospodarkę tej Unii Europejskiej, na którą to Pan i Pańskie środowisko tak biadolicie? Więcej dziś w gospodarce Wspólnoty Europejskiej i Polski socjalizmu czy mniej niż może strawić to ekonomia?

A.Z.: O tym wspominałem wcześniej, ale przy okazji dodam, że jako poseł w latach 2001–07, i to z reguły opozycyjny, mam na swoim koncie trzy duże osiągnięcia w dziedzinie gospodarczo–podatkowej. Primo, to moja poprawka do ustawy o swobodzie działalności gospodarczej i ordynacji podatkowej wprowadziła wiążące interpretacje podatkowe jako instrument ochrony podatnika przed fiskusem. Do dzisiaj setki tysięcy przedsiębiorców korzysta z nich, pewnie nie znając mojego autorstwa, i zaoszczędza każdego roku może nawet setki milionów złotych. Secundo, przewalczyłem w roku 2004 preferencyjna stawkę VAT na artykuły dziecięce, wzorowaną na ustawodawstwie brytyjskim, irlandzkim i holenderskim. Dopiero w tym roku Europejski Trybunał Sprawiedliwości zmusił Polskę do rezygnacji z tej preferencji, choć wyrok ważył się do ostatniej chwili. Tertio, byłem autorem poprawki dwukrotnie zwiększającej ulgę na dzieci w podatku dochodowym od osób fizycznych przyjętą przez Sejm, wbrew ówczesnej minister finansów prof. Zycie Gilowskiej. Mimo, iż Prawica Rzeczypospolitej była tylko kołem poselskim, negocjacje naszego posła Mariana Piłki z posłem Bronisławem Komorowskim doprowadziły do uchwalenia tej ulgi wbrew Prawu i Sprawiedliwości. Te trzy przykłady określają moje z jednej strony wolnościowe, a z drugiej – prorodzinne spojrzenie na zagadnienia gospodarcze i podatkowe.

R.Z.: To jak już tak wspominamy sobie, to pamiętam Pana doskonale z prac w sejmowej Komisji śledczej ds. banków i nadzoru bankowego (2006–2007). Tak jak sobie teraz o tym „bankowaniu” w Polsce myślę, to zastanawiam się jak ocenia Pan tę międzynarodową i europejską finansjerę? Co Pan myślał, gdy słyszał, czytał o tym, jak „wielki nadzór bankowy” dociskał Victora Orbana? Burzyła się krew w żyłach?

A.Z.: Zabawne, że dzisiaj postulaty Ruchu Narodowego popiera zwalczający mnie wtedy Związek Banków Polskich krytykujący projekt unijnego nadzoru bankowego. Otóż odebranie decyzyjności Komisji Nadzoru Finansowego pogorszyłoby już i tak dramatyczne zjawisko drenowania działających w kraju banków przez ich spółki matki z zagranicy. W zeszłym roku 30 mld złotych zostało wyssanych przez banki zagraniczne z polskich spółek, czyli ostatecznie z naszych kieszeni. Jako przewodniczący bankowej komisji śledczej zarówno krytykowałem proces pospiesznej prywatyzacji sektora bankowego, jako i wskazywałem na jego niską konkurencyjność, wynikającą z nadmiernej koncentracji. Co do pierwszej sprawy, podawałem jako przykład także postkomunistyczną Słowenię, która zdołała zacisnąć zęby, poczekać z przyspieszoną prywatyzacją i na koniec sprzedać pakiety akcji w spółkach bankowych, ale rodzimym przedsiębiorcom, tworzącym narodowe grupy kapitałowe. My, w wyniku rządów od komunistów po Jerzego Buzka, pozostaliśmy bez własności instytucji finansowych, z kilkoma dosłownie wyjątkami oraz powstałymi oddolnie Spółdzielczymi Kasami Oszczędnościowo–Kredytowymi. Co do sprawy drugiej, to wedle przytaczanych przeze mnie wyliczeń, mieliśmy w Polsce najdroższe usługi finansowe, liczone per capita, czyli wedle siły nabywczej pojedynczego konsumenta. Szczególnie jaskrawy był przypadek kart kredytowych, na których byliśmy i jesteśmy łupieni każdego dnia. Wtedy sektor bankowy zareagował na moje działania wyjaśniające straszliwą agresją. Co głupsi dziennikarze sekundowali mu, woląc być oszukiwanymi przez banki i emitentów kart kredytowych jako klienci, zamiast przyznawać rację politykowi prawicy. Niestety, Prawo i Sprawiedliwość, którego byłem wtedy posłem, nie wykazało się należytą solidarnością i „stuliło uszy po sobie”, pozwalając na dalszą koncentrację sektora bankowego i na koniec odwołując mnie z funkcji przewodniczącego komisji.

R.Z.: No dobrze, a właśnie, jak postrzega Pan model węgierski? W ustach polityków „polskiej konserwy” można często słyszeć peany pochwalne wobec V. Orbana. Czy politycy pokroju premiera Węgier stanowią nadzieję dla Europy Narodów, czy może wręcz przeciwnie destabilizują integrującą się Europę?

A.Z.: Węgry są ożywczym promieniem słońca dla Europy. Węgrzy z nową nazwą państwa, nową konstytucją i prezentowaną dumą narodową dają przykład także Polakom. Aby jednak w Polsce nastał drugi Budapeszt, musi powstać zakorzeniony społecznie szeroki front prawicy od narodowców (jak węgierski Jobbik) po liberałów (jak część węgierskiego Fideszu). Oczekujemy, że przywódcy polskiej centroprawicy zrozumieją to i będą zachowywać się podobnie kooperatywnie, jak twórcy Ruchu Narodowego, którzy np. nie wahali się iść za Jarosławem Kaczyński 29 września ulicami Warszawy, bo chodziło o sprawę wolności mediów. Natomiast po Marszu Niepodległości grupa znaczących posłów PiS (np. wiceprezesi tej partii Mariusz Kamiński i Adam Lipiński) zachowali się jak policyjni kolaboranci, co mimo ich dawnych zasług, trzeba ze smutkiem podkreślić.

R.Z.: Węgierski Fidesz, to niby ten polski PiS, a Pan będzie tworzył zdecydowanie prawicowy polski Jobbik (Ruch na rzecz Lepszych Węgier – R.Z.)? Media będą piać zapewne z zachwytu?

A.Z.: Cieszę się, iż media, zamiast rytualnych zaklęć, starają się wreszcie zrozumieć rzeczywistość. Po Marszu Niepodległości przetoczyła się fala publikacji trwająca do dzisiaj. Na szczęście wiele z tych artykułów miało charakter analityczny i poważnie traktujący nowe zjawisko. Tym bardziej, że Ruch Narodowy nie ogłosił się jako partia, lecz jako narodowy ruch będący siecią inicjatyw lokalnych o zarówno sformalizowanym, jak i środowiskowym charakterze. Chcemy, aby ta barwna mozaika polskości odnawiała tę ziemię, a media relacjonowały rzetelnie i z właściwym umiarem ten trwający proces odrodzenia narodowego.

R.Z.: Rozmawiając o sprawach międzynarodowych często nie omieszkam zahaczyć o tego drugiego, prawdziwego „wielkiego brata”, tj. USA… Co Pan pomyślał, gdy dowiedział się o reelekcji Baracka Obamy na fotel prezydencki – „nie dobrze, świat skręca znów w lewo?

A.Z.: Rzeczą polskich polityków jest patrzeć na interes narodowy. Jako konserwatysta, mogę nie lubić prezydenta B. Obamy i mieć więcej sympatii do jego konkurentów, nie tylko z pierwszej linii, ale to kwestia innego typu. Podobnie, jak w negocjacjach unijnych, nie powinno być tak, że premier D. Tusk patrzy tylko na kanclerz A. Merkel, a prezes J. Kaczyński tylko na premiera D. Camerona, choć akurat jego stanowisko jest bardzo zdrowe. Naszą rzeczą jest wygrywać polski interes, jak Roman Dmowski na konferencji w Wersalu, nie lubiany przez wielu i podminowywany przez diasporę żydowską, a jednak wracający z Paryża z, w miarę możliwości, dobrymi granicami dla Polski. Dzisiaj jest podobnie i Ruch Narodowy będzie współpracować z ruchami tożsamościowymi w krajach europejskich, ale na koniec dnia będzie prowadził politykę polską ku odbudowaniu państwa.

R.Z.: No tak, a dokąd jest bliżej z Warszawy, do Berlina i Moskwy czy do Waszyngtonu? Kiedyś widziałem taką zabawną widokówkę – karykaturę Leszka Millera, wystylizowanego na Charliego Chaplina, z podpisem „Wszystko postawiłem na Unię”. Czy polska dyplomacja nie stawia zbyt dużo na USA? Myśli Pan, że to dobry kierunek? Wie Pan o tym, że dwie ważne gospodarki świata – niemiecka i rosyjska ściśle ze sobą współpracują, a dobre relacje Rosji z Niemcami nigdy Polsce na dobre nie wychodziły, i to tym bardziej takiej Polsce, która nie chciała się dopasować?

A.Z.: Dzisiaj, głównym zagrożeniem jest niemiecka eurohegemonia i rosyjski neoimperializm. Z tego punktu widzenia ciekawa była polityka Lecha Kaczyńskiego stawiająca na bliską współpracę ze Stanami Zjednoczonymi. Tu warto wyjaśnić, że sprzeciw wobec kulturowego amerykanizmu nie musi prowadzić ku geopolitycznej wojnie z Ameryką, czego przykładem jest i Arabia Saudyjska, i Turcja. Jednak do tanga trzeba dwojga i trudno dzisiaj na serio sądzić, że z USA B. Obamy zawojujemy świat. Zatem, z punktu widzenia realiów, trzeba wrócić do robótek ręcznych, czyli budowy silnej i zwartej Europy Środkowej. Taka Europa Środkowa, wolna od wpływów niemieckich, może swobodnie rozmawiać z Rosją nie jako petent w stylu prezydenta Komorowskiego, ale jako świadomy swoich celów partner. Wtedy można zarówno śmiało żądać uczciwej postawy co do katastrofy smoleńskiej, jak i szukać wspólnych interesów. Nacjonalizm nie jest polskim talmudem, ale doktryną prymatu interesu narodowego. Nowoczesny nacjonalizm jest dobrą drogą dla Polski.

R.Z.: Dziękuję za rozmowę!

Fot.: arturzawisza.pl

 

Czytany 6421 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04