piątek, 27 sierpień 2021 19:01

prof. Dariusz Kozerawski: Zachód nie wyśle już więcej wojsk do Afganistanu. Tę wojnę przegrał

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Nie powstanie międzynarodowa koalicja przeciw talibom. Nikt nie da się namówić do powrotu do Afganistanu, by tam walczyć. Zachód ma świadomość, że podejmując się wprowadzania siłą demokracji w państwie, którego zdecydowana większość mieszkańców tego nie oczekiwała i była wrogo nastwiona do obcych wojsk, popełnił błąd strategiczny - mówi prof. płk rez. Dariusz Kozerawski, były rektor Akademii Obrony Narodowej.

Edyta Żemła, Onet: Badał pan misje wojskowe NATO prowadzone przez ostatnie trzy dekady. Wnioskuję, że nie zaskoczyła Pana sytuacja w Afganistanie po wycofaniu wojsk Sojuszu, tak jak zaskoczyła ona podobno amerykański wywiad?

Prof. płk rez. Dariusz Kozerawski: Myślę, że sytuacja w Afganistanie nie zaskoczyła amerykańskiego wywiadu. To bardzo profesjonalne narzędzie. Wielokrotnie w Iraku, na Bałkanach, czy Bliskim Wschodzie, współpracując z siłami amerykańskimi, jak wszyscy sojusznicy i koalicjanci korzystałem z wyników jego pracy. Mam bardzo pozytywną opinię o amerykańskim wywiadzie i nie podzielam tych krytycznych, a zarazem jednostronnych opinii na jego temat, jakie w ostatnim czasie pojawiają się w przestrzeni publicznej.

Proszę pamiętać, że wywiad to tylko narzędzie. Decyzje podejmowali politycy. Podejrzewam, że było wielkie dążenie amerykańskich elit, by w świetle fleszy, według własnego scenariusza zdarzeń, jak przystało na supermocarstwo - zakończyć misję w Afganistanie, by jednocześnie spiąć to wydarzenie klamrą 11 września.

Miało być symboliczne, ale rzeczywistość okazała się inna. Nie potwierdził się też scenariusz irakijski. W Iraku w 2011 r. wycofanie wojsk amerykańskich przebiegało w sposób zaplanowany, choć nie twierdzę, że spokojny. W Afganistanie talibowie najpierw przejęli inicjatywę strategiczną na teatrze działań, a następnie błyskawicznie zajęli Kabul i przejęli władzę w państwie. Sądzę, że to bardziej zaskoczyło życzeniowo myślących polityków wielu państw zachodnich, niż profesjonalnie działające agendy wywiadowcze.

E.Ż.: Amerykanie na podstawie doświadczeń irackich źle obliczyli sytuację?

D.K.: Zamiary spokojnego przeprowadzenia wycofania misji w Afganistanie pod dyktat amerykański po prostu się nie powiodły. Jestem przekonany, że Stany Zjednoczone miały bardzo szczegółową, głęboką wiedzę, co się tam dzieje. Przypomnę wszystkim, że porażka operacji w Afganistanie nie nastąpiła teraz, lecz w 2014 r. Wtedy zakończyła się misja ISAF (Międzynarodowe Siły Wsparcia Bezpieczeństwa, ang. International Security Assistance Force) i wtedy NATO oraz główne amerykańskie siły operacyjne wycofały się z Afganistanu. Późniejsza operacja Resolute Support przez kilka lat miała przykryć to, że Zachód, Amerykanie i NATO nie uciekli z Afganistanu, że siły te wspierają go doradczo i szkoleniowo. Jednak kilka tysięcy żołnierzy, które zostały na teatrze działań wojennych nie miały już znaczącego wpływu na poziom bezpieczeństwa w Afganistanie. Wiedzieliśmy również - mówię tutaj o analitykach ds. bezpieczeństwa i wojskowych - że ponad 200-tysięczne siły afgańskie to swoista iluzja, działanie w sferze życzeniowej Zachodu. Potwierdziły to zresztą ostatnie wydarzenia, kiedy afgańskie jednostki rządowe albo przechodziły na stronę talibów, albo się rozpraszały i nie podejmowały działań bojowych.

E.Ż.: Dlaczego?

D.K.: Bywało, że w jednej pasztuńskiej rodzinie kilku synów walczyło po stronie rebeliantów, a jeden lub dwóch służyło w afgańskiej armii. Struktura tego państwa nie jest taka, jak my Europejczycy ją rozumiemy. Jest to struktura klanowa i plemienna. Doświadczeni przywódcy afgańscy wiedzieli, że kiedyś Amerykanie i wojska NATO wyjadą z tego państwa. Pobyt sił koalicyjnych od początku traktowali tymczasowo. Natomiast tworzenie afgańskich kandaków, czyli batalionów armii rządowej, traktowali jako dozbrajanie własnych plemion, czy klanów.

E.Ż: Dowódcy NATO mieli tego świadomość?

D.K.: Myślę, że Amerykanie i ich zachodni sojusznicy z NATO nie do końca czytali te kody kulturowo-społeczne. Czasem pytałem oficerów odpowiedzialnych za szkolenie afgańskiej armii, czy w kandakach wymieszano etnicznie i klanowo dowódców. Czasem się to działo, lecz dochodziło również do sytuacji, w której jeden klan czy plemię miało wpływ na dowodzenie całą jednostką, a to już wyraźnie wskazywało na to, że realizowano bardziej interesy wewnętrzne niż koalicyjne.
Dziś tę ocenę potwierdziła sytuacja w Afganistanie po wyjściu wojsk NATO i sił koalicyjnych. Cześć jednostek od razu przeszła na stronę rebeliantów, cześć się rozpierzchła, zdemobilizowała, nie walczyła. Tylko Dolina Pandższiru stawia dziś opór talibom.

E.Ż.: Dolina Pandższiru to antytalibański bastion w Afganistanie?

D.K.: Z analiz strategicznych wynika, że mieszkańcy tej doliny opierali się wszystkim: żołnierzom radzieckim, talibom oraz zachowali dużą autonomię w czasie trwania operacji stabilizacyjnych NATO i Enduring Freedom. Nadal będą się starli utrzymać niezależność. Czy im się uda? Nie wiemy. Talibowie przez Zachód zostali potężnie dozbrojeni, ponieważ przejęli broń afgańskiej armii rządowej. Za jakiś czas ich potencjał militarny w wymiarze wewnętrznym i regionalnym będzie znaczący.

E.Ż.: Zagrozi krajom sąsiednim w regionie?

D.K.: To bardzo ciekawe zagadnienie. My, Europejczycy nie mamy świadomości jak bardzo zmieniliśmy stosunek sił w rejonie Azji Środkowej, dozbrajając amię afgańską. Podczas cyklu wykładów z zakresu strategii bezpieczeństwa jakie prowadziłem w Uzbekistanie na zaproszenie Akademii Obrony w Taszkiencie, analitycy na poziomie tamtejszego ministerstwa obrony wyraźnie wskazywali w rozmowach ze mną, że zburzyliśmy regionalną dysproporcję sił. Najsilniejsza wcześniej armia uzbecka, licząca ok. 50 tysięcy świetnie, jak na tamten rejon wyszkolonych i uzbrojonych żołnierzy, w stosunku do ponad 200-tyięcznej armii afgańskiej była dużo słabsza. Uzbecy już wcześniej obawiali się, że Afgańczycy, gdyby funkcjonowali jako samodzielne państwo, mogliby w jakimś stopniu zacząć zagrażać innym.

E.Ż.: Wycofanie wojsk NATO z Afganistanu może oznaczać wojnę w Azji Środkowej?

D.K.: Starając się pomóc Afganistanowi w nasz zachodni sposób, nie zrozumieliśmy tego, o co w tym państwie chodzi. Nie da się wprowadzać demokracji bez realnej strategii w wymiarze politycznym przy jednoczesnym użyciu siły.
Na Afganistan były pomysły militarne, lepsze lub gorsze, na przykład strategia gen. Stanleya McChrystala. Akurat, gdy ją realizowano, a Obama wysłał do Afganistanu dodatkowe 30 tys. żołnierzy prowadziłem tam terenowe badania naukowe w strefie działań wojennych. Czytając analizy strategiczne, czy wcześniejsze opracowania na temat wojny afgańsko-radzieckiej, jak wielu analityków, doskonale zdawałem sobie sprawę, że kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa na terytorium całego państwa.

D.K.: Nigdy zresztą siły koalicyjne nie panowały nad całym Afganistanem. Podam przykład z naszej strefy stabilizacyjnej z prowincji Ghazni. Takim nieopanowanym rejonem był tam dystrykt Nawa, zawsze na mapie wojskowej zaznaczany na szaro. Tam nikt się nie zapuszczał, a jeśli już, to tylko na krótko, co potwierdzało brak kontroli nad tym terenem.

E.Ż.: W 2011 roku byłam z patrolem wojskowym w dystrykcie Nawa. Zostaliśmy ostrzelani i wróciliśmy do bazy. Według relacji polskich żołnierzy było tak za każdym razem.

D.K.: Niestety wiele wypowiedzi na temat Afganistanu, które dziś padają z ust wojskowych i polityków to gładkie, okrągłe słowa. Jednak wielu nawet tych, którzy tam byli nie odczytywało kodów społecznych, politycznych czy kulturowych. Oczywiście wielkie interesy strategiczne Stanów Zjednoczonych sprawiły, że w 2001 r. Zachód rozpoczął wojnę bez realnej koncepcji strategicznej, wojnę, której nie można było wygrać.

E.Ż.: Co w 2001 roku oznaczało wygrać wojnę w Afganistanie?

D.K.: Kluczowym zagadnieniem powinien być główny cel strategiczny tej interwencji zbrojnej. Poza ukaraniem sprawców ataków na WTC i Pentagon z 11 września 2001 r., to wola poprawy warunków życia milionów mieszkańców Afganistanu była podnoszona przez tych, którzy zdecydowali się na tę operację militarną.

Gdybym sam szukał odpowiedzi na to pytanie, to przede wszystkim zasięgnąłbym opinii samych Afgańczyków. Tymczasem zostali absolutnie pominięci, tak jak w Iraku. My, jako świat zachodni przewieźliśmy miejscowym produkt, który miał im dać... Właśnie, co? Dziś myślę, że miał dać Zachodowi spełnienie celów strategicznych i realizację interesów, ale czy ktoś pytał Irakijczyków, Afgańczyków, co by im zapewniło poczucie bezpieczeństwa i możliwość rozwoju w wymiarze politycznym, społecznym czy ekonomicznym? Niestety, skoncentrowano się przede wszystkim na implementacji tych rozwiązań, które zdaniem Zachodu miały być najlepsze dla społeczności lokalnych.

W każdej operacji stabilizacyjnej i pokojowej najważniejsi powinni być ludzie. Nasze wojska poleciały do Afganistanu, by tym ludziom pomóc, tymczasem wydaje się, że potraktowaliśmy ich przedmiotowo. Jako Zachód realizowaliśmy swoje wielkie polityczno-gospodarcze interesy, pomijając kwestie, w mojej opinii najważniejsze: począwszy od społecznych, humanitarnych, kończąc na udzielaniu pomocy doraźnej poszczególnym osobom. Niestety, nawet nie pytaliśmy Afgańczyków, czy oczekują naszej pomocy, czego przykładem mogą być "nietrafione" projekty pomocowe…

E.Ż.: To prawda, ale operację w Afganistanie poprzedził atak Al-Kaidy, kierowanej z Afganistanu przez Osamę bin Ladena z 11 września.

D.K.: 11 września zainicjował pewne działania ze strony Stanów Zjednoczonych i Zachodu. Rozumiem decyzję George W. Busha o rozpoczęciu tej operacji. Po ataku był naciskany wewnętrznie i musiał coś zrobić. Wtedy jednak zupełnie inaczej wyglądała rzeczywistość geopolityczna.

Rok 2001 był okresem bezwzględnej dominacji Stanów Zjednoczonych, które były kluczowym supermocarstwem w międzynarodowym środowisku bezpieczeństwa. Proszę pamiętać, że wtedy jeszcze z sukcesem była prowadzona operacja na Bałkanach. Najpierw w Bośni i Hercegowinie, później w Kosowie. Tam Amerykanie wyparli Rosjan i budowali własną strefę wpływów.

Stany Zjednoczone sądziły, że zainstalowanie się w Afganistanie i zdobycie dostępu do jego surowców naturalnych, szczególnie tych rzadkich i ważnych jeśli chodzi o rozwój przemysłu IT, będzie równie proste. Ich interesy gospodarcze i polityczne były oczywiste. Amerykanie sądzili, że ten "Pax Americana" będzie trwał dłużej. Z wielu powodów tak się nie stało. Dziś chociażby polityczna i gospodarcza supremacja Chin, choć jeszcze nie militarna i wynikająca z niej pozycja międzynarodowa tego mocarstwa, jest już inna niż dwie dekady temu.

E.Ż.: Interwencja amerykańska w Afganistanie okazała się błędem?

D.K.: Nie twierdzę, że tej interwencji być nie powinno, lecz można ją było prowadzić w znacznie mniejszej skali militarnej, przy jednoczesnym wykorzystaniu bardziej precyzyjnych narzędzi - przykładowo takich, jak siły specjalne i służby specjalne. Tam nie trzeba było wysyłać kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy, bo to i tak zbyt mały potencjał, aby zapanować nad wojowniczymi bojownikami afgańskimi, walczącymi od wieków z różnymi obcymi armiami w wyjątkowo trudnym terenie i klimacie – po prostu "na dachu świata". Początkowe sukcesy sił koalicyjnych wspieranych przez afgańskie wojska Sojuszu Północnego w 2001 r. uśpiły czujność Zachodu. Jednak, jak się okazało, wygrane bitwy nie były zwiastunem wygranej wojny.

W myśl powiedzenia, że pycha kroczy przed upadkiem Amerykanom i ich koalicjantom wydawało się, że nie będą mieli w Afganistanie większych problemów. Czas pokazał, że nie można opanować i skutecznie okupować Afganistanu. Tej lekcji po prostu nie odrobiono, nie skorzystano z doświadczeń radzieckich. Myślę tutaj o kwestiach kulturowo-społecznych, o tym jak ten region walczył skutecznie z okupantem od dziesiątek i setek lat.

E.Ż.: Jakie są scenariusze dla Afganistanu?

D.K.: Teraz realizuje się ten najbardziej prawdopodobny po wycofaniu się Zachodu z Afganistanu - do władzy powracają talibowie. Nie należy jednak wierzyć w jakiekolwiek ich deklaracje jakoby emirat Afganistanu, tworzony po raz kolejny miał mieć ludzki i bardziej humanitarny wymiar. Talibowie próbują zwodzić społeczność międzynarodową twierdzeniami, że kobiety będą mogły pójść do pracy, dziewczynki do szkół. Te deklaracje są podyktowane jedynie chęcią stworzenia lepszego wrażenia, by państwo tworzone przez talibów mogło funkcjonować jako podmiot stosunków międzynarodowych. Obserwujemy jak rozprawiają się z przeciwnikami, skala okrucieństw jest ogromna. Sądzę, że to tylko czubek góry lodowej. Tego, co się dzieje na prowincjach nie widzimy, ponieważ nie ma tam wolnych i niezależnych mediów.

Nie przewiduję też, by została stworzona koalicja międzynarodowa przeciw talibom. Nikt nie da się namówić do powrotu do Afganistanu, by tam walczyć. Społeczność międzynarodowa takiego wyzwania już nie podejmie. Zachód ma świadomość, że popełnił ogromny błąd strategiczny, podejmując się wprowadzania siłą demokracji w państwie, którego zdecydowana większość mieszkańców tego nie oczekiwała i była wrogo nastwiona do obcych, zbrojnie wkraczających na ich ziemię.

Otwartym należy pozostawić jakże kluczowe pytanie - czy z doświadczeń z nieudanych interwencji w Iraku, Syrii i Afganistanie będziemy potrafili wyciągnąć konstruktywne wnioski tak, aby w przyszłości, chcąc pomóc, po prostu nie szkodzić.

Tekst pochodzi z portalu Onet.pl. Przedruk za zgodą prof. Dariusza Kozerawskiego.

Czytany 604 razy