piątek, 13 listopad 2009 09:17

Petro Jacenko: Dwie Ukrainy: kreole kontra aborygeni

Oceń ten artykuł
(1 głos)
    alt Petro Jacenko   Rosyjskojęzyczny i zorientowany na Wschód Donieck oraz ukraińskojęzyczny i prozachodni Lwów... Co łączy tak różne pod względem światopoglądu i tradycji regiony Ukrainy? (...) Unikalna dyskusja na ten temat, ciągnąca się już od pięciu lat, toczy się między dwoma znanymi intelektualistami: historykiem Jarosławem Hrycakiem oraz politologiem i publicystą Mykołą Riabczukiem. (...)    
 
„Ruś" nie była ani narodem, ani krajem, lecz wielką i rozmytą religijnie cywilizacją wschodniego chrześcijaństwa. Żeby lepiej to zrozumieć, dobrze jest porównać ową „rusińską" cywilizację ze światem muzułmańskim. I tu, i tam istniały różne grupy etniczne, nad nimi jednak „wisiały" prawosławie czy islam, które niczym wielką mgłą czy gęstym pyłem przykrywały i zacierały etniczne odmienności.
 
Czy mogliby Panowie wyjaśnić sens waszej dyskusji?
JAROSŁAW HRYCAK: Po pierwsze, chciałbym zaznaczyć, że Mykoła Riabczuk był i pozostaje moim dobrym przyjacielem, dlatego nasza dyskusja nie ma charakteru osobistego. Po drugie, nie neguję wszystkiego, co napisał i powiedział Mykoła. Myślę, że w wielu momentach on ma rację i warto go uważnie słuchać. Mój brak zgody z nim pojawia się tam, gdzie za pomocą swojej teorii próbuje wyjaśnić wszystko, lub prawie wszystko, co się dzieje we współczesnej Ukrainie, a zwłaszcza, kiedy próbuje dla wzmocnienia swoich tez sięgnąć do argumentów historycznych. Zacznę od sformułowania najbardziej ogólnego: „dwie Ukrainy" u Mykoły Riabczuka to, by użyć terminologii naukowej, typy idealne, to znaczy takie, które nie istnieją w czystej postaci, ale pomagają nam opisać pewien proces.
 
MYKOŁA RIABCZUK: Nie chcę zatrzymywać niczyjej uwagi na dwóch czy nawet na dwudziestu dwóch Ukrainach. Chodzi mi nie o geografię, lecz o projekty. A te są naprawdę tylko dwa, a nie dwadzieścia dwa - „kreolski" i „aborygeński". I ten kraj trzyma się kupy tylko dlatego, że każda ze stron spodziewa się zwycięstwa swojego projektu.
 
Proszę wyjaśnić dokładniej niewtajemniczonym, o co chodzi z tymi „Kreolami" i „Aborygenami".
RIABCZUK: Chciałbym zaznaczyć, że są to pojęcia całkowicie umowne. „Aborygeni" to ci, którzy wywodzą się z tego kraju. To nie tylko oni, ale także ich przodkowie. To ludzie, którzy są na Ukrainie autochtonami. To tytularny naród, tytularny lud, który dobijał się swojej niezależności, ponieważ, poza nimi, nie było to nikomu potrzebne. „Kreole" to również nazwa umowna. Tak nazywam przybyszów. Wiadomo, że do końca XVIII wieku narodowa kompozycja na Ukrainie wyglądała inaczej: było wielu Polaków i Żydów, a prawie w ogóle nie było Rosjan. Otóż „Kreole" to późniejsi przybysze, a także ludzi, którzy zasymilowali się w kulturze tych dominujących przybyszów. To są ci, których nazywamy „ludnością rosyjskojęzyczną".
Jestem w pełni świadomy umowności tych terminów. Używam ich dlatego, by pokazać oczywistą różnicę między tymi dwoma projektami narodu ukraińskiego. Każdy z nich jest bez wątpienia ukraiński, bo i „kreolska" ludność uważa siebie za polityczny naród ukraiński. Ale każda z tych grup uważa siebie za „normalnych" Ukraińców, a innych - za historyczne nieporozumienie, za patologię, za zboczenie. „Aborygeni" myślą na przykład, że „Kreole" to zrusyfikowani, czyli zepsuci Ukraińcy. „Kreole" natomiast uważają „Aborygenów" za spolonizowanych „Rusinów" - nawet nie Rosjan! - za jakiś produkt polsko-węgiersko-austriacko-niemieckiej intrygi.
Za tymi wspólnotami stoi różne pojmowanie przeszłości: inne postaci były bohaterami, inne antybohaterami. Rozmaite wydarzenia historyczne oceniane są ze znakiem „plus" lub „minus" w zależności od tego, kto z jakim projektem siebie utożsamia. Odpowiednio do tego konstruowana jest też różna przyszłość. Dla „Aborygenów" czymś naturalnym jest przynależność do Europy Środkowo-Wschodniej oraz do Europy w ogóle, co oznacza integrację z UE, NATO itp. Jest to więc projekt europejski. Dla „Kreolów" z kolei bardziej naturalna jest tak zwana ruska wspólnota - wschodniosłowiańska, eurazjatycka, prawosławna. Dlatego widzę tylko dwa projekty rozwoju Ukrainy.
 
HRYCAK: Moja krytyka zaczyna się od tego, że zwracam uwagę na istnienie jeszcze co najmniej dwóch projektów: „rusińskiego" (ale nie rosyjskiego) i „radzieckiego". O projekcie „radzieckim" nie będę teraz mówić, bo nie wymaga on specjalnych objaśnień. O projekcie „rusińskim" trzeba jednak powiedzieć kilka słów. Otóż „Ruś" nie była ani narodem, ani krajem (termin „Ruś Kijowska" został wymyślony przez historyków w XIX wieku), lecz była wielką i rozmytą religijnie cywilizacją wschodniego chrześcijaństwa.
Żeby lepiej to zrozumieć, dobrze jest porównać ową „rusińską" cywilizację ze światem muzułmańskim. I tu, i tam istniały różne grupy etniczne, nad nimi jednak „wisiały" prawosławie czy islam, które niczym wielką mgłą czy gęstym pyłem przykrywały i zacierały etniczne odmienności. Z tego powodu stworzenie Ukrainy zrujnowało ową „Ruś". Warto zauważyć, że podobne zjawiska miały miejsce także przy budowaniu rosyjskiego i białoruskiego narodu. Jednak Ukraińcy okazali się najbardziej skuteczni: w ciągu stulecia „rusińskość" została całkowicie wyparta przez „ukraińskość". Natomiast w Rosji nadal nie ma precyzyjnego rozróżnienia między „ruskim" („rusińskim") i „rosyjskim".
 
Jak te Pańskie projekty wyglądają terytorialnie? Czy to jest faktycznie podział na Wschód i Zachód?
RIABCZUK: To prawda, tak to wygląda, ale nie można przeprowadzić między nimi dokładnej granicy. I to bardzo komplikuje sytuację. Gdyby Ukraina składała się wyłącznie ze Lwowa i Doniecka (czyli umownie mówiąc z Galicji i Donbasu), które są ściśle zlokalizowane, to nie byłoby problemów z podziałem geograficznym. Nie widziałbym nawet potrzeby utrzymywania w ramach jednego państwa tak dwóch różnych terytoriów. Nie ma jednak takiej granicy, terytoria przenikają się nie tylko geograficznie, lecz także w głowach wielu ludzi. Dlatego ten podział jest tak skomplikowany i nieprecyzyjny. Nie istnieje więc ani praktyczna, ani teoretyczna możliwość rozpadu Ukrainy. Nikt jej zresztą teraz nie pragnie.
 
HRYCAK: Gwoli ścisłości powiem, że Mykoła Riabczuk nie jest tutaj konsekwentny, bo w jednym ze swoich tekstów nie powstrzymał się od pokusy rozmieszczenia swoich „dwóch Ukrain" na mapie, choć mówi o Lwowie i Doniecku, Galicji i Donbasie, jako upostaciowaniach tych „dwóch Ukrain". Uważam jednak, że jest to raczej efekt jego nieuwagi niż nieubłagany rezultat jego teorii.
 
RIABCZUK: Wydaje mi się, że profesor Hrycak uważa, jakobym wyolbrzymiał znaczenie tożsamości narodowej. Jego argumenty - jak je rozumiem - polegają na tym, że ludzie zazwyczaj nie przykładają tak wielkiego znaczenia do swojej tożsamości narodowej i dla wielu ważniejsza jest tożsamość społeczna, płciowa czy inne. I ja temu nie zaprzeczam. Ale w tym aspekcie, który staram się rozpatrywać (a chodzi mi o problem tworzenia narodu czy tworzenia państwa), tożsamość narodowa jest elementem, jeśli nie decydującym, to bardzo ważnym. Musi istnieć pewna lojalność wobec tego państwa, tego narodu, tego projektu, pewnych symboli itd. I właśnie tutaj widzę wielki problem w naszym tworzeniu państwa i narodu.
 
HRYCAK: Popatrzmy na mapę współczesnej Ukrainy: stopień używania języka ukraińskiego czy poziom narodowej tożsamości jest wprost proporcjonalny do trwałości i intensywności konfrontacji między wschodnio- i zachodniochrześcijańskimi tradycjami: od Galicji, gdzie ta konfrontacja trwała niemal 600 lat, do wschodniej i południowej Ukrainy (dawnych Dzikich Pól), które były wolne od katolicyzmu, a poprzez Ukrainę środkową (300 lat) i północną (100 lat). Zwróćmy też uwagę, że najsilniejsza tożsamość ukraińska rozwinęła się właśnie wśród grekokatolików, którzy powstali na skutek symbiozy prawosławia i katolicyzmu.
Ukraina jest najbardziej zachodnim produktem świata wschodniochrześcijańskiego. Ale samo chrześcijaństwo wschodnie, sama „rusińskość" nie zanikła całkowicie. Właśnie dlatego po przejęciu władzy komuniści ożenili tę „rusińskość" z „sowieckością" (przypomnijmy sobie choćby pierwszą zwrotkę radzieckiego hymnu: „Związek niewzruszonych republik-ludów zrodziła na wieki wielka Ruś"). Współczesne badania socjologiczne pokazują, że na Ukrainie istnieje fenomen „wschodniosłowiańskiej bliskości": ze wszystkich narodów Ukraińcy uważają za najbliższych sobie Rosjan i Białorusinów - znacznie bliższych od Polaków, Niemców czy Żydów. W tym właśnie widzę rusińskie dziedzictwo. Najmniej jest go na zachodzie, najwięcej na wschodzie, ale ponieważ istniało ono przez wieki, naiwnością będzie sądzić, że zniknie ono w jedną noc.
 
W ten sposób doszliśmy do zasadniczego pytania. Jakie prognozy widzą Panowie na przyszłość? Który projekt zwycięży?
RIABCZUK: Szczerze mówiąc, nie chciałbym, żeby byli zwycięzcy i zwyciężeni. Życzyłbym sobie, żebyśmy osiągnęli jakiś kompromis. Niestety, na razie się na to nie zanosi, choć byłby to najbardziej pozytywny scenariusz. Jeżeli chodzi o negatywne warianty, to nie przewiduję rozpadu Ukrainy, ponieważ żaden region tego nie chce: ani Wschód, ani Zachód, ani Lwów, ani Donieck - może z wyjątkiem Krymu, ale to temat na oddzielną rozmowę. Osobiście zachowanie jedności Ukrainy tłumaczę sobie tym, że zarówno „Aborygeni", jak i „Kreole" liczą, że właśnie ich projekt zwycięży.
 
Czy można to porównać do meczu piłkarskiego, gdzie grają dwie drużyny, a reszta ludności występuje w roli obserwatorów? Czy jeśli mecz zakończy się zwycięstwem jednej z drużyn, dojdzie do „zamieszek kibiców"?
RIABCZUK: Żadna metafora nie jest poprawna, ale można użyć takiego porównania.
 
HRYCAK: Jeśli już sięgać po jakąś metaforę, to współczesna Ukraina przypomina raczej paradę różnych projektów. Ukrain jest tak naprawdę więcej niż dwie, ale naszym politykom spodobało się bardzo dzielić państwo na dwie części. Biorąc pod uwagę wyniki wyborów w 1994 czy 2004 roku, można zaobserwować efekt „dwóch Ukrain". Ale nie powinniśmy zapominać o rezultatach wyborów z 1991 czy 1999 roku, gdy w różnych częściach Ukrainy głosowano bardzo podobnie. Kto chce koniecznie mieć „dwie Ukrainy", może je w końcu wytworzyć.
Kardynał Lubomyr Huzar opowiedział kiedyś na ten temat dobrą anegdotę: sprzeczali się między sobą architekt, chirurg i polityk, czyj zawód jest najstarszy. Chirurg mówi: „Mój, bo Bóg stworzył Ewę z żebra Adama, a więc przeprowadził pierwszą operację chirurgiczną". Architekt zwrócił mu uwagę, że zanim Bóg stworzył kobietę, musiał stworzyć świat, a w tym celu musiał posługiwać się planami architektonicznymi. Wszystkich przebił jednak polityk: powiedział, że przed stworzeniem świata panował chaos, a któż potrafi robić chaos lepiej niż politycy?
 
Artykuł ukazał się w nr 52/2009 alt. Publikacja za zgodą wydawcy.
Za: „Ekspres" 17-24 lipca 2008. Tłumaczyła: Nadia Horodenko.
 
Czytany 9852 razy Ostatnio zmieniany piątek, 11 marzec 2016 14:38