poniedziałek, 03 grudzień 2012 08:18

Maciej Wydrzyński: Recepta na położenie geograficzne...

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

maciej_wydrzynski  dr Rafał Zgorzelski

Jesteśmy od zachodu i wschodu w „kleszczach” wielkich mocarstw. Ale jakbyśmy nie patrzyli, tej sytuacji nie da się zmienić nawet specustawą. Zmienić można jakość polityki zagranicznej... – mówi Maciej Wydrzyński (Ruch Palikota), poseł na Sejmu RP VII kadencji w rozmowie z dr Rafałem Zgorzelskim.

Dr Rafał Zgorzelski: Za nami ważne wybory, parlamentarne na Ukrainie, i prezydenckie w USA. Ich wynik Pana zaskoczył?

Maciej Wydrzyński: Wynik wyborów w obu państwach nie powinien nikogo specjalnie dziwić. Ukraina dopóki nie poradzi sobie z wewnętrznymi problemami i podziałami wśród opozycji parlamentarnej i poza parlamentarnej, nie będzie gotowa na wyrażenie większością głosów wyborców woli obrania zdecydowanie proeuropejskiego kursu. To, co dzieje się na Ukrainie, przypomina mi rozbicie ośrodka solidarnościowego w Polsce po transformacji roku 1989 przez własną „wojnę na górze”. Bolesne jest to, że skutki tego pęknięcia odczuwamy w Polsce po dzień dzisiejszy. Jeżeli opozycja ukraińska w porę zrozumie, że roztrwonienie schedy po „Pomarańczowej rewolucji” uniemożliwia konstruktywne działania, tym lepiej. Choć oczywiście wybór Ukraińców trzeba uszanować. Wyniki elekcji w USA nie zaskakują końcowym wyborem, ale przede wszystkim różnicą głosów. Wydaje mi się, że Barack Obama przekonał do siebie głosy niezdecydowanych finiszem kampanii wyborczej. Bardziej zdecydowany, konkretny i merytorycznie przygotowany pokazał się jako mąż stanu z wizją rozwoju dla kraju. Jedyne, co mnie zaskakuje w amerykańskich wyborach od lat, to niezwykła kultura i klasa polityczna. Nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji w Polsce, gdy Jarosław Kaczyński po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborczych dzwoni i gratuluje sukcesu Bronisławowi Komorowskiemu. Okazuje się jednak, że na świecie takie sytuacje są możliwe.

R.Z.: Czy Pańskim zdaniem szanse Ukrainy na integrację europejską maleją czy rosną? Bliżej dziś, po kolejnym sukcesie obozu Wiktora Janukowycza, Ukrainie do Europy czy dalej? Integracja Ukrainy ze Wspólnotą Europejską jest pożądana, czy nie ma Pańskim zdaniem, również dla Polski, znaczenia?

M.W.: Wynik wyborczy na Ukrainie utrzymał dotychczasowe status quo. To, czy stosunki na linii Unia Europejska-Ukraina ulegną poprawie, zależy w równym stopniu od władz republiki jak i samych Ukraińców. Mistrzostwa Europy w piłce nożnej pokazały, że ten kraj ma ogromy potencjał społeczny, by stać się członkiem rodziny państw europejskich. W myśleniu politycznym życzyłbym koleżankom i kolegom z parlamentu Ukrainy, aby zrozumieli, że wola podjęcia działań zmierzających do przystąpienia do Unii Europejskiej, to nie doraźna decyzja – w niej nie wolno myśleć kategoriami partykularnych interesów, ale całościowo myśląc przede wszystkim o najmłodszych. Potrzeba bowiem wielu lat, co sami obserwujemy w Polsce, aby zrozumieć istotę integracji europejskiej i korzyści, jakie z niej płyną.

Potencjał gospodarczy wszystkich 27 państw a niebawem 28, powoduje że Unia w niektórych sektorach jest najważniejszym graczem na światowym rynku ekonomicznym. Nie można przeceniać tego faktu. Wie o tym na pewno i Ukraina, i Rosja. Nasi sąsiedzi to przede wszystkim ogromny potencjał i rynek zbytu, a także bezpośredni dostęp i ewentualne przeniesienie granic Unii na kontynent azjatycki. Polska jako lider 15 państw, które przystąpiły do Unii Europejskiej w 2004 roku, powinna przede wszystkim zabiegać o dobry klimat europejski dla Ukrainy, czyli nie tracić wiary w społeczeństwo obywatelskie, które, mimo wyniku wyborczego, jest coraz bardziej świadome zachodzących przemian. Oczywiście to nie Unia Europejska wybiera partnera do negocjacji i nie będzie prosić go o spełnianie kryteriów akcesji. Ukraina musi najpierw uporządkować swoje wewnętrzne problemy m.in. kwestię premier Julii Tymoszenko. Droga do Unii Europejskiej na pewno jest otwarta, tylko pamiętać trzeba, że wszystkie drzwi kiedyś się zamkną, bo gospodarz domu nie będzie czekał na spóźnionych gości.

R.Z.: Co, Pana zdaniem, oznacza dla Europy i świata reelekcja na fotel prezydencki Baracka Obamy? Większe poczucie bezpieczeństwa i stabilizację, a może nowe otwarcie w zmaganiach o prymat w polityce światowej?

M.W.: Z umiarkowanym optymizmem patrzę na drugą kadencję Baracka Obamy. Wydaje mi się, że druga prezydentura będzie bardziej dynamiczna i ma szansę na przyniesienie zmian jakościowych. Decyduje o tym przede wszystkim fakt, że zawsze pierwsza kadencja prezydencka jest określana jako stała kampania wyborcza o reelekcję. Stąd nie podejmuje się zbyt wielu działań kontrowersyjnych. Druga kadencja to już walka o zapisanie się na kartach historii jako mąż stanu, którego zasługi będą zapamiętane – i być może tak będzie w przypadku Baracka Obamy. Oczywiście ani Polska, ani Unia Europejska nie mogą mieć obecnie postawy roszczeniowej – w pierwszej kolejności prezydent USA musi stawić czoła problemom wewnętrznym i recesji gospodarczej. Jest to o tyle ważne, że rozwój największej gospodarki świata determinuje zachowanie innych rynków ekonomicznych stąd stabilizacja amerykańskiego rynku walut, może tylko przynieść korzyści dla ogólnoświatowej ekonomii. W odniesieniu do Polski wydaje się, że być może to najlepszy moment, aby zakończyć kwestię wizową. Podkreślam, ta kadencja powinna przynieść bardziej konsekwentne i zdecydowane decyzje.

R.Z.: Ruchowi Palikota, jak rozumiem, wizja polskiej polityki zagranicznej u boku „Wielkiego Brata” zbytnio nie odpowiada… Kręcicie Państwo nosem na polską dyplomację…

M.W.: Kręcić nosem można na nasze położenie geograficzne, które sprawia, że jesteśmy od zachodu i wschodu w „kleszczach” wielkich mocarstw. Ale jakbyśmy nie patrzyli, tej sytuacji nie da się zmienić nawet specustawą. Zmienić można jakość polityki zagranicznej i nasze relacje z poszczególnymi partnerami. W każdych działaniach dyplomatycznych należy oczywiście znać proporcje, ale polityka „na kolanach” w kierunku W. Putina nie będzie przez nas akceptowana. Partnerski dialog, współpraca międzynarodowa, dynamiczny rozwój współpracy młodzieży polsko-rosyjskiej, to elementy, które mogą w przyszłości przynieść nową wartość dodaną. Ruch Palikota do wielu kwestii podchodzi na zasadzie oceny gospodarczej (większość z nas to przecież byli przedsiębiorcy). Jeżeli „mały ruch wizowy” w części Federacji Rosyjskiej, jaką jest obwód kaliningradzki, doprowadził to zwiększenia obrotów w handlu na terenach sąsiadujących z obwodem. Jak tu się więc nie cieszyć i kręcić nosem na współpracę? Takie działania to realizacja dobrych praktyk dyplomacji. Nie chcemy dyplomacji na portalach społecznościowych i głównej aktywności Ministra Spraw Zagranicznych w tym obszarze. Dyplomacja powinna efektywnie rozwijać potencjał gospodarczy i społeczny kraju. Jeżeli Polska chce naprawdę utrzymać pozycję lidera państw Europy Środkowo-Wschodniej, to przede wszystkim dobre, partnerskiej relacje z sąsiadami powinny być priorytetem polityki zagranicznej.

R.Z.: Pańskie środowisko polityczne odnosi się wyjątkowo krytycznie do Kościoła katolickiego. Jak więc postrzegacie Państwo rolę Episkopatu Polski w procesie polsko-rosyjskiego zbliżenia? Przesłanie podpisane przez abp Józefa Michalika oraz patriarchę Moskwy i całej Rusi Cyryla I raczej chyba nie powinno powodować Pańskiej konsternacji?

M.W.: Nie budzi mojej konsternacji, a nawet sprawia, że ręce same składają się do oklasków. Rozdzielmy kwestię religii jako światopoglądu, wiary i kościoła jako instytucji. Nie krytykujemy Kościoła za działania ewangelizacyjne, za niesienie posługi, za to, że społecznie oddziałuje na ludzi. To jest religia i świadomy wybór każdego z nas. Krytykujemy działania instytucji, które wiążą się z wydawaniem publicznych pieniędzy, ze złymi praktykami i często obłudą hierarchów. Wiem jednak, jak silne oddziaływanie społeczne ma instytucja Kościoła, jak wielu wiernych słucha słów księży. Jeżeli te słowa prowadzą do jawnej kampanii politycznej, wpierającej konkretne ugrupowania i kandydatów, a także petryfikują przekonanie o „wojnie polsko-polskiej”, na takie działania nie mogę się zgodzić. Muszę powiedzieć stanowcze nie. Jeżeli jednak deklaracja dwóch najważniejszych hierarchów swoich krajowych Kościołów nawołuje do pojednania narodów, wybaczenia i współpracy to jeżeli faktycznie doprowadzi ono do takiego stanu, to fakt że nastąpiło ono przy udziale symboli religijnych czy ustaw, nie ma znaczenia. Chodzi o wspólne i partnerskie relacje.

R.Z.: Czy polsko-rosyjskie pojednanie jest więc Pańskim zdaniem możliwe? Co oznaczałoby ono dla Europy?

M.W.: Nam się wydaje, że jesteśmy permanentnie skonfliktowani z Federacją Rosyjską. W przestrzeni publicznej w odniesieniu do Rosji najczęściej pojawiają się takie hasła jak „Smoleńsk”, „Katyń”, „Gazociąg Północny”. Czy tak naprawdę jesteśmy bardzo skonfliktowani? Zapytajmy przedsiębiorców trudniących się handlem z Rosją, młodzież, przedstawicieli kultury, jak im się układają relację z partnerami rosyjskimi. Okaże się, że wcale nie jest tak dramatycznie, a wiele obszarów jest demonizowanych przez rządzących i radykalną opozycję. Owszem, są obszary, które pozostaną trudne do akceptacji, ale dotyczą one przede wszystkim historii. A ta ma do siebie to, że nie można jej już zmienić. Polityka historyczna jest ważna, jest elementem tożsamości narodowej, lekcją dla następnych pokoleń, ale nie można czynić z niej determinanty w codziennej działalności. Dlatego wychodzę z założenia, że nasze kraje są na dobrej drodze do partnerskiej współpracy, jeżeli będziemy patrzeć bardziej przed siebie, a nie wstecz. A ma to znaczenie dla Unii Europejskiej, ponieważ, póki co, jesteśmy i pewnie jeszcze długo będziemy największym państwem, stanowiącym granicę Unii od wschodu. Stąd poprawność naszych stosunków to nie tylko polska racja stanu, ale wręcz racja europejska.

R.Z.: Pracował Pan w obecnej kadencji w sejmowej Komisji do Spraw Unii Europejskiej (SUE), która zajmuje się sprawami związanymi z członkostwem Polski w UE. SUE opiniuje między innymi projekty aktów prawnych oraz umów międzynarodowych Unii Europejskiej, a także rekomenduje Radzie Ministrów zalecenia odnośnie tego, jakie stanowisko ta ma zająć podczas rozpatrywania projektów w Radzie UE. Komisja pełni ważną rolę. Czy mógłby Pan nieco ocenić proces legislacji w Polsce? Te przepisy Unijne przeszkadzają w nim, czy pomagają?

M.W.: Polski parlamentaryzm cechuje przede wszystkim niechlubne pojęcie, jakim jest „biegunka legislacyjna”. Wiele nowych ustaw, nowelizacji starych jest podejmowana w przypływie emocji, determinowana chęcią ugrania politycznych punktów w sondażach i próbą uspokojenia napięcia społecznego. Jednym z przykładów takiego działania jest tzw. „specustawa” w kwestii wykonania zamówień publicznych, związanych z finalizacją robót drogowych przed EURO 2012. Przedsiębiorcy i wykonawcy powiedzą „OK – będziemy mieli zapłacone”. Nie sposób nie zgodzić się z ich racjami. Ale docierały już sygnały, że przepisy te mogą być wadliwe ze względu na unijny zakaz pomocy publicznej. To tylko przykład, ale obrazujący często myślenie bardzo doraźne, a nie systemowe, polskiej legislacji. Przepisy unijne, choć oczywiście mogą często wydawać się zbytnio rozbudowane i ingerujące, szczególnie w sektor przedsiębiorców, są konsekwencją decyzji o akcesji do Unii. Generalnie rzecz biorąc, to unifikacja przepisów (bo to tego zmierza implementacja prawa europejskiego) zwiększa transparentność procedur w całej Europie. Na poziomie krajowym nie mamy, poza postulatami komisji czy parlamentu, wpływać na proces tworzenia prawa wspólnotowego, choć zapewne wspólny sprzeciw kilku parlamentów narodowych w danej propozycji aktu prawa europejskiego może zablokować jego procedowanie. Niemniej jednak, jeżeli zależy nam na jakości prawa wychodzącego do nas z Brukseli, powinniśmy wybierać dobrych i merytorycznie przygotowanych posłów do Parlamentu Europejskiego.

R.Z.: Skoro mowa już o Unii Europejskiej, to czy jako przedsiębiorca z wieloletnim stażem mógłby Pan przepisać włodarzom Wspólnoty Europejskiej jakąś receptę na opanowanie narastającego kryzysu gospodarczego? Oszczędzać czy wydawać? Wspierać bardziej ludzi przedsiębiorczych, czy więcej zabierać tym, którzy mają, po to, aby rozdać tym, którzy chcą?

M.W.: Zracjonalizować wydatki. Przedsiębiorca w dobie kryzysu pierwsze co robi, to siada i zastanawia się, które z kosztów jego działalności są obligatoryjne do poniesienia, a które mogę zaczekać. Czy wydatek inwestycyjny musi odbyć się w tym miesiącu, czy może trochę zaczekać. A jeżeli nie ma płynności finansowej, a nakłady na przedsiębiorstwo stale rosną trzeba zastanowić się np. nad zawieszeniem działalności. Przekładając to na mechanizm funkcjonowania Unii, to rzeczą oczywistą jest, że zawieszenie działalności nie jest możliwe ze względów prawnych i ekonomicznych. Ale trzeba też zapytać o możliwości finansowego wspierania państw nieradzących sobie wewnętrznie z własnym budżetem. Jak długo można pompować pieniądze w Grecję, Hiszpanię, Portugalię. Batalia o nowy budżet unijny jest obecnie w najważniejszym momencie i wiele zależy od determinacji polskiego rządu w negocjacjach. Zawsze będę jednak podkreślał, że w rodzinie europejskiej, choć formalnie wszyscy są równi, trzeba też znać pewne proporcje chociażby wynikające z tego ile każde państwo wpłaca do wspólnego budżetu. Nie można zawsze mieć tonu roszczeniowego, ale przede wszystkim trzeba mieć chęć uzyskania kompromisu, prowadząc politykę nie „na kolanach”.

R.Z.: Bardzo dziękuję za rozmowę.

Fot.: http://www.ruchpoparcia.pl/wladze-partii/maciej-wydrzynski

Czytany 4815 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04