czwartek, 05 luty 2015 07:35

Władisław Guliewicz: „Szorstka przyjaźń” Polski i Ukrainy

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

Władysław Gulewicz

Mimo istniejącego strategicznego sojuszu Warszawy z zachodnioukraińskimi nacjonalistami, ci ostatni coraz częściej wykazują antypolskie nastroje. W wyniku tego powstaje logiczna sprzeczność: im bardziej Polska udziela pomocy ukraińskim nacjonalistom, którzy doszli do władzy w Kijowie, tym bardziej demonstrują oni swoją niechęć do Polski. Dlaczego?

Teoretyczne podstawy ukraińskiej ideologii nacjonalistycznej zostały sformułowane i zbudowane w taki sposób, że pokój z państwem, które przyjęło je za swą obowiązującą ideologię (a tak obecnie dzieje się z Ukrainą) – jest zasadniczo niemożliwy.

Prawie wszyscy klasycy nacjonalizmu ukraińskiego postrzegają zachodnią granicę Ukrainy wzdłuż Sanu (a więc na obecnym terytorium Polski). Chociaż Dmytro Doncow nawoływał w swoich pracach do stworzenia sojuszu polsko-ukraińskiego, to jednak zawsze miałby on mieć tylko tymczasowy, nietrwały charakter. Dopóki nacjonaliści są słabi, Warszawa mogłaby ich wspierać, jednak tylko na tyle, aby nie dać im upaść, ale nie na tyle, żeby mogli stanąć twardo na własnych nogach. Interes własny Warszawy polegać bowiem powinien na utrzymywaniu ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego pod kontrolą i używaniu go przeciwko Rosji. Tylko taki uzależniony od Polski nacjonalizm ukraiński przyniósłby Warszawie maksymalną strategiczną korzyść.

Polsce nie zawsze jednak udawało utrzymywać taką równowagę. Kiedy wskutek wstrząsów historycznych szala przechylała się na stronę ukraińskiego nacjonalizmu (nawet z powodów od niego samego niezależnych) – nacjonaliści ukraińscy zaczynali masowo mordować Polaków, tak jak miało to miejsce na Wołyniu w roku 1943.

Po rozpadzie Związku Radzieckiego, gdy Ukraina potrzebowała pomocy z polskiej strony, nacjonaliści ukraińscy starali się okazywać Polakom swój szacunek, wkładający przy tym maski światowych demokratów tak, aby przejść demokratyczny „face control” przy wchodzeniu do Europy.
Kijów próbował kontynuować własne życie polityczne, ale w podziemiach nacjonalistycznej podświadomości wciąż pozostawały prastare idee, według których Polska zaliczała się do grona historycznych nieprzyjaciół ukraińskiej niepodległości.

Po pierwsze: zmieniały się poglądy na to, gdzie powinna leżeć wschodnia granica „sobornej Ukrainy”: ktoś mówił, że nad Kubaniem (Pawło Sztepa), ktoś, że na przedgórzach Kaukazu (Mykoła Machnowski), albo nawet u wybrzeża morza Kaspijskiego (Stepan Rudnickij). Jednak nikt nigdy nie miał wątpliwości gdzie powinna leżeć jej zachodnia granica: punktem odniesienia zawsze pozostawał San.

Bez przyłączenia do Ukrainy tych obszarów nie da się zbudować „soborngo mocarstwa ukraińskiego”, a właśnie takie „mocarstwo” jest głównym i ostatecznym celem ukraińskich nacjonalistów, dla osiągnięcia którego i powstał cały ów nacjonalizm ukraiński.

Po drugie: nacjonalizm ten ma retrospektywny charakter. Nie jest on skierowany ku przyszłości, ale w przeszłość. „Złotego wieku” Ukrainy nacjonaliści doszukują się daleko w minionych czasach. Epokę rozkwitu i aktywnego wzrostu polskiej państwowości nacjonaliści ukraińscy postrzegają jako okres upadku państwowości ukraińskiej, której początek widzą z kolei w epoce istnienia Księstwa Halickiego. Dlatego właśnie momenty dziejowe, wspomnienia, które wzbudzają u Polaków wzruszenie – u Ukraińców wywołują smutek. Zachodzi wyraźna sprzeczność zakresów historycznych, do których obydwa narody lubią się odwoływać. Polacy i ukraińscy nacjonaliści szukają dobrych i złych wspomnień w odmiennych epokach i jedyne co ich łączy – to Rosja. Ona jest dla nich jedynym wspólnym „złem”.

Po trzecie: Ukraina rywalizuje z Polską o misję cywilizacyjną oraz o przywództwo regionalne, na których utratę Polska nie może sobie pozwolić, mając więcej praw historycznych, by nazywać się regionalnym liderem, przy całym właściwym sobie mesjanizmem (bez ocenianiu tu, czy jest to właściwe, czy też nie).

Mesjanizm ukraiński jest rzeczą zmyśloną i spekulatywną. Nacjonaliści ukraińscy zawsze o nim marzyli, ale ani razu go nie wykreowali. Największym marzycielem był twórca wojskowej doktryny OUN Mychajło Kołodziński pisząc: „My, budując mocarstwo ukraińskie, musimy przesunąć granicę Europy do Ałtaju i Dżungarii. Właśnie tej przestrzeni brakuje Europie. Powołaniem Ukrainy jest związać te obszary z Europą w politycznym, gospodarczym i kulturalnym sensie…, aby wyraz „na styku dwóch światów” uzyskał realny sens... Jak Cezar zdobywając Galię otworzył całą Europę dla cywilizacji i kultury łacińskiej, tak i nasze nacjonalistyczne rewolucyjne armie muszą otworzyć dla kultury zachodnioeuropejskiej tereny, rozciągające się na południe i południowy wschód od Ukrainy...” (M. Kołodziński, „Ukraińska doktryna wojskowa”).

Polska miała okresy potęgi i urzeczywistnienia swoich zdolności przywódczych. Nacjonalizm ukraiński niczego podobnego nigdy nie przeżył. Pragnienie ukraińskich nacjonalistów zastąpienia Polski jako regionalnego przywódcy – to marzenie dziecka o zajęciu miejsca osoby dorosłej.
Po czwarte: pojęcia ideologiczne, sformułowane w przeszłości przez działaczy nacjonalizmu ukraińskiego, są apodyktycznie narzucane do realizacji w praktyce, przy całkowitym braku elementarnej elastyczności myślenia. Co napisane przez D. Doncowa albo przez Jurija Łypę – to święte! Dopuszczane są tylko tymczasowe, koniunkturalne poprawki, ale nigdy nie zmieniają się podstawowe zasady ukraińskiego nacjonalizmu.
Jego radykalność nie różni się od radykalności ekstremizmu islamskiego. Oba nurty głoszą fizyczną zagładę oponentów, ślepe kierowanie się literą własnych postulatów, uważają za wrogów tak Rosję, tak i Zachód, ale są tylko igraszką w rękach tego ostatniego.

To wszystko w sumie skazuje Polskę i Ukrainę na „szorstką przyjaźń”. Polskie władze, podtrzymując nacjonalizm ukraiński, starają się przejść po ostrzu brzytwy i nie pokaleczyć się – tzn. wyciągnąć z tej całej sytuacji maksymalną korzyść polityczną, ale w taki sposób, żeby nie spowodowało to żadnego uszczerbku interesów Polski. Dlatego Warszawa znajduje się w permanentnym poszukiwaniu balansu i punktu równowagi, a polscy politycy i dyplomaci używają karkołomnych chwytów.

Dla przykładu, podczas wizyt w Kijowie, polscy politycy, razem ze współczesnymi zwolennikami OUN-UPA, wykrzykują banderowskie hasło „Sława Ukrainie, bohaterom sława!”, a w Warszawie przysięgają, że przekażą potomkom pamięć o niewinnie pomordowanych Polakach na Wołyniu. W Polsce nazywają OUN-UPA organizacjami przestępczymi, ale w ONZ rezygnują z uchwalenia rezolucji, potępiającej niemoralną praktykę heroizacji nazizmu, w tym i na Ukrainie. W Polsce opłakują ofiary narodu polskiego podczas II wojny światowej, a w stolicach krajów nadbałtyckich, gdzie corocznie maszerują starzy esesmani, nieustannie powtarzają, że Polska i kraje nadbałtyckie to wierni sojusznicy, a sympatie pronazistowskie w Wilnie, Rydze i Tallinnie nie stoją ku temu na żadnej przeszkodzie.

Konflikt w Noworosji podzielił polskie społeczeństwo. Spora jego część sympatyzuje z powstańcami, chociaż dominującym tonem większości polskich mediów pozostaje stanowisko proukraińskie. W polskim społeczeństwie wobec wydarzeń w Doniecku i Ługańsku można zauważyć pewną labilność ideologiczną, wynikającą właśnie z poszukiwania sławetnego balansu pomiędzy potępieniem banderowców, a kokietowaniem ich w celach politycznych, pomiędzy polityczną rusofobią a zrozumieniem tego, że Noworosja to przeciwnik tych, którzy uważają zbrodnie OUN-UPA za bohaterskie czyny ku chwale Ukrainy.

Stąd niejednoznaczne oceny współudziału Polaków w tej wojnie. Władze w Doniecku i Ługańsku niejednokrotnie informowały o polskich prywatnych jednostkach paramilitarnych, których członkowie walczą po stronie ukraińskich sił zbrojnych. Część polityków już teraz nawołuje do przekazania Kijowi sprzętu wojskowego, a nawet wysłania na front polskich żołnierzy. Druga część na wszelkie sposoby protestuje przeciwko temu, wzywa do niemieszania się w konflikt, w którym „Ruscy” i „banderowcy” mordują się nawzajem.

Owa niepewność wywołuje pretensje ze strony ukraińskich nacjonalistów, którzy już otwarcie mówią o zdradzie przez Zachód interesów Ukrainy. Bez wątpienia do listy zdrajców dopiszą też i Polskę.

Autor jest ukraińskim dziennikarzem i politologiem.
Fot. topkvadrat.ru

Czytany 7597 razy