niedziela, 09 grudzień 2012 12:07

Witold Repetowicz: Kulisy konfliktu w Afryce Zachodniej

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

mali_tuaregs  Witold Repetowicz

Podstawowym problemem, związanym z planowaną interwencja zbrojną w Mali, jest trudność z osiągnięciem jej celów. Doprowadzenie do stanu ex ante takim celem bowiem nie jest i być nie powinno. Takie podejście interesuje wyłącznie Mali i podmioty mało zorientowane w problemach Sahelu. Odbicie Gao, Timbuktu oraz Kidalu i krwawe spacyfikowanie tuareskich rebeliantów, to marzenia malijskiej opinii publicznej, ale to także działania, które nic nie rozwiązują. Ani Francja, ani sąsiedzi Mali: Niger i Mauretania, nie mają najmniejszego zamiaru realizować tak idiotycznego scenariusza.

 

Istnieją dwie kluczowe kwestie, które muszą zostać rozwiązane – czy to się w Bamako podoba, czy też nie. To problem tuareski oraz problem AQMI. Warto sobie uświadomić, że rebelia Tuaregów nie wzięła się znikąd. Tuaregowie nigdy nie zaakceptowali przyłączenia ich do Mali i od czasu dekolonializacji zorganizowali już 4 rebelie. Przywrócenie status quo ex ante oznacza, że za jakiś czas może wybuchnąć piąte powstanie. Trzeba też wziąć uwagę nienawiść czarnych plemion z południa do Tuaregów i żądzę odwetu. Brak zagwarantowania Azawadowi co najmniej autonomii może doprowadzić do odwetowych rzezi. Nie można też zapominać, że to polityka Mali doprowadziła do wybuchu rebelii. W Nigrze, gdzie również żyją Tuaregowie i gdzie też wybuchały rebelie, udało się osiągnąć porozumienie. W Mali prowadzono tymczasem brudną politykę, a Tuaregowie na północy cierpieli. Bamako bowiem zamiast inwestować w infrastrukturę na północy, wolało inwestować w „baronów” Azawadu.

Niedawno, występujący w parlamencie francuskim minister spraw zagranicznych Nigru potwierdził to, o czym już od dawna szeptano – obalony w kwietniu prezydent Mali Amadou Toumani Toure (ATT) zawierał „deale” z terrorystami i „baronami”. System opierał się na następujących zasadach – w celu pacyfikacji niepokojów na północy ATT udzielał niejako „inwestytury” lokalnym „baronom” tj. przywódcom ugrupowań rebelianckich i bojówek – zarówno tuareskich, jak i arabskich czy z ludu Songhai. Taka inwestytura obejmowała nie tylko wysokie stanowiska w administracji czy w wojsku, dające możliwość wykorzystywania władzy i pieniędzy do budowy systemu klientalnego, ale również były to swoiste koncesje na udział w biznesie przemytniczym i kidnaperskim. Sahara jest bowiem gigantycznym szlakiem szmuglerskim papierosów, marihuany i przede wszystkim południowoamerykańskiej kokainy. Istnieją dowody na bliskie związki południowoamerykańskich karteli narkotykowych, mafii włoskiej, z islamskimi terrorystami w Afryce Płn. i skorumpowanymi rządami w Afryce – z Mali na czele.

Do grona "baronów" zaliczano m.in. Ijada ag Ghali, Abderahmane Ould Meydou czy też płk. Elhadża ag Gamou. To nie wszystko. ATT zawarł też układ z AQMI (Al-Kaidą Islamskiego Maghrebu), na mocy którego organizacja ta mogła spokojnie funkcjonować w północnym Mali i posiadać tam swoje obozy, a także prowadzić „działalność gospodarczą” – pod warunkiem, że nie będzie dokonywać porwań w samym Mali. Jednocześnie ATT brał od USA i Francji pieniądze na walkę z terroryzmem. Sąsiednia Mauretania i Niger prowadziły rzeczywistą walkę z terrorystami. Co więcej – zdarzało się, że mauretańska armia, w pogoni za AQMI wkraczała na terytorium Mali. Tymczasem władze w Bamako nie robiły nic, gdyż posiadały układ z terrorystami. Trudno się więc dziwić, że taka sytuacja nie odpowiadała i nie odpowiada władzom Mauretanii i Nigru, a także mieszkańcom północnego Mali. Nic też dziwnego, że Mauretania umożliwiła, od samego początku rebelii, funkcjonowanie biura politycznego MNLA (Narodowy Ruch Wyzwolenia Azawadu) w swojej stolicy. To jeszcze nie wszystko. ATT zarabiał nawet na porwaniach. Układ był taki – AQMI porywa w Mauretanii lub Nigrze, ATT zgłasza się na pośrednika negocjującego uwolnienie zakładników, Francja (lub inny kraj) daje pieniądze na wykup, a Ijad ag Ghali dobija układu z terrorystami, potem ATT pozuje do zdjęć z uwolnionymi zakładnikami jako bohater i dzieli się z ag Ghalim prowizją.

W biznesie jest często tak, że wspólnicy kłócą się, zwłaszcza gdy na rynku funkcjonują jeszcze inne „firmy”. Tak też było z Ijadem ag Ghali, który jednak szybko znalazł sobie innego przyjaciela – Algierię. Rola algierskich władz i służb specjalnych w całym kryzysie jest bardzo niejasna. Państwo to ma niewątpliwe swoje interesy, bowiem na jego pograniczu z Mauretanią i Mali znajdują się złoża ropy naftowej. W dodatku, po stronie algierskiej znajdują się one dość płytko, więc eksploatacja po stronie malijskiej lub mauretańskiej mogłaby zagrozić wydobyciu algierskiemu. To nie wszystko...

Tuaregowie twierdzą, iż zarówno Ijad ag Ghali jak i Mokhtar Belmokhtar (czołowy przemytnik, rzeźnik i terrorysta Sahelu) to agenci algierskich służb specjalnych i zarówno MUJAO (Ruch na Rzecz Jedności i Dżihadu w Afryce Zachodniej), jak i Ansar Dine (organizacja islamistyczna Obrońcy Wiary) zostały założone przez algierskie służby. Trudno ocenić, czy jest to prawda, ale istnieje szereg poszlak wskazujących na taki właśnie scenariusz. Niewątpliwie Ansar Dine posiada bardzo dobre relacje z władzami algierskimi. Liderzy Ansar Dine wielokrotnie spotykali się z algierskimi przedstawicielami na terenie Algierii, a także korzystali z pomocy medycznej po bitwach (czego odmawiano MNLA). Z kolei kierownictwo MUJAO to przeważnie Sahrawijczycy, którzy są wspierani przez Algierię w sporze z Maroko. Natomiast Tuaregowie mają dobre kontakty z Maroko, z uwagi na marokańską społeczność berberyjską. Istnieje też teza, że prezydent Algierii Abdelaziz Bouteflika prowadzi politykę wypychania salafickich ekstremistów z Algierii – ci którzy nie prowadzą działalności na terenie Algierii, lecz poza nią mogą liczyć na jego ciche wsparcie. Fakt, że emir Aqmi Droukdel ostatnio pozbawił M. Belmokhtara władzy nad sahelskim skrzydłem AQMI, może być też tego potwierdzeniem. M. Belmokhtar oczywiście od razu zacieśnił relacje z MUJAO. Warto też mieć świadomość, że te podziały mają mniej wspólnego z podziałami ideologicznymi, a więcej z rywalizacją na rynku przemytniczo-narkotykowo-kidnaperskim.

Algieria była „brokerem” poprzednich porozumień, kończących rebelie tuareskie. Porozumienia te jednak „spaliły na panewce”. Dlatego Tuaregowie oskarżają Algierię o brudną grę i nie tylko ją. Również Katar, który, pod pozorem pomocy humanitarnej, dostarcza pomoc finansową MUJAO. Cała pomoc trafia w ręce terrorystów i jest dystrybuowana według klucza lojalnościowego. Gdy przedstawiciele MNLA, zajmującej do niedawna miasto Menaka, również poprosili o pomoc dla mieszkańców Menaki, usłyszeli, że jej nie dostaną, ponieważ nie ma tam MUJAO. To właśnie finanse spowodowały, że MNLA zaczęła słabnąć w stosunku do Ansar Dine i MUJAO. Gdy przed oczami staje widmo głodu trudno pozostać lojalnym, zwłaszcza, gdy ktoś inny oferuje pieniądze i żywność – tak było z przechodzeniem bojowników MNLA do Ansar Dine i werbunkiem mieszkańców Gao (przeważnie Songhai) do MUJAO (w MUJAO Tuaregów nie ma).

Przywrócenie „integralności terytorialnej” Mali nie rozwiązuje ani problemu przemytu, ani problemu porwań, obecności AQMI (pustynia jest ogromna, a granice dla nomadów to fikcja), problemu tuareskiego – słowem nie rozwiązuje niczego. Ponadto na pustyni walkę prowadzić mogą tylko ludy znające pustynię. Dlatego Francja, Mauretania, Niger, Burkina Faso i inne państwa, które to rozumieją, dążą do porozumienia między Tuaregami i władzami w Bamako. Interwencja nie może być bowiem wymierzona w Tuaregów, lecz musi być wsparta przez Tuaregów. Wszystko wskazuje na to, że Francja oraz niektóre państwa ECOWAS, to rozumieją. Doprowadzenie jednak do porozumienia jest trudne, bo w MNLA wielu nie chce słyszeć o rezygnacji z postulatu niezależności Azawadu. Z kolei Mali nie chce nawet dać Tuaregom autonomii, a malijska opinia publiczna wręcz dyszy nienawiścią do MNLA. Ponadto stosunki między MNLA a Ansar Dine są bardzo złe a większość przywódców MNLA nie chce słyszeć o żadnym szariacie, słusznie uznając go za sprzeczny z tradycjami tuareskimi, w których przykładowo kobieta zawsze cieszyła się dużą niezależnością.

Niemniej istnieją też pewne szanse. W Ansar Dine jest też „frakcja oportunistyczna”, kierowana przez syna sędziwego patriarchy Ifoghas (dominujący lud tuareski) Algahbasa ag Intalla. Z kolei Mali w końcu musi zrozumieć, że bez Tuaregów, i to nie „baronów” typu Gamou, lecz elit tuareskich, zwłaszcza Ifoghas , które w większości poparły MNLA, żadna interwencja szans nie ma. Ponadto celem UE czy USA jest likwidacja terrorystów i przecięcie szlaków przemytniczych a nie przywracanie status quo ex ante, topienie we krwi tuareskiej rebelii i przywrócenie malijskim „baronom” możliwości prowadzenia brudnego biznesu kidnapersko-przemytniczego.

Fot. flickr.com/ Magharebia

Czytany 4882 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04