piątek, 02 maj 2014 09:33

Tomasz Skowronek: Wenezuelski Majdan

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

wenezuela_protesty  Tomasz Skowronek

Od lutego Wenezuela jest świadkiem ogromnych demonstracji studenckich. Tysiące rannych, regularne bitwy ze służbami porządkowymi, starcia przeciwników i zwolenników rządu, szerząca się destabilizacja, a przede wszystkim ponad 40 ofiar śmiertelnych po obu stronach (wśród opozycyjnych studentów i chavistów) – oto bilans wenezuelskiej rewolty, która powoli destabilizuje państwo. Czy Wenezuela „po Chavezie” znajdzie siłę, sposób bądź charyzmatycznych liderów którzy stawią czoła spirali przemocy?

Na ostatnie wydarzenia w Wenezueli ciężko patrzeć przez pryzmat walki dobra ze złem. Wszystkie strony nie respektują praw człowieka i rządów prawa. Lewicowe władze nazywają demonstrantów faszystami i oskarżają Stany Zjednoczone o podsycanie rewolty. Dodatkowo, protestujących oskarża się, że chcą powtórki z 2002 r., w którym doszło do puczu i próby obalenia ówczesnej głosy państwa. Oczywiście, nie można wykluczyć że Waszyngton nie macza w tym palców. Wystarczy bowiem przypomnieć sytuację sprzed 12 lat, kiedy to opozycja i media, najprawdopodobniej z pomocą CIA, próbowały obalić demokratyczne rządy Hugo Chaveza. Sęk jednak w tym, że obecnie demonstranci mają powody, aby wyjść na ulice.

Państwo niemożliwe do rządzenia

Młodzi ludzie wyszli na ulice głównie po to, aby zaprotestować przeciwko niedoborom w sklepach (brakuje takich produktów jak mąka kukurydziana, olej, pasta do zębów czy papier toaletowy), problemom w służbie zdrowia, szalejącej inflacji, która już sięga poziomu 57 proc., pogarszającej się gospodarce (dwie trzecie żywności pochodzi z importu) oraz ogromnej przestępczości. Wenezuela, a zwłaszcza stolica, Caracas, ma opinię najbardziej niebezpiecznego miasta na świecie. Tylko w 2013 r. w całym kraju zanotowano 25 tys. zabójstw. Fala przemocy dotarła nawet do Margarity, głównej atrakcji turystycznej Wenezueli, gdzie w lutym 2014 r., zastrzelony został niemiecki turysta. Nic więc dziwnego, że podróżni coraz częściej omijają szerokim łukiem to latynoamerykańskiego państwo.

Dziś Wenezuela to kraj bardzo podzielony, chyba najbardziej w całej swojej historii. Protesty i zamieszki rozlewają się po największych wenezuelskich miastach takich jak Maracaibo, Ciudad Bolivar, Valencia czy San Cristobal. Mnożą się tzw. Guarimbas, czyli uliczne blokady, a policja używa przeciwko demonstrantom gazów bojowych. Rok po śmierci Hugo Chaveza „naftowe imperium” stało się państwem niemal niemożliwym do rządzenia.

To wszystko sprawia, że znaczenie Wenezueli w regionie słabnie, a „Socjalizm XXI wieku” przechodzi ogromny kryzys. Jednocześnie im gorsza sytuacja w kraju, tym bardziej rośnie kult H. Chaveza, gdyż wielu Latynosów coraz bardziej docenia zmarłego prezydenta. Mimo tego, iż był kontrowersyjnym przywódcą, to był jednak zręcznym politykiem. Wielu mieszkańców głęboko wierzy, że gdyby żył, Wenezuelczycy nie musieliby użerać się z takimi problemami.

Cień byłego caudillo

Po śmierci wenezuelskiego El Comendante światowe media zastanawiały się czy chavizm przetrwa bez Chaveza. Kult jego postaci z pewnością nadal posiada w kraju zagorzałych wielbicieli, ale przyszłość „Rewolucji Boliwariańskiej” jest już bardzo niepewna. Nowy prezydent Nicolas Maduro, który nieustanie powołuje się na zmarłego prezydenta, a nawet próbuje go naśladować, wciąż pozostaje tylko cieniem byłego caudillo. Nie jest on tak sprawnym politykiem, jak jego wielki poprzednik. Nie jest w stanie zapanować nad kryzysem, niedoborami, kłopotami gospodarczym i chaosem na ulicach. Za rządów Chaveza, nie tylko wydawano miliony na walkę z ubóstwem, ale również Wenezuela odgrywała dość znaczącą rolę geopolityczną w regionie, uzyskując wpływy w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach. Teraz w rok po śmierci kontrowersyjnego prezydenta, za rządów Madury, państwo coraz bardziej traci na znaczeniu w Ameryce Południowej. Co prawda organizacje typu ALBA czy Petrocaribean nadal funkcjonują, ale Maduro nie skupia się na umacnianiu sojuszu z latynoskimi państwami, ponieważ jest skupiony na rozwiązywaniu swoich problemów wewnętrznych. W dodatku, gdy w kraju sytuacja gospodarcza nadal będzie pozostawać w nienajlepszej kondycji. Wenezuela będzie zmuszona sprzedawać ropę naftową do zaprzyjaźnionych państw drożej (już teraz do zaprzyjaźnionej Nikaragui, rząd Caracas podniósł ceny ropy naftowej). Tym samym rola kraju w regionie może się zmniejszać. Niewykluczone też, że Maduro podwyższy ceny dotowanej benzyny oraz zmniejszy dotację energii energetycznej. Gdyby tak się stało, mogłoby to doprowadzić do buntów w biedniejszych dzielnicach, które tradycyjnie stanowią wsparcie polityczne dla „czerwonych koszul”. Wszystko wskazuje na to, że pozycja Maduro zarówno i w kraju, i za granicą będzie stopniowo słabła.

Wenezuelskie władze powinny zrobić wszystko, aby powstrzymać spiralę przemocy i zmniejszyć ogromne podziały w społeczeństwie. Celem władz powinno być uniknięcie jeszcze większej eskalacji konfliktu, aby uniknąć powtórki z 1989 r., kiedy to wybuchły zamieszki znane jako Caracazo. Mieszkańcy z Barrios czyli z dzielnic nędzy, wyszli na ulice aby zaprotestować przeciwko podwyżce cen paliw (aż o 100 proc.) i reformom neoliberalnym. Zginęło setki osób, a około 2 tys. zostało uznanych za zaginionych. Aby uniknąć podobnej tragedii, potrzebny jest dialog.

Potrzebny okrągły stół

Problem polega na tym, że ani rządzący, ani protestujący nie są skłonni do rozmów. Część opozycji (która również jest bardzo podzielona, z korzyścią dla rządzących) odrzuca jakiekolwiek rozmowy z rządem, aby nie wypaść na „zdrajców” wobec studentów, którzy za kulisami sami również… dogadują się z władzą. Rządzący także nie wykazują wielkiej woli do kompromisu, nazywając demonstrantów faszystami. Ustąpienie Nicolasa Maduro i przejęcie rządów przez opozycję również może nie uspokoić nastrojów. W wyniku takiego stanu rzeczy, zapewne na ulice wyjdą zwolennicy „czerwonych koszul” a zamieszki wybuchną od nowa. Inne opcje to zastąpienie Maudry kimś z obozu chavitowskiego, bądź mediacja międzynarodowa, której przewodniczyła by np. Brazylia. Ta ostatnia opcja jest brana pod uwagę. Ciężko przewidzieć, jak mogą zakończyć się obecne zamieszki i co w przyszłości czeka wenezuelski naród. Na pewno przed krajem trudne i niespokojne lata. Wydarzenia którymi jesteśmy świadkami nie dają nam powodów do optymizmu co do przyszłości tego państwa. Najrozsądniejszym rozwiązaniem wydaje się być dialog, stworzenie Okrągłego Stołu, a także stopniowe likwidowanie podziałów w społeczeństwie. Przecież, niezależnie od orientacji ideologicznej, większość Wenezuelczyków chce tak naprawdę tego samego – pokoju i stabilności.

Tekst został opublikowany w numerze 78–79/2014 logo_dziennik_trybuna

Fot.darkroom.baltimoresun.com

Czytany 5111 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04