środa, 11 kwiecień 2012 08:16

Tomasz Pichór: Szkockie referendum - w stronę niepodległości?

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

szkocja


geopolityka  Tomasz Pichór

Wielka Brytania jest ciągle jednym z głównych (obok Stanów Zjednoczonych i Francji) państw Zachodu. Secesja Szkocji mogłaby podważyć jej mocarstwowy status ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Przez wiele lat wydawało się, że zawarta w 1707 r. unia pomiędzy Anglią i Szkocją jest czymś absolutnie trwałym. Szkoci (Tony Blair, Gordon Brown) byli brytyjskimi premierami, zaś Partia Pracy – dzięki poparciu uzyskiwanemu w Szkocji – była w stanie sprawować władzę w całej Wielkiej Brytanii. Mimo wcześniejszej burzliwej historii stosunków Szkotów z Anglikami, to zapoczątkowany przez królową Annę eksperyment zwany Wielką Brytanią, nader pomyślnie zdał historyczny egzamin. Tymczasem unia przeżywa właśnie najtrudniejsze chwile od czasów powstania szkockich jakobitów, zakończonego ich klęską w bitwie pod Culloden w 1745 r. Można spotkać się z opiniami, że upadek Imperium Brytyjskiego – do jakiego ostatecznie doszło w latach 60. XX wieku – spowodował, że zniknęła podstawowa przyczyna, która utrzymywała Szkotów i Anglików w jednym organizmie państwowym. W ślad za likwidacją „zewnętrznego imperium” nadszedł czas zakończenia dziejów „imperium wewnętrznego”, jakim jest wspólne państwo.

Wizja niepodległej Szkocji, jeszcze w latach 50. i 60. XX wieku była traktowana wyłącznie jako rodzaj nieszkodliwego politycznego dziwactwa, na które zapadali ludzie nie mający nic wspólnego z rzeczywistą polityką (jak aktor Sean Connery), jest dzisiaj popierana przez ponad 30 proc. Szkotów. Zaś powstała w 1934 r. Szkocka Partia Narodowa (SNP, Scottish National Party), postulująca przeprowadzenie referendum w sprawie szkockiej niepodległości, po wyborach w 2011 r. wprowadziła do lokalnego parlamentu 68 posłów (w poprzednich wyborach w 2007 r. zdobyła 47 miejsc), i po raz pierwszy utworzyła samodzielny rząd.

Paradoksalnie szkoccy nacjonaliści podnosząc hasło przeprowadzenia referendum niepodległościowego sami zastawili na siebie pułapkę. Trudno uznać, że przypadku gdyby w referendum górę wzięli zwolennicy pozostania w unii (co jest bardziej niż prawdopodobne), SNP mogła dalej bezproblemowo sprawować władzę w Szkocji. Zapewne dlatego szkocki pierwszy minister, Alex Salmond, lider SNP, zwleka jak tylko może z ogłoszeniem terminu referendum. W Londynie przewidywano, że będzie je chciał ostatecznie przeprowadzić w siedemsetną rocznicę bitwy pod Bannockburn (23-24 czerwca 1314 r.), kiedy Szkoci pokonali Anglików, którzy w 1328 r. musieli uznać szkocką niepodległość. 27 lutego br. pojawiła się w mediach informacja, że referendum mogłoby mieć miejsce 18 października 2014 r. Co charakterystyczne, ta data została wyjawiona przez „Scottish Sun on Sunday”, nową bulwarówkę (powstałą w miejsce zamkniętego w atmosferze skandalu „News of the World”) należącą do News Corporation, firmy Ruperta Murdocha. Obok znajdował się artykuł A. Salmonda ciepło witającego nową gazetę. Wydaje się zatem, że R. Murdoch mający szereg problemów prawnych (związanych z pozyskiwaniem przez jego dziennikarzy materiałów dzięki podsłuchom i korumpowaniu policjantów) w Wielkiej Brytanii, zaczął popierać ideę szkockiej niepodległości. Sam medialny baron na swoim profilu na Twitterze napisał: „Pozwólmy Szkocji odejść i [z nami] rywalizować. Wszyscy na tym skorzystają”. Pozyskanie poparcia R. Murdocha (którego gazety w 2007 r. zwalczały SNP) byłoby pierwszym od dawna sukcesem Alexa Salmonda, który zbudował swoją polityczną karierę na podnoszeniu kwestii szkockiej niepodległości. Brytyjczycy bowiem tradycyjnie przypisują swoim bulwarówkom nadzwyczajną siłę polityczną, zdolną obalać rządy i wpływać na wyniki wyborów.

A. Salmond ma opinię najzdolniejszego polityka na Wyspach Brytyjskich (również na Twitterze Murdoch napisał „Alex Salomond jest najwybitniejszym politykiem w Zjednoczonym Królestwie”). W dużej mierze jego zasługą jest to, że SNP wprowadziła do szkockiego parlamentu 68 posłów i stworzyła samodzielny rząd (wcześniej, w 2007 r., SNP rządziła wspólnie ze Scottish Green Party). Tutaj jednak zakończyło się pasmo jego sukcesów. Wbrew pozorom SNP nie jest partią silną w samej Szkocji (w szkockim parlamencie zasiada ogółem 129 deputowanych, z czego 37 mandatów ma Partia Pracy, 15 Partia Konserwatywna, zaś 5 Liberalni Demokraci). W wyborach do Izby Gmin SNP zdobyła zaledwie 6 miejsc (na 59 posłów wybieranych w Szkocji, laburzyści mają 41 mandatów, zaś konserwatyści 1) oraz 2 (na 6) mandatów do parlamentu europejskiego. Dla porównania w październiku 1979 r. szkoccy nacjonaliści wprowadzili do brytyjskiego parlamentu aż 11 posłów.

Głównym problem A. Salmonda jest wypełnienie treścią hasła niepodległości Szkocji. Co właściwie miałaby ona oznaczać? Lider SNP pokazuje jako wzór niewielkie państwa z północy Europy, które żyją dostatnio dzięki zasobom ropy naftowej (jakie znajdują się na wodach okalających Szkocję). Sugeruje także, że w ramach Unii Europejskiej unia z Anglią nie jest już potrzebna, skoro Szkocja i Anglia i tak są całością większej, paneuropejskiej unii. Jednak pomysł pozostawienia brytyjskiego funta jako szkockiej waluty po ogłoszeniu niepodległości jest wyraźnym dowodem na to, że hasło niepodległości, na którym zbudowano siłę SNP, tak naprawdę nie zostało konsekwentnie przemyślane, zaś idea szkockiej niepodległości jest dzisiaj bardziej projektem zawodowych szkockich polityków, niż rzeczywistym problemem politycznym. Na jakiej podstawie zakładają, że Londyn zgodzi się na używanie angielskiego już wtedy funta przez niepodległą Szkocję? SNP zawierzając znajdującym się wokół Szkocji zasobom ropy naftowej, nie przedstawiło także rzeczywistego bilansu ekonomicznego potencjalnej niepodległości, choćby wzrostu bezrobocia wywołanego wycofaniem z północy Szkocji brytyjskich garnizonów RAF, Royal Navy oraz baz w których stacjonują rakiety Trident. Trudno także uważać, że Anglia dalej byłaby skłonna wspierać finansowo niepodległą Szkocję. Nic dziwnego, że pojawiły się pytania, zgłaszane na przykład przez Confederation of British Industry (CBI) Scotland, o gospodarcze konsekwencje pomysłów SNP.

Czy A. Salmond może więc skłonić Szkotów do niepodległości? Zwłaszcza w sytuacji, kiedy Unia Europejska jest pogrążona w kryzysie finansowym, zaś eurosceptyczna polityka brytyjskiego premiera Davida Camerona cieszy się powszechnym poparciem? Wydaje się, że w przekonanie Szkotów i w odniesienie sukcesu nie wierzy nawet sam A. Salmond, robi bowiem co może, aby samo referendum odłożyć w czasie. Wydaje się także, że szkocki polityk nie będzie stawiał całej kwestii (a przy okazji i własnej kariery) na ostrzu noża. Zdaniem brytyjskich mediów A. Salmond będzie starał się, by w referendum Szkoci musieli rozstrzygnąć nie tyle między pozostaniem w ramach Zjednoczonego Królestwa, czy też pełną niepodległością, lecz pomiędzy niepodległością, utrzymaniem status quo, a zwiększeniem autonomii. Gdyby większość biorących udział w referendum opowiedziała się za trzecim rozwiązaniem, A. Salmond mógłby uznać to za swój sukces. Zwiększenie autonomii w skrajnym przypadku mogłoby oznaczać pozostawienie w gestii Londynu jedynie spraw związanych z polityką zagraniczną i obronnością. Na takie rozwiązanie nie zgadzają się politycy w Londynie, którzy uważają, że referendum powinno ograniczyć się do dwóch odpowiedzi: „tak/nie”, słusznie uznając, że nie można normalnie rządzić w kraju, którego część ciągle będzie zajmować się własną secesją. Michael Moore, sekretarz do spraw Szkocji w gabinecie Davida Camerona, powiedział ostatnio w Izbie Gmin, że referendum powinno odbyć się jak najszybciej, najprawdopodobniej już we wrześniu 2013 r., i domagał się wyjaśnień, dlaczego A. Salmond stara się opóźnić jego przeprowadzenie.

Rządzący w Londynie konserwatyści, pragnący zachowania w Unii i twardo zmierzający do przeprowadzenia referendum, mają w swoich rękach większość atutów. Co prawda Szkocka Partia Konserwatywna jest wyjątkowo słaba (nawet w porównaniu z czasami premiera Johna Mayora, kiedy w 1992 r. torysi zdobyli w Szkocji 11 mandatów do Izby Gmin), zaú na jej czele stoi zupełnie przypadkowa osoba – 34-letnia Ruth Davidson, lesbijka i miłośniczka kickboksingu. Paradoksalnie odłączenie Szkocji mogłoby wzmocnić Partię Konserwatywną, tradycyjnie wybieraną w Anglii. Jednak silna w Szkocji jest Partia Pracy, i to ona może stać się główną siłą zwolenników zachowania unii. Zaś premier David Cameron może narzucić termin referendum i ograniczyć je jedynie do dwóch zasadniczych pytań. To zaś może pokazać, że Szkoci w większości są przywiązani do wspólnego państwa. Taktykę brytyjskiego rządu trafnie przedstawił urzędujący kanclerz skarbu George Osborne: „Naprawdę myślę, że SNP po raz pierwszy znajduje się w defensywie, ponieważ musi wyjaśnić dlaczego nie chce prostego referendum ograniczonego do tak/nie – czy Szkocja powinna pozostać częścią Zjednoczonego Królestwa, czy też nie? To zaś oznacza, że mają problem z wyjaśnieniem swojego stanowiska (...) i SNP zdała sobie sprawę, że Szkoci nie chcą opuścić Zjednoczonego Królestwa”.

Takie zdecydowane stanowisko Londynu może nie tylko uratować Wielką Brytanię, ale i na długo pogrzebać osobiste ambicje niektórych szkockich polityków i obnażyć ich blef, jakim jest wizja niepodległej Szkocji.

Wnioski

1. Wielka Brytania jest ciągle jednym z głównych (obok Stanów Zjednoczonych i Francji) państw Zachodu. Secesja Szkocji mogłaby podważyć jej mocarstwowy status ze wszystkimi tego konsekwencjami. Przede wszystkim osłabione zostałby siły zbrojne, a także pod znakiem zapytania stanęłaby przyszłość (jak i status państwowy) brytyjskiego potencjału nuklearnego. Mogłoby to mieć negatywne konsekwencje dla sprawności NATO, bowiem armia brytyjska jest jedyną armią europejską, która jest w stanie bez większych kłopotów technologicznych współpracować z armią amerykańską.

2. Otwarta zostałaby kwestia stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, bowiem nie byłoby wyraźnego powodu, dla którego Anglia ma utrzymywać stanowisko przyznane Wielkiej Brytanii. Casus Rosji, która odziedziczyła dawne miejsce ZSRR, mógłby już nie mieć zastosowania, bowiem samodzielna Anglia byłaby krajem nieporównywalnie słabszym niż Rosja w 1991 r.

3. Rozpad Wielkiej Brytanii otworzyłby szereg sporów terytorialnych w Europie (Gibraltar, Irlandia Północna) i w Ameryce Południowej (Falklandy). Pojawiłaby się także sprawa przynależności państwowej brytyjskich kolonii.

4. Rozpad Zjednoczonego Królestwa mógłby mieć negatywne konsekwencje dla Unii Europejskiej. Z jednej strony wyraźnemu osłabieniu uległaby pozycja Londynu, niechętnego wobec europejskiej integracji, z drugiej secesja Szkocji mogłaby spowodować nasilenie dążeń separatystycznych w innych częściach Europy, choćby w Hiszpanii (Kraj Basków), na północy Włoch czy we Francji (Korsyka). To zaś mogłoby doprowadzić do centralizacji władzy w państwach zagrożonych ruchami odśrodkowymi. Co więcej, szczególne zaangażowanie Brukseli po stronie szkockiej mogłoby spowodować coraz większą rezerwę państw narodowych wobec projektu europejskiego.

5. Z punktu widzenia Polski szczególnie niebezpieczne w związku ewentualną secesją Szkocji wydaje się być osłabienie zdolności militarnych Zjednoczonego Królestwa, a co za tym idzie i NATO. Zmniejszeniu uległaby także rola Londynu w integracji europejskiej, to zaś skazywałoby Polskę na opieraniu się w całości na europejskiej polityce Niemiec i Francji.

Fot. Wikipedia/GNU Free Documentation License.

Tekst został opublikowany w Komentarzu Międzynarodowym nr 5/2012 Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego alt

Czytany 7305 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04