środa, 14 styczeń 2015 06:28

Tomasz Jankowski: „Charlie Hebdo” – bilans potencjalnych… zysków

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

Tomasz Jankowski

Ataki terrorystyczne w stolicy Francji wywołały ogólnoświatową debatę poświęconą islamskiemu fanatyzmowi i zagrożeniom zeń wynikających. Niemal od razu wśród bardziej podejrzliwych zaczęto stawiać tezy o innej niż oficjalna motywacji sprawców. Przypomnijmy: mordercy chcieli zemsty za publikację karykatur Mahometa i ogólnie rzecz biorąc obrazoburstwo w stosunku do islamu.

Do kierowania atakiem przyznało się Państwo Islamskie (PI), ale i kilka pomniejszych ugrupowań, w mniej lub bardziej zorganizowany sposób z nim współpracujących. Dokładne rozpoznanie „oficjalnej wersji” jest utrudnione przez informacyjny chaos, który jak zwykle pojawia się przy takich sytuacjach. Niemniej jednak zamach na dziennikarzy tygodnika satyrycznego „Charlie Hebdo” spowodował już wiele skutków na arenie międzynarodowej np. odwracając chwilowo uwagę od wydarzeń w nieuznawanych republikach ludowych na wschodzie Ukrainy; gromadząc na „marszu antyterrorystycznym” głowy państw z niemal całego świata czy w znaczący sposób utrwalając linię podziału sceny politycznej we Francji. Rozważania autora próbują dać odpowiedź na pytanie kto i w jaki sposób może ewentualnie wygrać na tym, co się wydarzyło i jak może potoczyć się dalsza historia „politycznego islamu”. Nie należy tego artykułu natomiast traktować jako wyników śledztwa czy teorii spiskowej, bo i wnioski w nim zawarte są bardzo różne.

1. Francja

Mniej więcej od lat 1970’ debata publiczna we Francji poruszała problem imigracji z krajów muzułmańskich. Gwoli uczciwości dopisać należy, że chodzi głównie o państwa będące dawnymi koloniami francuskimi. Aspekt religijny tejże ludności miał mniejsze znaczenie w czasach dominacji na Półwyspie Arabskim i w Maghrebie świeckiego nacjonalizmu arabskiego, praktykowanego m.in. przez takie organizacje i osobistości jak Gamel Abdel Nasser (prezydent Egiptu, socjalista), Muammar al-Kaddafi (przywódca libijskiej Dżamahariji) czy liderzy związani z różnymi orientacjami partii BAAS (Hafiz Al-Asad, Saddam Husajn). Wahabicki radykalizm był wówczas na tyle stłumiony, iż nie miał znaczącego wpływu na muzułmańską diasporę w Europie.

Dopiero coraz większa popularność islamskiego fundamentalizmu ukierunkowała debatę na tory bardziej religijne niźli społeczne. Należy jednak zaznaczyć, że prądy te nie miały wiele wspólnego z „rewolucją islamską” w szyickim Iranie ani walką Hezbollahu, które, w odniesieniu do Europy, były i wciąż pozostają raczej izolacjonistyczne. Francuska prawica, w szerokim tego sformułowania rozumieniu, starała się przeważnie apelować do rodowitej ludności Francji przeciwko arabskim przybyszom lecz było to marketingowo nieefektywne. Dopiero era Nicolasa Sarkozy (2007–2012) zmieniła status quo we francuskiej geopolityce.

Powrót do wojskowych struktur NATO i aktywność Francji podczas wojny domowej w Libii czy też wsparcie dla syryjskich rebeliantów – wpisywały się, nawet jeśli nie celowo, w amerykańską politykę dotowania islamskiego fundamentalizmu przeciwko niepodporządkowanym USA państwom arabskim. Nie zmienił tego kierunku również kolejny francuski prezydent François Hollande, który także ochoczo pokazywał się w towarzystwie przedstawicieli tzw. Wolnej Armii Syryjskiej. W rezultacie francuskie społeczeństwo do tego stopnia zostało przekonane, iż jeszcze rok temu wskazywało Syryjską Republikę Arabską jako… największe zagrożenie dla światowego pokoju. Centroprawica i centrolewica na polu zagranicznym całkowicie porzuciły dziedzictwo Charlesa de Gaulle’a czy Françoisa Mitteranda dla których charakterystycznym był sceptycyzm wobec amerykańskiego „policjanta świata”.

Nie miało to jednak wpływu na wolności obywatelskie w V Republice. Cały czas działały różnego rodzaju ośrodki wrogie wobec religii jako takiej i pozwalające sobie na daleko posuniętą krytykę czy nawet pogardę w kierunku wierzących różnych wyznań. Atak na redakcję „Charlie Hebdo” był w jakimś sensie zapowiadany dużo wcześniej przez liderów radykalnych ugrupowań islamistycznych. Było to więc uderzenie we francuską lewicę przypominające zamach ukraińskich nacjonalistów na Tadeusza Hołówkę w tym aspekcie, iż ten ostatni lobbował na rzecz pojednania i współistnienia Polaków z Ukraińcami w II Rzeczpospolitej. Podobną retorykę wobec mniejszości arabskiej przyjmowały (do tej pory?) różne odłamy francuskiej lewicy.

Zwycięzcy ostatnich wyborów do Europarlamentu we Francji – Front Narodowy Marine Le-Pen stają się więc politycznie największym beneficjentem zaistniałej sytuacji. Po pierwsze jako najsilniejsza opozycja (każdy kryzys uderza najbardziej w naonczas rządzących), po drugie jako wiarygodna siła polityczna będąca sceptyczna wobec islamu, po trzecie jako posiadający program sprawiający wrażenie możliwego wyjścia z sytuacji. Przykład ojca obecnej liderki partii pokazuje wszakże, że bardzo ciężko jest wygrać radykałom drugą turę wyborów prezydenckich (a więc kluczowych) we Francji. A jednak poparcie dla FN wysokie było jeszcze przed zdarzeniami. Sprzeciw wobec obecnej formuły Unii Europejskiej, członkostwu w NATO i przyjmowaniu imigrantów stają się więc realnymi rozwinięciami sytuacji we Francji co wyraźnie może przełożyć się na globalną politykę.

2. Państwo Islamskie

Bardzo trudno w dniu pisania tego artykułu jest rozpoznać realną siłę niedawno utworzonego tworu. Z pewnością jednak to, co tworzy moc oddziaływania PI to oddziaływanie na szerokie rzesze wyznawców islamu. Ostrzeżenie wystosowane przez Abu Bakra al-Baghdadiego do Europejczyków, nawet jeśli jest bezpodstawnym prężeniem muskułów, to dla wielu dżihadystów może być wezwaniem do przyjęcia bardziej zdecydowanej postawy. Ataki na Państwo Islamskie i walka i tak już są faktami – tak jak brutalność postępowania wobec innowierców na terenach zajmowanych przez bojowników PI. Zatem w bliskiej perspektywie nie wpłynie to znacząco na sytuację na froncie, o ile siły przeciwne nie dostaną jakiegoś większego wsparcia. Na to się jednak nie zapowiada...

Wywołanie antymuzułmańskiej histerii w Europie Zachodniej jest więc chyba wliczone w cenę przez strategów polityki PI. Generalizacja w postaci sprowadzenia wszystkich europejskich muzułmanów do mianownika fundamentalistów, która nieubłaganie nastąpi pod wpływem działającej na podatnym już gruncie propagandy prawicy, może również mieć wpływ na postrzeganie fundamentalistycznego quasi-państwa w regionie. Do tej pory bowiem zarówno Syria, Irak, jak i Iran ustawiały się w zdecydowanej opozycji wobec PI, przy okazji zwracając uwagę na hipokryzję atlantyckiego świata, który od 2012 r. wydatnie wspierał tzw. opozycję antyassadowską w Syrii, czyli protoplastów Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu, a obecnie właśnie PI. Bez wątpienia Islamska Republika Iranu w tej kontrze pozostanie ze względu na wspomniany już stosunek bojowników do szyitów. Europejczycy jednak już wkrótce mogą zaadaptować nienawiść wobec islamu wszelkich odcieni i wepchnąć sporą część sunnickiej społeczności z całego świata w objęcia PI. Tymczasem właśnie to jest A. B. al-Baghdadiemu nie tyle nawet potrzebne, co wręcz niezbędne dla powodzenia jego zamierzeń.

Ze względu na militarną słabość armii dżihadystów i ogromne straty w ludziach spowodowane doktryną wojenną, przypominającą Wielką Wojnę Ojczyźnianą w wykonaniu Związku Radzieckiego (zmasowany atak piechoty), rekrutacja nowych bojowników to „być albo nie być” dla nowego tworu. Nawet jeśli dołączanie nowych ochotników z Europy do fundamentalistycznej armii będzie coraz bardziej utrudniane, to jednak społeczność Iraku i Syrii może się okazać łakomym kąskiem dla przywódcy PI. Być może daje to odpowiedź na pytanie, dlaczego to właśnie Francja stała się obiektem ataku. Po pierwsze to tam znajduje się najliczniejsza diaspora muzułmańska w Europie Zachodniej, a po drugie żadna brutalność dżihadystów nie zmieni nastawienia władz francuskich w stosunku do Syrii B. al-Assada, która w dalszym ciągu pozostaje, obojętnie jakby w każdej stolicy europejskiej nie zaklinano rzeczywistości, na pierwszej linii walki przeciwko PI.

3. Stany Zjednoczone

Pewnego rodzaju nieuniknionym wstępem jest przedstawienie dwutorowej polityki USA wobec islamskich fundamentalistów. Po pierwsze byli oni zawsze bardzo podatni na wojnę z arabskim świeckim nacjonalizmem, tradycyjnie antyizraelskim, a więc także antyamerykańskim. Skutecznymi sojusznikami Waszyngtonu byli już mudżahedini w Afganistanie czy fanatycy w Libii i wymienionej wcześniej Syrii. Zazwyczaj ta polityka kończyła się co najmniej stworzeniem strefy chaosu (Libia) lub nawet obróceniem się przeciwko mocodawcom (afgańscy talibowie).

Jednak administracja Baracka Obamy od początku aktywnie wspierała rebeliantów, walczących przeciwko Syryjskiej Republice Arabskiej. Nie zmieniło jej podejścia ani to, że radykalne organizacje, takie jak Front Al-Nusra, stopniowo przejmowały władzę nad siłami opozycji ani utworzenie poprzednika PI, czyli wspomnianego ISIL. Dopiero ogłoszenie „Świętej Wojny” przez A. B. al-Baghdadiego spowodowało zwrot w polityce amerykańskiej. Jednak czy rzeczywiście realny?

Biorąc pod uwagę prawo międzynarodowe i fakt nieuznawania PI przez chyba wszystkie światowe organizacje, walka przeciwko dżihadystom odbywa się na terenie Iraku i Syrii. W pierwszym wypadku więc mowa o państwie podbitym przez Amerykę nieco ponad 10 lat temu, a w drugim – o kraju, w którym toczy się wojna domowa, będąca przedmiotem potężnych inwestycji ze strony amerykańskiej. Pokonanie PI jest więc de facto wejściem na teren Syrii „tylnymi drzwiami” i z partykularnego punktu widzenia amerykańskich strategów tym lepiej, im bliżej Damaszku dotrą rebelianci.

Amerykanom wcale więc nie zależy na tym, by Europa, w obliczu tragedii w redakcji „Charlie Hebdo” zdecydowała się wysłać posiłki na krucjatę przeciwko PI. Przewaga technologiczna armii amerykańskiej jest ogromna, podobnie jej potencjał mobilizacyjny. Po co więc dzielić się syryjskim „łupem”, skoro wcale nie trzeba?

Pamiętajmy również, że Syria to sojusznik Iranu, który również może stać się w (dłuższej?) perspektywie celem ataku Stanów Zjednoczonych. Dodatkowo, docierające informacje o handlu ropą między wojskami amerykańskimi a dżihadystami nieuchronnie nasuwają pytanie, czy nadal nie mamy do czynienia z polityką dwutorową. Takie może być też realne rozwinięcie sytuacji. Premia dla PI w postaci dodatkowych rekrutów z pewnością wzmocni ten twór na froncie walki przeciwko assadowskiej Syrii.

4. Rosja

Wśród antyrosyjskich propagandystów pojawiła się teza jakoby za zamachami mogły stać rosyjskie służby, chcące odciągnąć uwagę świata od sytuacji w Noworosji, celem przeprowadzenia tam ofensywy. Bez względu na siłę tych przesłanek należy jednak pochylić się nad potencjalnymi profitami Federacji Rosyjskiej z masakry w redakcji „Charlie Hebdo”.

Faktycznie odciągnięcie uwagi od Donbasu jest pewną korzyścią dla rosyjskiej soft power na świecie, która w przeciągu ostatniego roku wyraźnie ucierpiała. Przełożyło się to nie tylko na kurs rubla, ale też na nastawienie ludności Ukrainy wobec Rosji. Nie płynie tu jednak zagrożenie dla stabilności władzy Władimira Putina. Wątpliwym jest również przeprowadzanie w styczniu ofensywy na wschodzie Ukrainy. Poza tym takowe rozwiązanie wydaje się niemożliwe w obliczu faktów, bo dlaczego nie wcześniej?

Pamiętajmy też, że W. Putin wycofał już pozwolenie na użycie wojska.

Korzyścią, którą mogła by istotnie uzyskać Rosja, byłaby pełna akceptacja świata wobec zwalczania terroryzmu np. na południowym Kaukazie, gdzie awangardę dżihadystów stanowili przez długi czas bojownicy w Czeczenii. Profit jest jednak niewielki jako, że Grozny jest dziś stabilną i dobrze rozwijającą się stolicą Republiki Czeczeńskiej, czerpiącą spore korzyści z przynależności do Federacji Rosyjskiej.

Może więc Rosja dostała wreszcie argument dla wsparcia B. al-Assada?

Również wątpliwe w obliczu trwającego konfliktu na Ukrainie, jak i wobec faktu, iż w bazie w Tartus rosyjska armia już nie stacjonuje. Przez cały okres wojny domowej Syryjska Republika Arabska otrzymywała od Rosji jedynie wsparcie polityczne, zwłaszcza w gorącym wrześniu 2012 r., gdy amerykańska inwazja pod fałszywym oskarżeniem o użycie broni chemicznej przez Syryjską Armię Arabską była naprawdę realna.

Podsumowanie

Dla pełnego obrazu można byłoby spróbować rozwinąć potencjalną przyszłość samej Unii Europejskiej, wojny domowej w Syrii czy nawet bezpieczeństwa Iranu. Wymagałoby to jednak przyjęcia zbyt wielu założeń i rozpisania ogromnej ilości potencjalnych scenariuszy. Doraźne korzyści polityczne i militarne dotyczą w głównej mierze Państwa Islamskiego i Stanów Zjednoczonych, kto wie czy częściowo nie sprzężonych w jednym celu. To samo tyczy się destabilizacji Unii Europejskiej, której słabsza pozycja w bezpośredni sposób wpływa na korzyść USA w toczących się negocjacjach nt. umowy o wolnym handlu, znanej jako TTIP. Na ostateczną analizę geopolityczną po ataku na „Charlie Hebdo” przyjdzie jednak dopiero czas, choć może nie tak długi jakby się mogło wydawać.

Fot. www.businesslearnteach.com

Czytany 5867 razy