niedziela, 11 wrzesień 2011 09:40

Ryszard M. Machnikowski: 10. rocznica wydarzeń 11 września

Oceń ten artykuł
(1 głos)

wtc2  dr hab. Ryszard M. Machnikowski, prof. Uniwersytetu Łódzkiego

Mija właśnie 10 lat od ataku terrorystycznego na wieże WTC oraz Pentagon 11 września 2001 r. – „okrągła” rocznica skłania do próby podsumowania minionej dekady. Obfitowała ona w wiele niezwykle znaczących wydarzeń, które wciąż wymagają dogłębnych analiz, zatem skrótowy komentarz siłą rzeczy musi mieć charakter powierzchowny.

Wpływ ataku terrorystycznego na USA i politykę światową jest dogłębny i wielowymiarowy – datę 11 września podaję się często jako wyznacznik „geopolitycznego” początku XXI wieku, co świadczy o przypisywanym mu znaczeniu, wciąż nie znamy wszystkich jego konsekwencji – zatem do podsumowania cisną się wręcz znane słowa – na ocenę jeszcze zdecydowanie za wcześnie.

Pierwszą oczywistością godną odnotowania jest to, iż wydarzenia te w pełni uzmysłowiły skalę możliwości, jakie są dziś w dyspozycji zdeterminowanych jednostek, by dokonać, w imię własnych przekonań politycznych, masowych zniszczeń. Atak ten wzniósł „terroryzm” na nowy poziom i pokazał, jak nowoczesna infrastruktura współczesnej cywilizacji może z łatwością zostać użyta przeciwko członkom społeczeństw państw rozwiniętych. Był wyrazistym akordem nowej rzeczywistości, w której terroryści bezlitośnie atakują cele cywilne, ludzi, którzy mieli pecha po prostu być w złym czasie i złym miejscu, aby zastraszyć i tym samym uzyskać wpływ polityczny na tych, którzy przeżyli. Terroryzm ostatecznie przestał być „teatrem” (choć już dawno nie był nim np. na Bliskim Wschodzie czy Sri Lance), sceną służącą do artykulacji i nagłaśniania swoich radykalnych poglądów politycznych i stał się pełnoprawnym narzędziem wojny, mającej na celu eksterminację przeciwnika. Historyczną „konieczność” fizycznej likwidacji wroga doskonale „zrozumiał”, dekadę później, Anders Behring Breyvik, przyciągając uwagę świata dla swojej „sprawy” prawie 80 ofiarami. Terroryzm wszedł tym samym w fazę eskalacji – zamach z 11 września postawił poprzeczkę tak wysoko, że aby jej dorównać, i zapewnić uwagę mediów, „bojownicy” nie mogą zawahać się przed dokonaniem eksterminacji dzieci, tak jak to się stało 7 lat temu w Biesłanie – o rocznicy tych wydarzeń też powinno się pamiętać. Logiczną koleją rzeczy byłoby więc użycie przez terrorystów w przyszłości broni masowego zniszczenia, by „przebić” liczbę trzech tysięcy ofiar „konwencjonalnego” zamachu sprzed dekady.

Atak ten sprowokował i takie było też jego zadanie, choć ze skutkami odległymi od zamierzeń zarówno jego wykonawców jak i projektodawców, serię działań zmieniających dość zasadniczo nowy (nie)porządek światowy. Przede wszystkim, wciągnął jedyne pozostałe po zgliszczach Zimnej Wojny supermocarstwo w, jak można dziś już wyraźnie zauważyć, niezmiernie kosztowny konflikt (zwany jeszcze niedawno Globalną Wojną z Terrorem), który skutecznie redukuje zasięg i głębie wpływów tego państwa w skali świata, tworząc w wielu miejscach próżnie, w którą z impetem starają się wejść rozmaici pretendenci do roli „głównych rozgrywających” polityki międzynarodowej XXI wieku. Mianowanie Al Kaidy głównym wrogiem przez administrację Busha wyolbrzymiło znaczenie światowego dżihadu i odciągnęło uwagę USA od innych, poważniejszych  zagrożeń, otwierając rywalizującym państwom pola do swobodniejszego działania. Dziś widać już dość wyraźnie, że pozycja i rola USA w dzisiejszym świecie „post – 9/11” jest znacznie mniejsza, niż dekadę wcześniej. Koszty zamorskich interwencji nie poprawiają także bilansu płatniczego tego państwa, pogłębiając kryzys gospodarczy w którym się, z innych jednak przyczyn, pogrążyło.

Atak ten początkowo przysporzył radykalnemu islamowi nie tylko zwolenników, ale również aktywistów, którzy postanowili przyłączyć się do tak ważnej, bo stale przyciągającej uwagę, dzięki mediom, światowej opinii publicznej, „sprawy”. Dało więc asumpt do powstania  globalnego ruchu społecznego skłonnego do przemocy, którego znaczenie jest znacznie większe niż działalność jednej z jego organizacji. Zmienił on polityczny pejzaż Europy Zachodniej, czyniąc z agendy marginalnych do owej chwili antyimigranckich partii populistycznych temat publicznych dyskusji oraz wyborczych decyzji. Na długo pozostanie on punktem zapalnym generującym napięcia w „multikulturowych” społeczeństwach zachodnioeuropejskich. Widać jednak, że w perspektywie ostatnich lat, wpływ islamistów na muzułmańską ummę uległ ograniczeniu. Czas pokaże, jak trwała jest ta tendencja.

11 września otworzył również szeroko drogę dla rozwoju nowoczesnych technologii masowej inwigilacji i zbierania informacji, wykorzystywanych dziś przez instytucje państwa w celu ochrony społeczeństw przed aktami zbrojnej przemocy. Zmuszają one do ciągłego namysłu nad drażliwą kwestią równowagi pomiędzy wolnością osobistą jednostek a tymi metodami, stosowanymi dla zapewnienia im bezpieczeństwa, które naruszają ich swobody.  Co gorsza, przyniósł praktykę „tortur”, których stosowanie uzasadniane było stanem wyższej konieczności pozyskania informacji mających zapobiec kolejnemu atakowi. Antyterrorystyczna pragmatyka spowodowała erozję fundamentalnych wartości, na jakich miała opierać się cywilizacja Zachodu. Kryzys moralny poprzedził tym samym kryzys materialny, w jakim znalazł się nasz świat a kwestia zakresu uprawnień, przyznawanych państwu dla ochrony bezpieczeństwa społeczeństwa, do dnia dzisiejszego budzi silne emocje.

Konieczność przeciwdziałania terroryzmowi uczynił z amerykańskiego sektora wywiadowczo-militarnego przerażająco skuteczną maszynę do wykrywania terrorystów i ich zabijania. Na kilka miesięcy przed 10 rocznicą 9/11 udało się wytropić miejsce schronienia założyciela Al Kaidy, co umożliwiło przeprowadzenie skutecznej akcji jego „likwidacji”.

Spośród „historycznych” przywódców tej organizacji, którzy jeszcze nie wpadli w ręce Amerykanów lub nie zostali przez nich zabici, pozostał właściwie już tylko jej nowy lider, Egipcjanin Ajman al Zawahiri. Eksterminacja komendantów Al Kaidy, jaka ma miejsce na pograniczu afgańsko - pakistańskim, możliwa tylko dzięki skutecznym działaniom wywiadowczym, pozwala dziś, po dziesięciu latach tej dziwnej wojny, postawić pytanie, czy jest w niej możliwe zwycięstwo. Sądzę, że zwycięstwem jest niedopuszczenie do kolejnego niszczącego ataku. Ponieważ jednak jest to proces, a nie wydarzenie jednorazowe, może być uzyskane tylko poprzez ciągły, wytężony wysiłek mający na celu zapewnienie bezpieczeństwa. Zwycięstwem byłoby także trwałe i istotne ograniczenie wpływu ideologii islamizmu na muzułmańskie masy – tu probierzem może być wynik tzw. „arabskiej wiosny ludów”. Jeśli odzyskujące podmiotowość polityczną społeczeństwa muzułmańskie odrzucą propozycje islamistów, pozwoliłoby to na ostrożny optymizm w tym względzie. Samo pokonanie Al Kaidy na pograniczu afgańsko – pakistańskim nie likwiduje jednak zagrożenia ze strony grup, których łączy podobna nazwa, ideologia i chęć działania, a które zlokalizowane są w Afryce czy na półwyspie arabskim - z ich strony cały czas trzeba obawiać się najgorszego. Nawet gdyby i one zostały kiedyś pokonane nie można, niestety, wykluczyć działań terrorysty – indywidualisty, podobnych do akcji Andersa Behringa Breyvika. Ten rodzaj zagrożenia, najtrudniejszy do skutecznego wykrycia i zwalczenia, pozostanie z nami na długo. Trudno jest więc mieć nadzieję, że kolejna dekada pozwoli nam zapomnieć o problemie zagrożenia płynącego ze strony terrorystów.  Jeszcze nie nadszedł czas by złożyć oręż i wrócić do domu.

współpraca: Michał Jarocki

Artykuł jest głosem dyskusji ECAG o 11 września 2001 r. Przeczytaj inne artykuły:

Krzysztof Kokoszczyński: „Przebudzenie w dorosłość”

Marcin Domagała: 20 chłopców zaatakowało... 

Kornel Sawiński: Rocznica 11 września: dekada geopolitycznej ofensywy USA

Bartosz Mroczkowski: Ameryka 10 lat po zamachu

Czytany 9373 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04