wtorek, 10 czerwiec 2014 06:01

Robert Potocki: Petro Poroszenko - polityk opatrznościowy?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 Petro-Poroshenko  dr Robert Potocki

7 maja miało miejsce w Kijowie, zapowiadane od dawna, zaprzysiężenie nowego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki. Na podniosłą i uroczystą galę przybyło niemal 50 delegacji państwowych. Sami Ukraińcy przygotowali całą uroczystość z wielką pompą i oprawą. Nie ma co zresztą się dziwić, gdyż fakt ten był jednym z najważniejszych newsów w światowych serwisach informacyjnych, a telewizja państwowa Rossija zdobyła się nawet na bezpośrednią transmisję uroczystości.

Sam zainteresowany, w swojej „mowie tronowej”, pełnej patriotycznej retoryki i propaństowych frazesów – jakie zazwyczaj nie schodzą z ust polityków – skupił się nie tyle na programie własnej prezydentury, co nakreślił plan działań na najbliższy okres. Z jednej strony eksponował konieczność odbudowy jedności terytorialnej Ukrainy (separatyzm noworosyjski, secesja Krymu), z drugiej zaś strony w niesłychanie „stanowczych słowach” potępił irredentę rusofońską, zapowiedział kontrolowaną amnestię dla powstańców, którzy złożą broń lub „korytarz humanitarny” dla tych, którzy zdecydują się opuścić terytorium Ukrainy.

Wobec Rosji „pobrzękiwał szabelką” („kto mieczem wojuje, ten, od niego ginie” – mówił), a równocześnie zachęcał ją dialogu, w sprawie deeskalacji konfliktu. Aby nie drażnić obaw nacjonalistów ukraińskich, ludności rusofońskiej i mniejszości rosyjskiej zaproponował decentralizację – nie federalizację – państwa, opartą na idei samorządu terytorialnego (na wzór Polski) i pewne koncesje językowe na szczeblu regionu. Ponadto zapowiedział podpisanie pakietu gospodarczego oraz umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską.

Lecz, co jest najważniejsze – z punktu widzenia legitymizmu państwowego – okres swoistej dwuwładzy: de jure Wiktora Janukowycza i de facto Ołeksandra Turczynowa dobiegł tym samym końca, a porządek rewolucyjny został zastąpiony przez system konstytucyjny.

Nowy prezydent, to „szara eminencja” polityki ukraińskiej. Był zarówno współpracownikiem dwóch jego poprzedników: Wiktora Juszczenki (2005–2010), jak i W. Janukowycza (2010–2014). W ich administracji zasadniczo nie zajmował eksponowanych stanowisk i po pewnym czasie rezygnował z dalszej współpracy. W konsekwencji nie ciąży na nim ani zarzut zdeprecjonowania dorobku Pomarańczowej Rewolucji (2004), ani też współpraca z obalonym reżimem. Ponadto czując nadciągający „wiatr zmian” wspierał finansowo EuroMajdan a nawet próbował mediować między opozycją parlamentarną, rewolucjonistami i władzami państwowymi.

W zasadzie jest optymalnym kandydatem na to stanowisko dla wszystkich zainteresowanych stron – dla Zachodu jawi się jako zwolennik okcydentalizacji kraju (ma na koncie wsparcie finansowe dwóch rewolucji), dla Moskwy to biznesmen, który posiada w ogromny majątek i robi swoje interesy na terenie Rosji, dla przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego – człowiek nie zbrukany współpracą z nieudolnymi poprzednikami, dla nacjonalistów – zwolennik soborności i silna osobowość, dla dotychczasowego układu władzy – człowiek bez szerszego zaplecza politycznego, zaś dla lokalnych „książąt” – gwarant trwania republiki oligarchicznej. Jednym słowem – technokrata, który stoli przed problemem, jak nie dopuścić do dalszej dezintegracji państwa.

A zadania, jakie stoją przed nim, zdają się tylko narastać. W pierwszej kolejności musi przede wszystkim doprowadzić do przywrócenia integralności terytorialnej kraju (poza Krymem), uspokoić narastające zaniepokojenie społeczne wynikłe ze złego stanu gospodarki oraz zapewnić płynność świadczeń socjalnych (aby nie wybuchła rewolucja społeczna – Majdan 3.0). Uspokojenie regionu donbaskiego i ługańskiego oraz wygaszenie „pełzającej” i umiędzynarodowionej wojny domowej nie będzie bynajmniej łatwe, gdyż ludność rusofońska i mniejszość rosyjska czuje się zaszczuta i zdezorientowana (tak z powodu polityki krajowej po EuroRewolucji, jak i proklamacji niepodległości przez „Federacyjną Republikę Noworosji”), a równocześnie „większość ukraińska” oraz społeczność międzynarodowa oczekuje od nowego prezydenta szybkich i ostatecznych rozwiązań. Niezależnie od rozstrzygnięć w tej kwestii jej zasadniczyn następstwem jest „polityzacja etniczności” całej ludności rosyjskojęzycznej, z którą włądze będą musiały się jakoś uporać [1].

Także reformy wymagane przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy – ze wszystkimi swymi konsekwencjami, w tym przywidywany i nieunikniony dalszy spadek stopy życiowej „szarego człowieka” – nie należą do tych łatwych i mogą budzić „rozdrażnienie”, zwłaszcza na Południowym Wschodzie, gdzie silny jest miraż „państwa socjalnego” i resentymenty radianofilskie. Pierwsze, płynące już z Kijowa, sygnały pokazują, że nowozaprzysiężony prezydent Ukrainy przymierza się – w polityce wewnętrznej – aby, podążyć drogą wytyczoną swego czasu przez Gruzję po Rewolucji Róż (2003) i prezydenturę Micheila Saakaszwilego – przynajmniej w kwestii przebudowy instytucjonalnej państwa (tego oczekują przede wszystkim działacze Rady Obywatelskiej Majdanu) i reform społeczno-gospodarczych, jednak przy zachowaniu dotychczasowej pozycji oligarchii i legalizacji jej stanu majątkowego.

Po drugie – podpisując umowę stowarzyszeniową, konieczne jest porozumienie z Rosją (ceną może być milczące przyzwolenie na aneksję Krymu) – aby zapewnić płynność dostaw surowców energetycznych dla kraju i nieprzerwany tranzyt do Europy oraz uniknąć wojny handlowej (zwłaszcza celnej) z Moskwą, po odrzuceniu układu z Unią Celną i aspiracji eurazjatyckich. Zresztą Kreml i tak poczynił już pewne posunięcia – rozmowy między Gazpromem na Naftohazem toczą się przy „obustronnym zrozumieniu”. Prezydent Władimir Putin wycofał już część sił zbrojnych ze strefy pogranicza i zapowiedział uszczelnienie kordonów, aby na obszar Ukrainy nie przenikali sympatycy powstańców. Także zapowiedziany powrót do Kijowa z „dyplomatycznych konsultacji” ambasadora Michaiła Zurabowa (wyjechał po przewrocie lutowym) i jego obecność podczas zaprzysiężenie prezydenta stanowią swego rodzaju „punkt zwrotny” w stosunkach bilateralnych, zwłaszcza, że oba kraje znalazły się na krawędzi wojny. Tu niewątpliwie potrzebne jest „nowe otwarcie”, gdyż alternatywą jest destabilizacja całego regionu Międzymorza.

Wreszcie, po trzecie – dokonać niemal całkowitej przebudowy instytucjonalnej i kadrowej struktur państwowych, systemu konstytucyjnego oraz stworzyć niemal od podstaw służby siłowe, szczególnie zaś kontrwywiad i zdemoralizowane siły zbrojne. A jak to wszystko dokonać mając z jednej strony oligarchów strzegących swoich interesów, a z drugiej rewolucjonistów z EuroMajdanu pomnych „wojny na górze” między „pomarańczowymi” (Julia Tymoszenko konta W. Juszczenko)[2]?

Jedno zdaje się nie ulegać wątpliwości – po raz pierwszy od momentu odzyskania niepodległości w 1991 roku Ukraina otrzymała „drugą szansę” na udowolnienie samej sobie i światu „wielkiej polityki”, iż nie jest (już) „państwem sezonowym” (tak postrzeganym przez zwolenników osi Paryż-Berlin-Moskwa), choć wydarzenia w Polsce w 1989 r. wydają się nieprzystwać do jej współczesnych problemów społeczno-politycznych. EuroRewolucja dobiegła końca, nastał bowiem czas Drugiej Republiki Ukraińskiej (2014+). Natomiast przyszłość pokaże, czy „Król czekolady” okaże się „świętym Piotrem”, czy może, „śniętym”, marionetką, politykierem, czy też mężem stanu. Obecnie wiemy tylko tyle, że właśnie „zagościł” na kartach historii. Czas jednak dopisze swój komentarz.

Fot. www.dailystormer.com

_____________________________________________
1. W Radzie Najwyższej zawiązała się „Ruska Grupa” złożona z 20 członków Partii Regionów, wśród których są Witalij Hruszewski, Władysław Łukianow, Ołena Bondarenko i Wołodymyr Olijnyk – ludzie kojarzeni ze „starym rezimem” i interesami Familii Wiktora Janukowycza, którzy pretendują do reprezentacji ludności rusofońskiej i mniejszości rosyjskiej po upadku separatyzmu noworosyjskoiego.
2. W cieniu inauguracji prezydentury P. Poroszenki odbył się II wiec obywatelski EuroMajdanu, podczas którego przedstawiciele organizacji społeczeństwa obywatelskiego domagali się nie tylko rozliczenia „reżimu Janukowycza”, lecz także „publicznego przesłuchania” polityków z gabinetu Arsenija Jaceniuka za nadużycia finansowe, związane z pomocą dla rodzin „niebiańskiej sotni”, pozorowanie reform politycznych, pogarszającą się sytuację społeczną w kraju oraz brak zdecydowania w obliczu prorosyjskiej irredenty.

Czytany 3892 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04