środa, 10 lipiec 2013 13:08

Robert D. Kaplan: Świadectwo dla Libii

Oceń ten artykuł
(1 głos)

libya-chaos  Robert D. Kaplan

Państwo, zgodnie z najprostsza definicją, to biurokratyczna hierarchia z monopolem na użycie siły na danym terytorium geograficznym. W idealnej sytuacji nikt, poza ludźmi łamiącymi prawo, nie musi bać się władzy, a ponieważ monopolizuje ona przemoc, nikt nie musi obwiać się bliźnich. Tyranie oczywiście wywołują strach wśród większości, a słabe państwa mają problem z wprowadzeniem monopolu na przemoc – co jest jednocześnie przyczyną ich słabości. Zgodnie z tymi zasadami, wiele państw na świecie pozostaje słabymi. Natomiast Libia przeszła drogę od stanu państwa tyrańskiego do stanu, w którym ledwo można ją nazwać państwem [1].

Mając w pamięci wezwania do podjęcia działań w Syrii [2], przyjrzyjmy się Libii, gdzie próbowano przeprowadzić skromną interwencję. 

Władze w stolicy, Trypolisie, otwarcie przyznają, że nie są w stanie wprowadzić monopolu na użycie siły i mądrze zrobiły opowiadając się za kompromisem i arbitrażem we wschodniej Libii (w regionie Bengazi) i w odległej Saharze na południu. Trudno przewidzieć, czy sytuacja w Libii dalej będzie miała postać niegroźnej i stosunkowo łagodnej anarchii [3] (z niektórymi instytucjami działającymi a innymi nie), czy rozwinie się w kierunku spójnego państwa demokratycznego. Oczywiście nie można wykluczać, że państwo pogrąży się w chaosie.

Podstawowym problemem Libii jest to, że nie jest demograficznie zwarta, jak np. Dolina Nilu, ale jest tylko niejasną nazwą geograficzną. Składają się na nią: bardzo rozległa pustynia i przybrzeżny region pomiędzy historycznym Egiptem a Większą Kartaginą (Tunezja) [4]. Ponieważ Maroko, Tunezja i Egipt, które są geograficznie powiązane z konkretnymi węzłami cywilizacji, sięgającymi aż do starożytności, nie potrzebowały dławiących form tyranii, aby utrzymać jedność, tak jak Libia, i w mniejszym stopniu Algieria, które podczas szczytu „Zimnej wojny” posiadały skrajnie socjalistyczne reżimy. Tak naprawdę dla Libii rządy Muammara al-Kaddafiego były rządami anarchii w przebraniu tyranii.

Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że obalenie M. Kaddafiego rzeczywiście doprowadziło do upadku państwa. Libijskie władze nie tyle rządzą, co negocjują warunki kontroli geograficznej. Jeśli ktoś wątpi w to, że państwo libijskie ledwo utrzymuje swoją egzystencję, powinien przyjrzeć się sytuacji na libijskich granicach, które, kojarzą się z konkretnymi określonymi prawnie liniami, z kontrolą paszportową i monitoringiem bezpieczeństwa. Trypolis ustąpił jednak tzw. pograniczom. To termin implikujący zachodzące na siebie ruchy gangów, milicji i plemion. Współczesne państwa mają granice; państwa słabe i upadłe mają pogranicza.

Upadek reżimu M. Kaddafiego doprowadził do wybuchu wojny i powstania anarchii w niedalekim Mali [5]. Rdzenni Tuaregowie z tego kraju, którzy wspierali wcześniej M. Kaddafiego, w obliczu jego upadku, masowo uciekali z Libii, zabierając ze sobą na wielką skalę ukryte zapasy broni. Tuaregowie skierowali się z powrotem do Mali, gdzie przejęli władzę [6] od rządu, znajdującego się daleko na południu w stolicy kraju – Bamako. Kiedy do rebelii Tuaregów dołączyli dżihadyści, według doniesień zginęło prawie 2 tys. osób, a prócz masowych gwałtów i rabunków, doszło także do plądrowania i niszczenia miejsc światowego dziedzictwa kulturowego. Następnie francuski rząd dokonał interwencji wojskowej [7]. Obecnie, na chaotycznym polu bitwy, umiejscowionym w poprzek Sahary i Sahelu, znajduje się wiele skrawków suwerenności. Stabilność reżimów w Mauretanii i Nigrze jest bardziej niepewna niż przed upadkiem M. Kaddafiego. Również ważne rejony Libii znajdują się poza kontrolą, i gdzie Al-Kaida ma dużą możliwość znalezienia schronienia [8]. Zabicie amerykańskiego ambasadora w Bengazi [9] wskazuje na terror, jaki może ofiarować Libia po M. Kaddafim.

Zgodnie z rachunkiem zysków i strat, wydawałoby się, że decyzja administracji Baraka Obamy o podjęciu interwencji wojskowej [10] (razem z sojusznikami z NATO) w Libii była pierwszorzędną gafą. Taka długo, jak M. Kaddafi był bezpieczny przy władzy, państwo libijskie także było bezpieczne, granice na północy Afryki były bardziej racjonalnie zarządzane, a Al-Kaida nie dominowała w samej Libii. Nawet wywiad libijski współpracował z wywiadem zachodnim. W świecie po M. Kaddafim, przed CIA stoi zdecydowanie więcej poważnych wyzwań związanych z bezpieczeństwem.

Ale dla administracji Baracka Obamy polityczna kalkulacja nie jest taka prosta.

Przyczyną interwencji był podobno strach przed tym, że wojska M. Kaddafiego, zdeterminowane do przeprowadzenia masakry, pomaszerują na zbuntowane Bengazi. Na czele ludzi opowiadających się za interwencją na takich warunkach była podobno sekretarz stanu Hillary Clinton, ambasador USA przy ONZ Susan Rice i pracowniczka Agencji Bezpieczeństwa Samantha Power. Te trzy kobiety miały dobre argumenty: gdyby M. Kaddafi dokonał masakry ludności cywilnej, a okręty amerykańskie stacjonowałyby blisko brzegu, Amerykanie zademonstrowaliby swoją nieodpowiedzialność, podobnie jak Europa (a dokładnie Holandia), kiedy w 1995 r. serbskie oddziały dokonały masakry cywilów w Srebrenicy, będącej pod kontrolą sił pokojowych ONZ. Utrata prestiżu w świecie arabskim mogła być poważna w skutkach dla Stanów Zjednoczonych. A gdyby administracja nic nie zrobiła, reżim M. Kaddafiego i tak by upadł: proces ten byłby tylko bardziej krwawy i przewlekły, a chaos i dezintegracja socjopolityczna, których byliśmy świadkami, byłyby jeszcze większe. Co więcej, ponieważ nie znamy wszystkich informacji do jakich urzędnicy administracji mieli dostęp, ciężko jest na dzień dzisiejszy dokonywać sądów.

Jednak mamy tu do czynienia z zagadką, do której ci, którzy byli za interwencją – zarówno w Libii i innych miejscach – nie chcą się przyznać. Mianowicie, nie będąc w stanie rozmieścić większej ilości wojskowych żołnierzy, zdolność rządu amerykańskiego do odbudowy państw słabych i tych, które upadły, jest poważnie ograniczona. Hipoteza, że administracja podjęła decyzję o interwencji w Libii ponieważ było to mniejsze zło, jest do obronienia; twierdzenie, że gdyby rząd zrobił taką czy inną rzecz, lub włożył pieniędzy lub zapewnił większą pomoc, to Libia byłaby może dziś stabilnym państwem, skręca w stronę fantazji.

Nawet obecność ponad 100 tys. amerykańskich żołnierzy nie było w stanie stworzyć z Iraku efektywnej demokracji. Jak więc można utrzymywać, że grupka cywilnych ekspertów garstka i specjalnych sił operacyjnych, mogły osiągnąć coś więcej w Libii? Reżim M. Kaddafiego praktycznie zlikwidował społeczeństwo obywatelskie w kraju, który ledwo utrzymywał status państwa – i wy twierdzicie, że Stany Zjednoczone były w stanie, chociaż częściowo, zjednoczyć ten kraj?

Obalenie złego reżimu czy zakończenie wojny, to działania całkowicie natury moralnej. Ale trudne jest dopiero wzięcie odpowiedzialności za to, co się potem stanie w takim kraju. Bośnia i Hercegowina, 18 lat po interwencji z USA na czele i Układzie z Dayton, jest obecnie niebezpiecznym i dysfunkcjonalnym państwem. Jednak Bośnia i Hercegowina posiada atuty, których Libia i Syria po prostu nie mają: leży w sąsiedztwie Unii Europejskiej i ma współczesną historię stosunkowo silnych struktur instytucjonalnych w porównaniu z większością Środkowego Wschodu. Bośnia znajdowała się w stosunkowo dobrze rozwiniętej części Imperium Osmańskiego; Libia i Syria leżały zdecydowanie w mniej rozwiniętych regionach Imperium. Ale ponieważ Waszyngton ma tendencję do przeceniania swojego znaczenia, jeśli chodzi o zdolność do zmieniania odległych społeczeństw, następujący schemat wciąż będzie się powtarzał: okropna wojna skutkuje wołaniem o interwencję humanitarną, w niektórych przypadkach jest ona podejmowana. Zawsze po niej następuje wzajemne przerzucanie winy w Waszyngtonie, po tym jak dany kraj wpadnie z powrotem w tyranię lub anarchię.

Tymczasem istnieje następująca możliwość: historia Libii jako stosunkowo silnego państwa jest skończona. Będzie bez końca trwała jako niebezpieczny i słabo rządzony obszar pomiędzy Egiptem a Tunezją. Znaczące złoża ropy mogą wewnętrznie wytwarzać dochód zarówno dla bojówek, jak i dla polityków. Tak więc Libia stanie się metaforą większości Północnej Afryki i Sahary, gdzie pogranicza są częściej spotykane niż granice [11].

This report is republished with permission of STRATFOR.
Tłum. Jakub Iwanowski
Fot. www.politicsdaily.com

__________________________________________
1 http://www.stratfor.com/analysis/libyas-divisions-post-gadhafi-era
2 http://www.stratfor.com/weekly/consequences-intervening-syria
3 http://www.stratfor.com/analysis/libya-tacit-security-agreement
4 http://www.stratfor.com/weekly/tunisias-relative-blessings
5 http://www.stratfor.com/analysis/mali-update-intervention
6 http://www.stratfor.com/analysis/rebels-take-control-northern-mali
7 http://www.stratfor.com/analysis/french-and-jihadist-objectives-mali
8 http://www.stratfor.com/analysis/possible-return-militant-islamists-libya
9 http://www.stratfor.com/analysis/understanding-what-went-wrong-benghazi
10 http://www.stratfor.com/weekly/20110404-immaculate-intervention-wars-humanitarianism
11 http://www.stratfor.com/analysis/jihadist-threat-western-and-north-africa

Czytany 5096 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04