piątek, 25 czerwiec 2010 08:44

Przemysław Benken: Wojenne gry demografią

Oceń ten artykuł
(1 głos)

altgeopolityka Przemysław Benken

Jeden z najbardziej znanych pruskich strategów powiedział o wojnie secesyjnej, toczonej głównie przez regimenty ochotników, iż jest to mało interesujący z wojskowego punktu widzenia konflikt między uzbrojonym tłumem. Obie wojny światowe i większość konfliktów po 1945 roku opierała się wszakże na żołnierzach z poboru. Dzisiaj z kolei dużo mówi się o profesjonalizacji armii. Jakie są światowe trendy? Gdzie w tym wszystkim mieści się znaczenie potencjału demograficznego?

Napoleon Bonaparte – w powszechnym mniemaniu jeden z najlepszych w historii dowódców wojskowych – mawiał: „Bóg stoi po stronie silniejszych batalionów”. Nie mniej zmyślny od Napoleona strateg polityczny, Józef Stalin, wyrażając swój bardzo ironiczny i pogardliwy stosunek odnośnie wpływu Watykanu na politykę światową, pytał prześmiewczo: „a ile to papież ma dywizji?” Dwa powyższe cytaty zostały wybrane celowo, aby pokazać jak wielką wagę, jeszcze stosunkowo niedawno, przywiązywano do liczebności sił zbrojnych. Zanim postęp technologiczny kilku ostatnich dekad wykopał przepaść między najbogatszymi państwami, mogącymi sobie pozwolić na obfite uzbrajanie się w najnowocześniejszy sprzęt, całkowicie deklasujący środki bojowe krajów średnio- i słaborozwiniętych – to właśnie sucha liczba żołnierzy stanowiła najważniejszy bodajże element strategicznych układanek, gdyż bardzo często mogła ona zniwelować przewagę w sprzęcie i wyszkoleniu wroga.

Błędem jest wszakże twierdzić, iż sama tylko liczebność posiadała zawsze decydujące znaczenie, gdyż wówczas, jak zauważył Karol Bunsch w jednej ze swej powieści: „wojen by nie było, […] bo starczyłoby siły przeciwników policzyć, by wiedzieć kto wygra”. Na powodzenie, bądź niepowodzenie w boju składają się również takie aspekty jak talent naczelnego dowódcy (myśl wojskowa), praca sztabu, rozpoznanie, naciski polityczne czy też nieprzewidywalne żołnierskie szczęście. Z drugiej strony każdy konflikt zbrojny jest nieco inny i wymaga indywidualnego rozpatrzenia. Krzysztof Kęciek, autor kilku uznanych prac popularnonaukowych na temat wojen, prowadzonych przez Republikę Rzymską z Pyrrusem, Hannibalem, Antiochem IV i Filipem V, wykazał, iż Miasto Wilczycy posiadało ogromne zasoby mobilizacyjne, liczone w setkach tysięcy obywateli. Jego przeciwnicy na ogół mogli liczyć jedynie na ułamek tej liczby, którego pokaźną część stanowili najemnicy.

Bitwa pod Kannami, jeden z najdoskonalszych w historii wojskowości przykładów zastosowania dwustronnego manewru okrążającego (przykładowo Janusz Sikorski wskazał, iż stał się on inspiracją dla akcji Prusaków pod Sedanem w roku 1870 czy też radzieckiego przeciwuderzenia pod Stalingradem), nie mogła w żaden sposób odwrócić niekorzystnego dla Kartagińczyków trendu, wynikającego ze słabszego od Rzymu potencjału demograficznego. Miasto Wilczycy musiałoby ponieść przynajmniej 10 klęsk o tak wielkich rozmiarach, by w końcu paść na kolana, podczas gdy z wojsk Hannibala, przy zachowaniu proporcji strat jakie poniosły pod Kannami, już po piątym takim zwycięstwie nic by nie zostało. Inna sprawa, że wziąwszy pod uwagę same ubytki w szeregach Kartagińczyków po pierwszej bitwie, których nie było za bardzo kim wypełnić, powtórzenie sukcesu okazywało się niemożliwe. Rzym był istną hydrą, której można było ściąć kilka głów, lecz za każdym razem odrastały nowe, tymczasem potencjał rekrutacyjny Hellenów i Kartagińczyków mocno wyczerpywały nawet zwycięskie starcia, o czym świadczą słowa Pyrrusa, włożone mu w usta przez rzymskich kronikarzy po bitwie pod Benewentem: „jeszcze jedno takie zwycięstwo i będą zgubiony”. Jedynie sojusz największych wrogów Rzymu (Kartaginy, Macedonii oraz imperium Antiocha IV) mógłby się skutecznie przeciwstawić jego ambicjom, lecz nigdy nie zaistniał on w praktyce, a jego niedoszli sygnatariusze byli kolejno znoszeni przez agresywną Republikę.

Chociaż wodzowie państw hellenistycznych i Kartaginy często bili na głowę talentem dowódczym swych rzymskich kolegów, odnosząc nad nimi serie efektownych zwycięstw, nie zdawało się to na wiele, gdyż po każdej klęsce Republika wystawiała nową armię. Miasto Wilczycy opanowało do perfekcji sztukę „wojny na wyczerpanie”, nazywanej też podczas II wojny światowej „wojną materiałową”. W tym nowszym ujęciu stosowali ją od roku 1943 Brytyjczycy (Montgomery pod Al-Alamajn oraz Caen; Alexander we Włoszech), Amerykanie (Eisenhower i jego mało błyskotliwa koncepcja równomiernego nacierania wzdłuż całej linii frontu zachodniego; Bradley w Ardenach), a także Sowieci (wszystkie większe operacje Armii Czerwonej). Wbrew obiegowej opinii, która dopiero ostatnio zaczyna być weryfikowana, działania sprzymierzonych (w tym zachodnich aliantów) nie polegały na wymyślnych manewrach, geniuszu dowódców czy lepszym sprzęcie, lecz wykorzystywaniu bezwzględnie przewagi w sile żywej, materiałach wojennych (produkowanych na wielką skalą przez silną gospodarką amerykańską i sowiecką) oraz faktu, iż III Rzesza musiała walczyć na dwóch frontach. Wiktor Suworow twierdzi wręcz, że już 22 czerwca 1941 roku, w dniu rozpoczęcia Operacji Barbarossa, II wojna światowa była przez Niemcy przegrana.

Gdyby Hitler miał do dyspozycji 2-3 miliony żołnierzy więcej – konflikt zapewne potoczyłby się inaczej. Tymczasem dyktator, niczym król Pyrrus i Hannibal, po wielkich operacjach okrążających na Wschodzie w latach 1941-42, kiedy to wyłączono z akcji kilka milionów żołnierzy Armii Czerwonej, napotykał na swej drodze coraz to nowe związki taktyczne przeciwnika, odtworzone z rezerw. Wprawdzie Stalin i jego generałowie zaczęli w roku 1944 odczuwać ujemne skutki strat pierwszego okresu wojny oraz strategii Żukowa, Koniewa i większości innych zwierzchników frontów, sprowadzające się do masowych uderzeń frontalnych, lecz do tego czasu słabe niemieckie dywizje były już cieniami samych siebie. To, że front wschodni ostatecznie nie załamał się w roku 1943, 1944, lecz dopiero 1945 – Hitler mógł zawdzięczać przewadze jakościowej niemieckich żołnierzy i dowódców polowych, którym oddać należy, iż spisywali się dużo lepiej niż ich przeciwnicy. Sama jakość to było jednak za mało. Nawet przykład kampanii wrześniowej, kiedy to Niemcy dopiero zaczynali się uczyć trudnej sztuki Blitzkriegu i współdziałania między rodzajami wojsk, została przez Rzeszę wygrana m.in. dlatego, iż rzuciła ona do boju 1,8 miliona żołnierzy przeciwko milionowi Polaków, z których ledwie 75% znalazło się w dniu 1 września na pozycjach. Dzięki temu Wermacht mógł budować kilkukrotną przewagę liczebną w wybranych przez siebie punktach przełamania frontu. Można śmiało powiedzieć, że II wojna światowa (podobnie zresztą jak wielka wojna z lat 1914-1918) została wygrana na równi dzięki potencjałowi gospodarczemu (odpowiednio wielka ilość jeszcze niedawno mogła zdominować każdą jakość) oraz demograficznemu (za każdym razem, gdy USA decydowały się dorzucić swoje trzy grosze do sytuacji w Europie, konflikt był już praktycznie rozstrzygnięty). Jak jednak sytuacja wygląda współcześnie?

Obecnie można odnieść wrażenie, iż na pierwszy plan wybija się potencjał gospodarczy, a mówiąc ściślej – technologiczne umiejętność projektowania, wytwarzania i wdrażania do armii danego państwa sprzętu bojowego najwyższej jakości. Jest to, co oczywiste, strategia do zastosowania jedynie dla krajów najbogatszych i sprawdza się dobrze w krótkich kampaniach wojennych. Dobrymi przykładami są tu druga i trzecia wojna w Zatoce Perskiej, kiedy to nowoczesne amerykańskie, brytyjskie i francuskie czołgi dziesiątkowały irackie pojazdy, których zwarte formacje – chociaż przeważające liczbą – nie potrafiły się zbliżyć do wroga na odległość skutecznego strzału. Wspomagane przez panujące w przestworzach lotnictwo, zaopatrzone w „inteligentne” bomby i niemal bezkarnie buszujące na zapleczu armii Husajna lub jako bezpośrednie wsparcie, siły obu koalicji antyirackich dokonały pogromu przeciwnika przy minimalnych stratach własnych, często nie nadążając, z powodu braku amunicji, z niszczeniem czołgów, transporterów oraz siły żywej. W roku 1999 wystarczyły intensywne działania lotnicze państw NATO, aby zmusić Serbię do wycofania się z Kosowa i de facto zaakceptowania przez nią utraty tej ważnej z historycznego oraz gospodarczego punktu widzenia prowincji. Przykłady powyższe wskazują, iż nadszedł kres gigantycznych armii konwencjonalnych, a przyszłością są mniej liczne, lecz w pełni profesjonalne, doborowe, a także wyposażone w najlepszy sprzęt siły zbrojne, niczym słynny BEF w roku 1914.

Myślenie takie ma wszakże przynajmniej dwie wady. Podobne rozwiązanie, jak już wspomniano, dostępne jest tylko dla państwa najbogatszych (USA, Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Japonia), które mają często duże ambicje w polityce międzynarodowej, co zmusza do utrzymywania w różnych częściach świata (czy też na własnym terytorium) stosunkowo rozbudowanych sił zbrojnych. Najlepszym przykładem są tutaj Stany Zjednoczone, których gigantyczne grupy bojowe lotniskowców pływają, pozostając w permanentnym pogotowiu, po wszystkich oceanach świata, a liczne wojska lądowe stacjonują w Iraku i Afganistanie. Wielka Brytania wkrótce rozpocznie budowę dwóch ogromnych lotniskowców; Francuzi także prężą muskuły. Warto zwrócić uwagę, iż rozwijająca się bardzo prężnie chińska flota wojenna, w ramach powiększania prestiżu międzynarodowego ChRL, wysłała rok temu nad wybrzeże somalijskie dwa najnowsze niszczyciele z misją zwalczania piractwa. Pekin ma też w planach budowę nowoczesnego, dużego lotniskowca, wzorowanego na francuskim typie Foch. Innymi słowy: kto chce być potęgą światową, musi być obecny we wszystkich punktach zapalnych globu. Wymaga to posiadania dużych sił zbrojnych, umożliwiających poważne zaangażowanie się w dowolnych punktach zapalnych świata oraz jednoczesną obronę swojego terytorium. Kolejnym problemem jest rodzaj konfliktu oraz teren, na którym się toczy. O ile takie wojny jak Falklandy, amerykańskie interwencje na Grenadzie i w Panamie, dwie ostatnie wojny w Zatoce Perskiej, Somalia, akcja NATO w Kosowie czy też wojna w Osetii Północnej były stosunkowo krótkie i nie wymagały zaangażowania wielkiej liczby wojsk oraz miały charakter konwencjonalny, to Afganistan i okupacja Iraku (zwana stabilizacją) okazały się… workiem bez dna. Warto zauważyć, iż po obaleniu Husajna Amerykanie szybko wycofali do odwodu strategicznego większość najlepszych jednostek, które brały udział w inwazji, zastępując je oddziałami drugiego rzutu. Ponadto, gdyby US Army i sprzymierzeńcy natknęli się w Iraku na wroga, dysponującego podobnym poziomem uzbrojenia, mogliby się szybko wykrwawić, niczym BEF w kampanii z 1914 roku oraz podczas pierwszej bitwy pod Ypres (1915). Doborowa, malutka brytyjska armia zawodowa, chociaż walczyła z sukcesami, utraciła ponad 98 tys. żołnierzy i przestała istnieć, a Londyn musiał rozpocząć pobór. Mimo wszystko trudno sobie też wyobrazić, aby nawet najnowocześniejsza, lecz zbyt mała armia była w stanie zawojować Chiny, Rosję czy Indie.

Od czasu wojny wietnamskiej nie toczono wyczerpujących walk konwencjonalnych na wielką skalę między przeciwnikami o podobnym potencjale bojowym, trudno powiedzieć jak nowoczesna armie zawodowe zniosłyby duży upust krwi oraz ciężkie straty w sprzęcie. Po stopniowym wyłączaniu z akcji zawodowych żołnierzy i zużyciu się najlepszych czołgów, a także samolotów, nawet bogate państwa musiałyby niewątpliwie sięgnąć po rezerwuar ludzki, oparty na potencjale demograficznym. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że powyższy czarny scenariusz nigdy nie doczeka się sprawdzenia, a wielkie wojny konwencjonalne w Europie lub gdziekolwiek w świecie to przeszłość, chociaż myślenie takie ma zapewne charakter życzeniowy. Ponadto, jak zasygnalizowano, małe armie zawodowe, bez wsparcia programów cywilnych, nie sprawdzają się w walce z partyzantami na obszarach miejskich, górskich, lesistych i wszędzie tam, gdzie teren jest bardzo trudny. Operacje pacyfikacyjne wymagają wówczas, by na każdych czterech mieszkańców danego regionu przypadał jeden żołnierz, a przykład Afganistanu czy Czeczenii pokazuje, iż trzeba w takiej sytuacji zaangażować setki tysięcy ludzi z całym zapleczem. W 1968 roku Amerykanie przyznawali, iż z powodu bardzo wysokiego przyrostu naturalnego Wietnamczyków (Północnych), przerzucanych Szlakiem Ho Szi Mina na Południe, nie byli w stanie nadążyć z zabijaniem wrogów (mieli na Południu ponad 500 tys. żołnierzy plus najnowszy sprzęt) i liczba partyzantów bez przerwy wzrastała. Kim Dzong Ila przed klęską w wojnie koreańskiej uchroniły jedynie duże zasoby ludzkie Korei Północnej oraz kilkaset tysięcy chińskich „ochotników”, gdy tymczasem bardzo dobrze uzbrojone wojska ONZ stopniowo wykrwawiły się w statycznych bitwach końcowego okresu konfliktu, nie mogąc przełamać impasu.

Podobnie wygląda to podczas konfliktów etnicznych oraz wojen domowych, w których udział bierze praktycznie cała populacja państw walczących (rozpad Jugosławii, Somalia). Ponadto kraje o średnim, bądź małym potencjale militarnym, zagrożone przez sąsiadów o podobnych lub większych możliwościach, muszą posiadać duże armie, ażeby zachować równowagę sił lub starać się wyrównać liczbą istniejące dysproporcje w jakości (Izrael – kraje arabskie, Indie – Pakistan, Korea Południowa – Korea Północna, Chiny – Tajwan, Gruzja – Rosja, Rosja – Chiny, Ukraina – Rosja, Japonia – Korea Północna, Japonia – Chiny, a w przypadku broni nuklearnej – USA – Rosja, USA – Chiny, Indie – Pakistan, Rosja – Chiny, Kora Północna – USA, Izrael – Iran). Wydaje się zatem, iż czas dużych armii konwencjonalnych jeszcze nie minął.

Na koniec kilka rozważań na temat naszego polskiego podwórka. Jeśli przyjąć, iż w razie agresji obcego państwa otrzymamy szybką i konkretną pomoc wojsk NATO, to obecna strategia budowy profesjonalnej, dobrze wyszkolonej i uzbrojonej armii zawodowej wydaje się słuszna. Współczesne realia pola bitwy są tak skomplikowane, iż nie sposób przygotować, nawet w ciągu roku, żołnierza na odpowiednim poziomie za takie pieniądze jak miało to miejsce podczas zniesionej służby zasadniczej, do innego celu niż mięso armatnie. Studenci na skróconych kursach często otrzymywali podczas szkolenia kilka pocisków „na głowę” do wystrzelenia ze starego automatu! Niemniej całkowite zniesienie obowiązku służby również nie wydaje się najlepszym rozwiązaniem (Niemcy jakoś tego nie zrobili). Należałoby większy nacisk położyć w tego typu przysposobieniu na elementy związane z obroną cywilną, usuwaniem efektów skażeń, a także szkolić obywateli do zwalczania lekko uzbrojonych sił specjalnych przeciwnika, spadochroniarzy, jak również w dziedzinie aktywnej ochrony linii komunikacyjnych i prowadzenia działań dywersyjnych (wykorzystanie znajomości terenu). Innymi słowy – lepszy efekt dałoby przesunięcie punktu ciężkości na działania paramilitarne, które mogą być z powodzeniem wykonywane po stosunkowo krótkim przeszkoleniu oraz bez ciężkiego sprzętu. W sytuacji, gdy siły specjalne uznawane są chociażby przez publicystów „Nowej Techniki Wojskowej” za nowy, osobny rodzaj wojsk, szkolenie w ich zwalczeniu i odciążenie w tej kwestii armii zawodowej miałoby sens. Obecnie zaś doprowadzamy do tego, że obywatel wkrótce nie będzie miał większego pojęcia nie tylko odnośnie do tego jak walczyć, lecz nawet – jak przeżyć wojnę jako cywil. Nie należy się niestety łudzić, iż kolejny konflikt konwencjonalny z udziałem Polski będzie krótkotrwały. Jeśli patrzeć zatem pod tym kątem – potencjał demograficzny, nie tylko w przypadku naszego kraju, długo będzie znacząco wpływać na kwestie związane z wojskowością, gdyż przepaść jakościowa ma, jak na razie, ograniczony zasięg.

Artykuł ukazał się w nr 17/2010 kwartalnika alt

Czytany 7963 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04