sobota, 04 czerwiec 2011 09:59

Polska jest cheerleaderem w oczach Ameryki - czas na realpolitik

Oceń ten artykuł
(1 głos)

cherled


  Zbigniew Pisarski

Kilka dni temu Warszawę odwiedził prezydent USA Barack Obama. Nie obyło się bez komplementów pod naszym adresem, że jesteśmy liderem tej części Europy i wzorem przemian demokratycznych dla krajów arabskich, że nasza gospodarka ustrzegła się kryzysu finansowego. 

Te oraz inne komplementy są autentyczne, ale również idealnie odpowiadają na nasze potrzeby bycia docenianym przez innych, szczególnie przez gospodarza współczesnego Rzymu, jakim niewątpliwie jest Waszyngton. Dla prezydenta Baracka Obamy i amerykańskiej polityki Polska oraz pozostałe kraje Europy Środkowej i Wschodniej to europejska druga liga, traktowana mniej przez optykę relacji bilateralnych a bardziej regionalnych. Pozytywnym jest, iż w tej drugoligowej Europie jesteśmy liderem tabeli.

Wizytą prezydenta Obamy Ameryka odrabia zaległości i błędy wobec swojego wiernego sojusznika z Europy Środkowej. My się często użalamy, że Biały Dom o nas zapomniał, a oni odpowiadają, że jesteśmy „ofiarami” własnego sukcesu i że nie potrzebujemy już wsparcia. Niemniej jednak doradcy prezydenta USA dostrzegli, że popełnili liczne błędy wobec Polski. Wspomnę tylko o przehandlowaniu tarczy antyrakietowej za „reset” w relacjach z Rosją, czy kwestię wiz stanowiącą honorową ujmę dla wielu Polaków. W drugim przypadku to bardziej jednak tracą Amerykanie skazując się na słabo asymilującą się emigrację z Ameryki Łacińskiej. Należy mieć nadzieję, że wkrótce żart, iż prezydent Obama przyleciał do Polski, ponieważ prezydent Komorowski nie dostał wizy do USA, będziemy mogli - wraz ze zmianą amerykańskiej polityki wizowej wobec naszego kraju - odłożyć do lamusa.

Zastanawiając się, jak te zaniechania i błędy nadrobić, otoczenie prezydenta Obamy zrozumiało, że w relacjach z bardzo wrażliwą Polską olbrzymie znaczenie mają gesty i symbole. Stąd podczas swojej niespełna 23-godzinnej wizyty prezydent Obama złożył trzykrotnie wieńce. Spotkanie z prezydentami państw Europy Środkowej i Wschodniej miało wymiar symboliczny, ale budowało naszą dumę na tle regionu. Jedynie kuluarowa rozmowa z prezydentem Ukrainy, Wiktorem Janukowyczem, daje nadzieję na opamiętanie się obecnych włodarzy Kijowa w represjach wobec opozycji. Tzw. spotkanie z polską demokracją było miłym gestem, który miał holistycznie zapewnić dobry odbiór wizyty przez usatysfakcjonowanie naszej klasy politycznej. Doświadczony uczestnik licznych uroczystych gali, prezydent Lech Wałęsa, jednak nie dał się tak powierzchownie potraktować i wysłał sygnał, że to mu „nie pasuje”, bądź jak to eufemicznie ujęła strona amerykańska „miał inne zobowiązania”. Jedynie spotkanie z premierem Donaldem Tuskiem pozwala wierzyć, iż amerykańska technologia oraz gotowość do inwestycji w polski gaz łupkowy zmotywuje nasz rząd do przygotowania odpowiednich regulacji podatkowych zapewniających budżetowi przychody z eksploatacji złóż gazu.

Amerykanie muszą się liczyć z nieuchronnym zbliżaniem się dnia, w którym Polska przeciwstawi się któremuś z kolejnych ich projektów politycznych, ekonomicznych bądź militarnych. Nie będzie to bynajmniej przejaw polskiej niechęci wobec USA, lecz znak czasu, samodzielności i dojrzałości w polityce międzynarodowej. Szczególnie, że w świetle innych bardziej priorytetowych dla USA regionów my w sposób naturalny wiążemy się i szukamy oparcia w regionalnych strukturach, np. Unii Europejskiej. Nawet nasza wiara w zapewnienie Polsce bezpieczeństwa w ramach NATO wydaje się mieć chwile zwątpienia. Bo przecież czym są nasze zabiegi o obecność wojsk amerykańskich w Polsce, jak nie przejawem braku zaufania wobec gwarancji zapisanych w artykule 5. Paktu Północnoatlantyckiego?

Reasumując, czas odejść już od minimalistycznego podejścia w dyplomacji, gdzie sukcesem jest samo doprowadzenie do spotkania z liderami państw o strategicznym znaczeniu dla interesów kraju. Najwyższa pora zacząć oceniać te spotkania przez pryzmat zawartych porozumień i konkretów z nich wynikających. Obecnie jesteśmy raczej cheerleaderem Europy Środkowej i Wschodniej. Tak jak cheerleaderzy dobrze się prezentujemy, dopingujemy innych do działania, pozujemy do zdjęć, ale ciągle pozostajemy poza główną areną gry. Najwyższa pora aby świat, który zna już naszą słabość do gestów, pochwał i symboli, dał się teraz zaskoczyć naszą wersją „realpolitik".

Tekst jest stanowiskiem Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego altz dnia 3 czerwca 2011 r.

Czytany 3418 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04