czwartek, 17 czerwiec 2010 10:41

Piotr Woyke: Po co Chinom demokracja?

Oceń ten artykuł
(1 głos)

alt geopolityka Piotr Woyke

Chiny są obecnie w centrum wszystkiego. To z nimi łączą się największe dyskusje, spory, nadzieje, a także obawy współczesnego świata. Państwo Środka przestało być traktowane niczym zacofany relikt zimnowojennego świata, w którym za przysłowiową miskę ryżu prości ludzie produkują tanie podróbki obuwia czy elektroniki. Duża część z nas widzi mocarstwo, które z coraz większą niecierpliwością czeka aby zrzucić z tronu zapadające się pod ciężarem długów i sporów Stany Zjednoczone.

 

Ludzie Zachodu coraz częściej zaczynają się pytać: czy wraz z kapitalizmem przychodzi demokracja? Bardziej adekwatnie brzmiałoby pytanie: po co Chińczykom demokracja? Odpowiedź na to pytanie mogłaby stanowić zaczątek całej książki, niemniej warto poruszyć przynajmniej kilka najważniejszych kwestii.

Po pierwsze, nacjonalizm. Jest on dzisiaj w Chinach najszybciej zdobywającą popularność ideą. Rzecz jasna, Komunistyczna Partia Chin nadal musi formalnie obstawać przy swoich radykalnie lewicowych źródłach, jednak retoryka jej przywódców nacechowana jest hasłami narodowymi. Ktoś mógłby rzec, iż brzmi to absurdalnie- gdzie internacjonalizm i międzynarodowa przyjaźń proletariuszy? Tam gdzie socjalistyczna gospodarka. Paradoksalnie, KPCh wraca do polityki swoich wieloletnich oponentów z Kuomintangu, największego ruchu okcydentalizacyjnego w historii kraju. Trzeba jednak pamiętać, że okcydentalizacja doby Sun Jat-sena czy Czang Kaj-szeka oznaczała w dużej mierze fascynację postaciami pokroju Mussoliniego. Nowoczesny naród miał być przede wszystkim ufundowany na silnej władzy centralnej, budowaniu tożsamości w oparciu o młodych ludzi i socjalistycznych metodach zapewniania dobrobytu. Tą drogą podążają dzisiaj partyjni dygnitarze. Twardo trzymają ludność w ryzach i tłumią wszelkie oznaki niezadowolenia ze strony mniejszości czy pojedynczych obywateli. Podsycają nacjonalistyczne uczucia wśród studentów (vide regularne, antyjapońskie demonstracje). Co najważniejsze, wreszcie zaczynają zaprowadzać elementy państwa socjalnego, czego świadectwem jest ledwie wspomniany przez światowe media program zapewnienia obywatelom podstawowej opieki medycznej- dotychczas wszelkie usługi tego typu były płatne.

W 2008 roku, podczas olimpiady w Pekinie bardzo modne były analogie z 1936 rokiem i podobną imprezą utwierdzającą wszystkich w potędze nazistowskich Niemiec. Porównanie krążyło wokół braku szacunku dla praw człowieka. Zestawianie w jednym szeregu III Rzeszy i ChRL jest, z całą moją pogardą dla chińskich gwałtów na wolności, przesadą. Wspomniana analogia znacznie lepiej działa jeśli zestawimy oba historyczne mocarstwa na gruncie ekonomicznym, społecznym i politycznym. Chiny, pomimo że nie były nigdy oficjalnie kolonią, również mają poczucie upokorzenia ze strony państw takich jak Francja, Niemcy czy Wielka Brytania. Podobnie jak niegdyś Niemcy, zhańbieni Traktatem Wersalskim, chcą pokazać światu swoją sprawność, a prawdopodobnie w perspektywie "pokazać pazur". Zarówno rządy hitlerowskie jak i komunistyczne są świadome jak pomocna jest aktywna opieka socjalna w utrzymywaniu sympatii ludzi oraz jak praktyczna jest ideologia narodowa w rządzeniu wielkimi masami ludzkimi. Przy tym, oba reżimy wiedzą, że bez twardego pieniądza trudno być znaczącym graczem, dlatego mają "kastę" biznesmenów i prowadzą z innymi krajami ożywioną wymianę handlową. Istnieje jednak poważna rozbieżność: Chiny są kilkanaście razy większe. Ideologia nacjonalistyczna ma dzisiaj złą prasę, niemniej nie jest ona tylko domeną łysych chłopaków bijących się z lewackimi bojówkami. W przeszłości bywała ona czynnikiem demokratyzującym- większość rewolt demokratycznych ostatnich dwóch wieków wybuchała pod hasłami narodowymi. Niemniej...

Po drugie, brak tradycji obywatelskich. Problem tkwi w tym, że w Chinach nie ma za bardzo komu robić takiej. Większość tamtejszych niepokojów społecznych wybuchała pod wpływem problemów socjalnych, a te przy odpowiednich nakładach prędzej czy później rozwiązuje rząd centralny. Słabym punktem państwowej administracji jest ogromna korupcja, z którą kolejni przywódcy od lat sobie nie radzą. To właśnie w proteście przeciwko jej nadużyciom mógłby powstać w Chinach silny ruch społeczny, niemniej istnieją przy tym dwa, poważne ryzyka. Pierwsze wiąże się z silnie antysystemowym charakterem rewolucji przeciw aparatowi państwowemu i tendencjom anarchistycznym, najpewniej zakończonym w końcu przez wojsko. Drugie to klasyczne zagrożenie rewolucji moralnej- przejęcie przywództwa przez demagogów i partyjnych "dysydentów", którzy w ataku oczyszczania organizacji z wypaczeń, nadal utrzymają jej status władczy, najwyżej tworząc koncesjonowaną opozycję.

Chiny nie mają wielkich tradycji demokratycznych. Republika Sun Jat-sena, notabene dzisiaj niemal czczonego była jedynie epizodem - Yuan Shikai, jego następca na fotelu prezydenckim ogłosił się już cesarzem. Również dzisiaj Chińczycy nie widzą wzorców demokracji dostatecznie zachęcających do wprowadzenia systemu wielopartyjnego. Patrząc na północ widzą Rosję, której (patrząc z konkretnego punktu widzenia) upadek władzy autorytarnej przyniósł ostateczne załamanie gospodarcze i społeczne. Spoglądając na południe spotykają Indie, największą demokrację świata, która rośnie w siłę, a jednak znacznie wolniej. Być może rozwiązaniem odpowiednim dla krajów azjatyckich, posiadających tradycję władzy silnej, jest model Singapuru czy Korei Południowej. Stworzenie demokracji jest możliwe do wprowadzenia po ówczesnym zaprowadzeniu relatywnego dobrobytu. W tej chwili można by się po części zgodzić ze zwolennikami teorii, że wraz z kapitalizmem przychodzi demokratyzacja. Faktycznie, do wolności gospodarczych szybko dochodzi wola nieskrępowanego wyrażania się. Mimo to...

Po trzecie, problem wolnorynkowości chińskiego kapitalizmu. Reformy zapoczątkowane przez Denga Xiaopinga najogólniej nazywa się właśnie wolnorynkowymi, niemniej nie jest to określenie precyzyjne. Faktycznie, chińską klasę średnią zaczyna się powoli wypuszczać na wycieczki zagraniczne, zaś dochody stają się realne. Nie zmienia to faktu, że wielkie chińskie koncerny nadal pozostają w rękach rządu. Z lekkim żalem obserwujemy jak tradycyjne marki pokroju Volvo czy IBM przechodzą w ręce wielkich koncernów z Dalekiego Wschodu i nawet nie marzymy o tym, żeby chiński rząd sprzedał zachodniej korporacji np. elektronicznego potentata Lenovo. Inna sprawa, że coraz biedniej wyglądamy przy Chińczykach i prawdopodobnie nikt nie miałby pieniędzy na pakiet większościowy, jednak trzeba być świadomym, że ekspansja obecności Pekinu na światowych rynkach jest jednostronna.

Wspominałem też już o tym, że większa część niepokojów społecznych w Państwie Środka to bunty z powodów socjalnych. Nie ma co ukrywać, że są to powstania biednych ludzi, których desperacja wywołana wyburzaniem starych domów czy klęskami żywiołowymi, znajduje ujście w wystąpieniach ulicznych. Są one celowe, mają konkretne żądania poprawy komfortu, ale za tym nie idą żadne demokratyczne postulaty. Klasa średnia, która bardzo często jest motorem napędowym demokratycznych rewolt rozrasta się bardzo szybko, niemniej z łaski i na warunkach państwa. Rząd zapewnia jej uniwersytety, miejsca pracy a także niematerialne dobra pokroju dumy narodowej. Po co się przeciwko niemu buntować? W końcu momenty chwały są w Azji związane z rządami silnych przywódców. W tej sytuacji demokracja może faktycznie się jawić jako domena mającego coraz większe problemy Zachodu.

Problem Chin i demokracji jest dzisiaj tak naprawdę trochę sztucznie rozdmuchiwany. W nadziejach na nieubłagane przyjście pluralizmu na Dalekim Wschodzie widać tak naprawdę zawód jakie doznajemy na Zachodzie. Rozczarowanie wywołane tym, że życie po upadku Związku Radzieckiego okazało się płynąć dalej, że historia się nie skończyła a w najlepsze zaczyna się nowa wielka gra z uczestnikami jeszcze groźniejszymi niż Kreml. Tak jakby Pekin miał uznać, że okcydentalizacja musi być całkowita i gdy już wszyscy będą chodzić w trójczęściowych garniturach, mieszkać w szklanych wieżowcach oraz operować językiem angielskim, ceremonialnie nadamy im konstytucję i deklarację praw człowieka. Być może większa część tego zdania to prawdziwe proroctwo, bowiem mniej lub bardziej wyboistą drogą Chiny zmierzają do dobrobytu. Mimo to, nie ujrzymy tam tego, co komentatorzy polityczni lubią nazywać "demokracją w stylu zachodnim". Państwo Środka ma znacznie kulturę polityczną znacznie starszą od naszej. Jeśli wykształci coś na kształt rządów ludu, to na pewno własnymi metodami i z odpowiednią specyfiką.

Artykuł ukazał się na portalu alt

Czytany 8806 razy Ostatnio zmieniany piątek, 11 marzec 2016 14:40