środa, 08 październik 2014 06:07

Piotr Rotter: Dlaczego nie chcemy tego robić z Chińczykami?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

china-flags976alt 

Piotr Rotter

Chiny, drugą pod względem PKB gospodarkę świata, nie łączą z Polską szczególnie mocne relacja biznesowe. Nasze firmy rocznie eksportują do Państwa Środka towary o wartości około 2 mld dol., a importują – za około 12 mld dol. Te wartości zbliżone są do polskiej wymiany gospodarczej z Czechami. Co nas dzieli, oprócz różnic kulturowych i niemal 7 tysięcy kilometrów odległości?

Eksperci warszawsko-pekińskich gospodarczych stosunków dwustronnych często zwracają uwagę na niekompetencję polskich instytucji rządowych, które nie potrafią zbudować skutecznych relacji biznesowych z Państwem Środka. Przyczyna? – Przepaść między deklaracjami a rzeczywistością – uważa Leszek Ślazyk, szef portalu chiny24.pl. Potrafimy wysyłać do Pekinu misje gospodarcze, organizować fora, ekspozycje, prezentacje i wizyty oficjalne, ale kiedy dochodzi do próby zbudowania konkretnej współpracy gospodarczej – wydaje się, że polska strona dokłada starań, aby się to nie powiodło.

Realia potwierdzają ten komentarz. Ćwierćwiecze wolnego rynku nie przyniosło Polsce inwestycji żadnej poważnej chińskiej firmy – nie licząc aktywności LiuGong Machinery w Stalowej Woli – używanej w mediach w charakterze koła ratunkowego obrońców tezy, że w bilateralnych polsko-chińskich relacjach gospodarczych jednak coś się dzieje. W tle pozostaje rezygnacja największego na świecie producenta komputerów (Lenovo) z inwestycji pod Legnicą oraz fiasko kilku kontraktów budowlanych, m.in. głośna sprawa Covecu.

– To co się dzieje we współczesnych relacjach biznesowych z Chinami obserwuję z rosnącym niepokojem – mówi Marcin Kaszuba, były wiceminister gospodarki, odpowiedzialny m.in. za azjatyckie inwestycje w Polsce. Chiny pilnie poszukują w naszej części Europy bezpiecznej przystani, w której zacumują część z kilkusetmiliardowej rezerwy dewizowej. Warszawa jest dla Pekinu naturalnym wyborem. Polska ma szansę włączyć się do tych globalnych procesów. W naszej części Europy jesteśmy najwięksi, mamy najwięcej ludności, a to się przekłada na potencjał: silne ośrodki akademickie, dwa miliony studentów i rosnącą reputację polskiej kadry. Jako jedyny kraj w Europie nie tylko uniknęliśmy recesji, ale odnotowaliśmy wzrost gospodarczy. Jesteśmy ponadto największym beneficjentem europejskich funduszy przeznaczonych na niezbędną modernizację infrastruktury i inwestycje. Dlatego jesteśmy rynkiem, na którym chińscy przedsiębiorcy mogą odnieść zdecydowanie większe korzyści niż w jakimkolwiek innym kraju. Polska może na tym skorzystać w ogromnym stopniu. Może, ale nie korzysta, zapisując kolejne rozdziały kroniki nieudanej współpracy z Chinami.

Najświeższy z nich dotyczy startu potentata energetycznego – Shanghai Electric w przetargu na budowę nowego bloku elektrowni Turów. Pierwsza odsłona konkursu ogłoszona jesienią 2010 – w dobie zapewnień polskich mediów, że Expo w Shanghaju radykalnie zmieni obraz relacji biznesowych – chińska firma zostaje wykluczona w prekwalifikacjach. W marcu 2013 r. przetarg zostaje unieważniony z powodu wygórowanych apetytów finansowych oferentów, a w czerwcu tego samego roku zostaje ogłoszony ponownie.

Mimo pięciomiesięcznego terminu na przygotowanie ofert (w poprzedniej edycji na to samo przewidziano czas dwóch lat) – Shanghai Electric decyduje się wystartować powtórnie. 5 listopada 2013 r. następuje otwarcie kopert: chińska firma wycenia budowę bloku na 3 086 881 800 złotych, konsorcjum Hitachi na 3 997 500 000, a koreański Doosan na 4 012 298 130. Budżet zamawiającego (Polskiej Grupy Energetycznej) to 2 829 000 000 złotych.

Między otwarciem kopert a oficjalnym ogłoszeniem wyników przetargu mijają cztery miesiące, podczas których Shanghai Electric odbiera liczne pozytywne opinie dedykowane swojej ofercie. Chińska propozycja wydaje się idealnie spełniać wymagania i oczekiwania inwestora. Po pierwsze: jest najbliższa budżetowi PGE przeznaczonemu na budowę bloku w Turowie. Po drugie – wobec obaw o wykonawstwo prac budowlanych Shanghai Electric proponuje powierzenie tego zadania SNC Lavalin, czyli firmie posiadającej w Polsce referencje po zbudowaniu bliźniaczego bloku o mocy 450 MW w elektrowni w Pątnowie. Po trzecie wreszcie: Chińczycy oferują turbozespół Siemensa – niekwestionowanego lidera rynku w tym zakresie. Droga do Turowa wydaje się usłana różami.

Tym większym zaskoczeniem jest informacja portalu energetycznego „Gazety Prawnej”, która donosi, że polski rząd waha się czy powierzyć kontrakt Chińczykom. Autor tekstu, przywołując widmo Covecu, projektuje trzy scenariusze: podpisanie kontraktu mimo irracjonalnych lęków, że z energetyką będzie tak jak z autostradą, ponowne unieważnienie przetargu oraz znalezienie pretekstu do wykluczenia Shanghai Electric – co w wypadku gąszczu przepisów Prawa Zamówień Publicznych nie jest trudne.

Sprawdza się scenariusz trzeci. Oficjalny komunikat PGE z 18 marca 2014 brzmi: Oferta Shanghai Electric zostaje wykluczona z powodu nie wniesienia wadium poprzez przedstawienie wadliwej gwarancji bankowej oraz odrzucona z powodu niezgodności z SIWZ. Przetarg wygrywa Hitachi – droższe o ponad 900 milionów złotych.

Dziesięć dni później Shanghai Electric składa odwołanie do Krajowej Izby Odwoławczej.

– Podyktowała to konieczność obrony dobrego imienia firmy – wyjaśnia Jakub Koszyczarek, Sales Manager SEC odpowiedzialny za biznes w Polsce. Zostaliśmy wykluczeni z przetargu, z uzasadnieniem, które wywołało niekorzystne komentarze i domysły. Nie możemy na nie pozwolić. Shanghai Electric nie tylko znajduje się w doskonałej kondycji finansowej, ale należy do najpoważniejszych światowych wykonawców bloków energetycznych. Uzasadnienie wykluczenia stawia nas w złym świetle.

23 maja odwołania Shanghai Electric oraz Doosan zostają oddalone przez KIO. Opinię prof. Romanowskiego, która kwestionuje decyzję PGE jako efekt błędnej oceny prawnej – KIO uznaje za “prywatną”. Wniosek o powołanie biegłego, który mógłby sporządzić niezależną ekspertyzę wszystkich ofert pod kątem gwarancji bankowych – Izba odrzuca. Shangai Electric pozostaje już tylko droga sądowa.

– Casus Shangai Electric odbieram jako kolejny przykład niekompetencji polskich struktur państwowych – twierdzi Leszek Ślazyk, szef portalu chiny24.pl. Niekompetencji, jaka wynika przede wszystkim z braku umiejętności właściwej oceny oraz urzędniczych obaw, z których wynika bezpieczny mechanizm: lepiej chińską ofertę odrzucić niż narazić się na jakiekolwiek kłopoty z jej powodu. Niestety. Taka jest prawda. Zwłaszcza po aferze Covecu. Tymczasem – wystarczy zadać sobie trochę trudu i poznać chińskiego partnera, aby ujrzeć zupełnie inne perspektywy biznesu z nim. Błąd uogólniania i wrzucania wszystkiego co chińskie do jednego worka – jest błędem niewybaczalnym.

10 października łódzki Sąd Okręgowy rozpatrzy skargę Shanghai Electric przeciwko decyzji KIO wynikającej z przetargu na budowę bloku w Turowie. Trudno orzec jakie będą gospodarcze konsekwencje wyroku, choć z pewnością nie wpłynie on pozytywnie na nasze relacje. Ich poprawa, przy wszystkich subtelnych różnicach kulturowych, może zająć lata.

Fot. www.chinatopix.com

Artykuł pochodzi ze strony Miesięcznika Stosunki Międzynarodowe

redagowanego przez Instytut Badań nad Strosunkami Międzynarodowymi.

Czytany 3528 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04