piątek, 22 czerwiec 2012 08:16

Paweł Felgengauer: Rosja i mała zwycięska wojna. Dlaczego Kreml wzmacnia swoje siły na Kaukazie?

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

lufa

geopolityka  Paweł Felgengauer

Powrót Władimira Putina na Kreml wyraźnie przesuwa politykę zagraniczną i obronną Rosji w stronę demonstracji agresywności, co w ogóle jest charakterystyczne dla reżimów autorytarnych w okresie wewnętrznych niesnasek. W bieżącym i zeszłym tygodniu anonimowe źródła wojskowe na wyścigi informowały, że zgrupowanie Floty Czarnomorskiej Marynarki Wojennej Rosji jest gotowe do wyjścia w kierunku Syrii, a czasami nawet – że okręty już omalże nie wyszły z Sewastopola w kierunku Bosforu. 

Na pokładzie dużych okrętów desantowych (BDK) „Nikołaj Filczenkow” i „Cezar Kunikow” ma jakoby znajdować się piechota morska a możliwe, że także i wozy opancerzone. Cel operacji to ewakuacja rosyjskich obywateli z Syrii i ochrona bazy w syryjskim porcie Tartus – naszej ostatniej awangardy poza granicami byłego ZSRS.

Ostateczna decyzja przy tym jeszcze nie zapadła, zdaje się, że nic jeszcze nie jest  przesądzone i dowództwo floty zapewnia, że BDK stoją u cumowiska, a piechoty morskiej na pokładzie nie ma i nawet zwolnienia dla załóg nie zostały odmienione. Ale nagle zastępca dowódcy Sił Powietrznych Władimir Gradusow bez ogródek obwieszcza dziennikarzom, że „lotnictwo jest gotowe do wypełnienia każdego zadania”, które wyznaczy mu Putin, w tym również i do osłony z powietrza rosyjskich okrętów wojennych w przypadku ich rejsu do Syrii.

W sumie tak powinien raportować publicznie każdy generał, który chce zostać na swoim stanowisku, ale Gradusow w jawny sposób się zapędził, jak nasi kibice w Polsce. Na Morzu Czarnym „osłonić” okręty jeszcze można, a dalej – to już tylko lotnictwo dalekiego zasięgu: Tu-95, morski wariant samolotu Tu-142 albo Tu-22M3, które w ochronie przed nieprzyjacielskim lotnictwem korzyści dają mało. Powietrznych tankowców Ił-78 w Rosji tyle co nic, nie to co u USA i ich sojuszników. Wykorzystywane są zazwyczaj w charakterze samolotów transportowych i tylko kilka razy w roku przeprowadzają operacje tankowania bombowców dalekiego zasięgu. Ił-78 stwarza wysokie turbulencje, dlatego wykorzystanie go przy tankowaniu myśliwców jest niebezpieczne i nikt tego zasadniczo nie robi. Tak więc z powietrzną ochroną będzie tak, jak w starej anegdocie. Siły marynarki wojennej może i zostaną „pokryte”, ale nie obronione… Możliwe, że Gradusow właśnie to miał na myśli.

30-40 lat temu w czasie konfliktów na Bliskim Wschodzie sowieckie siły powietrzne bazowały w regionie i nawet organizowały powietrzne mosty transportowe dla regularnego przerzutu sił i środków przez przestrzeń powietrzną sojuszników z Układu Warszawskiego i Jugosławii. A to do Syrii, a to do Egiptu. Dziś rosyjskich baz powietrznych na wybrzeżu Morza Śródziemnego nie ma, a latać tędy można tylko po uprzedniej prośbie o korytarz przez przestrzeń powietrzną NATO. Do tego najkrótsza droga do Syrii wiedzie przez Turcję, która sama stara się odsunąć reżim Bashara al-Asada w Damaszku.

Lotniskowców „na chodzie” też nie mamy. W styczniu nasz jedyny „Admirał Kuzniecow” zaszedł w Tartus, ale na jego burcie było wszystkiego 8 ostatnich sprawnych myśliwców Su-33 (ich produkcji już zaprzestano) i dwa śmigłowce Ka-27 w wariancie ratowniczym, aby wyciągnąć z wody pilota, jeśli Su-33 się do niej zwali. Teraz nie ma już nawet tego – „Kuzniecow” został odesłany do kapitalnego remontu, na praktycznie pełną przebudowę, która potrwa do 2017 roku.

„Mistrali” z bojowymi śmigłowcami Francuzi jeszcze nam nie zbudowali. Duże okręty desantowe które mamy, zbudowane wiele dziesięcioleci temu w Gdańsku, mogą dostarczyć najwyżej kilkuset piechurów i kilka transporterów opancerzonych (czołgów pływających też już nie mamy). Takie zgrupowanie nie jest w stanie przeprowadzić samodzielnych działań bojowych i nie stawi czoła nawet pełnowartościowej operacji pokojowej Zachodu: przecież wychodzić na obszar działań wojennych, a potem dostarczać wsparcie i zaopatrzenie przyszłoby nam przez Bosfor, który Turcja może w każdej chwili zamknąć.

Tak więc zdaje się, że do walk w Syrii, czy też przymuszania kogokolwiek do „pokoju”, rosyjskie kierownictwo wcale się nie zbiera. Być może planowano zrobić coś w rodzaju słynnego desantu na Prisztinę w czerwcu 1999 r., kiedy setka żołnierzy rosyjskich sił pokojowych na BTR-ach przejechała z Bośni do Kosowa w eskorcie serbskiej policji z włączonymi kogutami? Hałasu było dużo i narodowej dumy też. Jak podczas niedawnego meczu z Czechami. A ostateczny rezultat okazał się też ten sam. Samodzielnego sektora w Kosowie Rosja nie dostała, albańska większość doszła do władzy i z sukcesem ogłosiła niepodległość. A rosyjskich „mirotworców” Putin po cichu z Kosowa wyprowadził w 2003 roku.

Kiedy reżim w Damaszku upadnie (co ostatecznie jest nieuniknione) przyszły rząd sunnickiej większości przypominając sobie dostawy broni i całą resztę, rosyjską bazę w Tartus oczywiście wyrzuci. Albo wprost, albo żądając nieadekwatnej opłaty za dzierżawę. Ryzyko pochodu na Tartus jest duże: konflikt z miejscową ludnością, zagrożenie atakami terrorystycznymi, i bardzo prawdopodobna konfrontacja z Zachodem. Na koniec przyjdzie odpełznąć, jak nasi piłkarze z Polski.

Reżimowi Putina potrzeba całkiem nie tego, ale donośnego sukcesu polityki zewnętrznej i poniżenia Zachodu, co powinno wywołać silną patriotyczną mobilizację i rozpad „białego” ruchu protestacyjnego. W Syrii natomiast można mocno i całkiem nie po dziecięcemu oberwać. Dlatego zaryzykuję tezę, że jeśli jest rozpatrywany wariant małej, zwycięskiej wojny, to alternatywny wobec tej w Syrii – ze znacznie łatwiejszym do przewidzenia rezultatem.

Od grudnia coraz większym strumieniem płyną całkowicie oficjalne informacje o gorączkowym przezbrojeniu wojsk i lotnictwa w Południowym Okręgu Wojskowym (POW) na Północnym Kaukazie. Wojska lądowe POW są już według doniesień w 65-70 procentach wyposażone w nowoczesne środki łączności i wozy bojowe (czołgi T-90A i T-72BM, BMP-3, i BTR-82A), a lotnictwo zostało przezbrojone w prawie 100 procentach. Przy czym współczynnik wyposażenia w sprzęt uznawany za nowoczesny w całych rosyjskich siłach zbrojnych wynosi tylko 16%. Na kaspijskim wybrzeżu Dagestanu został dyslokowany mobilny brzegowy kompleks przeciwrakietowy „Bal-E”  o zasięgu 120 km, a na czarnomorskim wybrzeżu Kaukazu – kompleks „Bastion” z ponaddźwiękową rakietą przeciwokrętową „Jachont” o zasięgu 300 km. Dla przykładu bazę najnowszych strategicznych okrętów podwodnych na Kamczatce ochrania tylko stary odpowiednik „Bastiona” – kompleks „Redut”.

Na swoją pierwszą wizytę w jednostce wojskowej po inauguracji Putin wybrał się w zeszłym tygodniu właśnie do Południowego Okręgu Wojskowego, do 393 bazy lotniczej w mieście Korienowsk w kraju krasnodarskim, gdzie przeprowadził inspekcję najnowszego sprzętu lotniczego i odbył naradę na temat przezbrojenia sił powietrznych. Praktycznie jednocześnie Sztab Generalny i MSZ zaczęły mówić o „gruzińskim rewanżyzmie” – tj. obwinili Tbilisi o przygotowania do nowej wojny, a Zachód o dawanie zachęty potencjalnemu „agresorowi”. Według oświadczenia rosyjskiego MSZ-u „wysoko postawieni amerykańscy przedstawiciele znów wydają głośne oświadczenia wspierające M. Saakaszwilego, słowo w słowo powtarzając tezy jego propagandy o ‘rosyjskiej okupacji Gruzji’”.

Jednocześnie wyraźnie zaostrzyła się sytuacja wzdłuż linii zawieszenia broni w Karabachu, gdzie w pierwszej połowie czerwca, według różnych źródeł, zginęło w walce od 10 do30 ludzi. Ostrzały miały też miejsce poza Karabachem, na granicy armeńsko-azerbejdżańskiej. Jako że na linii zawieszenia broni ustanowionej w 1994 roku nie ma żadnych stałych i neutralnych obserwatorów czy też stref zdemilitaryzowanych,  obie strony wzajemnie się obwiniają. Kto ma rację – ustalić jest bardzo trudno.

W tym roku upływa okres dzierżawy radaru (jeszcze sowieckiej konstrukcji) systemu ostrzegania o ataku rakietowym w Gabali i Baku już zażądało zwiększenia opłaty za dzierżawę z 7 do 300 mln dolarów, co w Moskwie wywołało dzikie rozdrażnienie. Armenia w odpowiedzi zaproponowała bezpłatne umieszczenie nowego radaru u siebie. Równocześnie w stosunku do tego jak pokojowe rozwiązanie konfliktu w Karabachu staje się coraz bardziej problematyczne, obie strony próbują przeciągnąć Rosję na swoją stronę, wykorzystując wpływ swoich narodowych diaspor w Moskwie.

Ormianom na razie wychodzi to lepiej, Armenia jest członkiem Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym i na jej terytorium znajduje się rosyjska baza z wojskiem i lotnictwem. Ale żaden naziemny tranzyt z Rosji do Armenii nie istnieje, ani przez Azerbejdżan, ani przez Gruzję, co dla Moskwy w długoterminowej perspektywie jest nie do przyjęcia. Jeśli sytuacja na armeńsko-azerbejdżańskiej granicy jeszcze się zaostrzy, Rosja może zażądać od Gruzji korytarza dla transportu posiłków do Armenii i w przypadku praktycznie nieuchronnej odmowy posunąć się do wypełnienia sojuszniczych zobowiązań bez zaproszenia.

Na Zakaukaziu nie ma nierozwiązywalnych problemów z odległością od teatru działań wojennych – nie to co w przypadku Syrii. Bazy lotnicze znajdują się w samym Południowym Okręgu Wojskowym, wojska, uzbrojenie i magazyny polowe – wszystko jest już jakby przygotowane. Od gruzińskich żołnierzy nie oczekuje się żadnych niespodzianek, całkiem jak od Greków w piłce nożnej. Widocznie komuś się wydaje, że przez jedno szybkie uderzenie Gruzja może zostać oczyszczona od amerykańskich wpływów i przestanie domagać się członkostwa w NATO. Armenia zostanie silniej związana a i Azerbejdżan nigdzie już się nie ruszy. Za to gazo- i ropociągi wychodzące z basenu Morza Kaspijskiego znajdą się pod należytą kontrolą, do Karabachu wejdą rosyjscy „mirotworcy” umacniając nowy status quo. W Moskwie wzmocni się reżim osobistej władzy Putina, a USA z ich sojusznikami niech zajmują się Syrią i Iranem na zdrowie…

Za „Nowaja Gazieta”. Tłum. KRESY.PL Fot.: sxc.hu Publikacja za zgodą logo_kresy

Czytany 7032 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04