czwartek, 28 lipiec 2011 09:39

Michał Lipa: Niepokoje na przyczółku

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

jemen  Michał Lipa

Pomijany przez media Jemen jest ważny nie tylko dla Waszyngtonu, Arabii Saudyjskiej czy Iranu. Zainteresowana jest nim także Al-Kaida. geopolityka

Zachodnia część obecnego Jemenu, niegdyś starożytne królestwo Saby, zapomniała o dawnej świetności. Dziś jest to targany wewnętrznymi konfliktami obszar (zaliczany do najbiedniejszych państw świata), który stał się – obok „upadłej” Somalii – bliskowschodnim przyczółkiem Al-Kaidy.

 

Koniec dyktatury

Bezrobocie przekracza 30 procent. Bieda i niedorozwój ekonomiczny łączą się z niebywałym, nawet jak na warunki arabskie, przyrostem naturalnym. Średnia wieku to osiemnaście lat, co roku przybywa ponad dwa procent ludzi, a alfabetyzacja obejmuje jedynie połowę plemiennie podzielonej populacji. Gdyby nie Stany Zjednoczone i Arabia Saudyjska, Jemen stałby się rajem dla ekstremistów.

Całym tym bałaganem rządził do tej pory autokrata Ali Abdullah Saleh, któremu kraj zawdzięcza zarówno zjednoczenie (w 1990 roku), jak i skorumpowany system polityczny oraz gospodarkę zależną od resztek ropy naftowej, portu w Adenie i międzynarodowej pomocy finansowej. To przeciwko niemu w lutym 2011 roku wybuchły protesty inspirowane wydarzeniami w Tunezji i Egipcie, choć należy pamiętać, że Jemeńczycy protestują od lat (z marnym skutkiem). Efektem było zapewnienie, że to już ostatnia jego kadencja władza przejdzie w inne ręce. Nie pomogło. Protesty przybrały zbrojną formę (na 24 miliony ludzi przypada 60 milionów karabinów), a sam prezydent został poważnie ranny w trakcie walk, do których doszło na początku czerwca 2011 roku. Opuścił kraj więc i udał się na leczenie do Arabii Saudyjskiej, gdzie „wypoczywa” też były prezydent Tunezji, co opozycjoniści odczytali jako przejaw ich triumfu. Wyjazd prezydenta wcale nie oznacza, że będzie lepiej, choć młodzi jemeńscy demonstranci żywią nadzieję, że kres miękkiej dyktatury Saleha nie przerodzi się w rządy Al-Kaidy.

Jemen (podobnie jak Libia) jest tworem młodym i kruchym, w którym istotną rolę odgrywają relacje pomiędzy głównymi konfederacjami plemion (zwłaszcza z północy) a reżimem. Jest to zjawisko stare – już dawne jemeńskie królestwa opierały się na supremacji monarchów, których władza była instytucjonalnie ograniczona przez rady składające się z przywódców plemiennych. Przez wieki wypracowano mechanizm oparty na konsultacjach między politycznym centrum a plemionami, który sprawił, że instytucja państwa nigdy nie była silna, ponieważ równoważyły ją (jak to stwierdził wybitny amerykański socjolog Charles Tilly) alternatywne ośrodki władzy. Dynamikę jemeńskiej polityki określa rywalizacja tychże aktorów. Słabość państwa i relatywna siła plemion sprzyjały mieszaniu się w sprawy Jemenu obcych państw. W ostatnich stuleciach były to: imperium osmańskie, Wielka Brytania, Związek Radziecki oraz kraje arabskie.

Plemiona kontra Państwo

Zarówno w północnym (częściowo szyickim), jak i południowym (sunnickim) Jemenie dominują po dwie konfederacje plemion. Na urodzajnym południu – gdzie przynależność plemienna jest o wiele słabsza – są to Himiar oraz Madhhij, a na górzystej północy – gdzie przynależność wciąż jest silna – mamy do czynienia z ważnymi konfederacjami Hashid i Bakil. Szczególnie północni władcy musieli stosować wobec plemion taktykę „dziel i rządź”. Wówczas też narodziła się wykorzystywana do dziś metoda wano w rozgrywkach władcy z niesubordynowanymi przywódcami plemion (porywano członków rodzin wpływowych szejków).

Podobnie było w drugiej połowie XX wieku, kiedy w starciach z plemionami północnojemeńska republika poznała ich siłę (południe było bardziej nowoczesne). Pomimo że rządowi zależało na osłabieniu trybalizmu, liderzy plemienni skutecznie infiltrowali instytucje państwowe, osłabiając je i wykorzystując do własnych celów. Nie mieli przy tym oporów, aby – przy okazji – korzystać z saudyjskiej pomocy, dzięki czemu Rijad kontrolował południowego sąsiada. Zjednoczony w 1990 roku Jemen krótko cieszył się demokratycznym pluralizmem.

W 1994 roku wybuchła wojna domowa, która zakończyła się ograniczeniem politycznych wpływów socjalistycznych elit z południa (te niedawno utraciły moskiewskiego patrona). Tryumfował Saleh, wcześniejszy prezydent Arabskiej Republiki Jemenu (północnego), a osłabione plemiona południa ponownie rosły w siłę, dogadując się – ponad głowami polityków – z kolegami z północy. Jednym ze skutków wojny domowej było odrodzenie jemeńskiego trybalizmu, występującego w opozycji do elit państwowych, którym liderzy plemienni nigdy nie ufali.

Z drugiej strony, instytucje jemeńskiego państwa same stały się areną politycznej rywalizacji plemion, które opanowały parlament oraz wątły system partyjny. Przykładowo, dzisiejszy konkurent Saleha to Sadiq al-Ahmar, syn Abdullaha al-Ahmara, szefa islamistycznej partii Islah i wcześniejszego lidera konfederacji Hashid. Wywodzi się z niej sam dyktator oraz główne figury w państwie. Po śmierci ojca w 2007 roku syn objął przywództwo w konfederacji. Początkowo żył z Salehem w dobrej komitywie, przynajmniej do czasu niedawnego wybuchu masowego protestu, po czym – widząc szansę na przejęcie władzy – wystąpił przeciw prezydentowi. Sprzyjała temu likwidacja wspólnego wroga: szyickiej rebelii na północy kraju, zdławionej w 2010 roku.

Wybuch społecznego niezadowolenia, z jakim zderzył się autorytarny reżim Saleha – podyktowany katastrofalną sytuacją ekonomiczną i niekontrolowanym przyrostem demograficznym – nałożył się na personalną rywalizację dwóch osób wywodzących się z tej samej konfederacji (prezydenta Saleha i szejka Al-Ahmara). Zarówno Jemeńczycy, jak i przedstawiciele plemiennej kontrelity wypowiedzieli posłuszeństwo prezydentowi (rządzącemu od 1978 roku), który utracił poparcie części społeczeństwa oraz niektórych dotychczasowych popleczników. Gdyby nie fakt, że Jemen odgrywa ważną rolę w zwalczaniu Al-Kaidy oraz w zapewnieniu bezpieczeństwa Arabii Saudyjskiej, zarówno Amerykanie, jak i Arabowie pozwoliliby się Jemeńczykom wykrwawić. Prezydent cieszy się jednak poparciem Waszyngtonu i Rijadu w związku z bezkompromisową walką z ekstremistami. Nie jest więc powiedziane, że Saleh – po wyzdrowieniu – nie powróci do Jemenu, aby rozprawić się z przeciwnikami. Tym bardziej że wciąż cieszy się poparciem niektórych plemion – rywalizujących z frakcją Al-Ahmara oraz wsparciem saudyjskim. Ma przy sobie także armię, którą dowodzą członkowie jego rodziny.

Młot i kowadło

Dochodzimy zatem do sedna jemeńskiej układanki. Sana odgrywa zbyt ważną rolę w zagranicznej strategii Stanów Zjednoczonych oraz Arabii Saudyjskiej, aby dopuściły one do przejęcia władzy przez nieodpowiednich ludzi (czytaj: Al-Kaidę). Plemiona są przekupne, a opozycyjne ugrupowanie Islah ma fundamentalistyczny profil, co wystarczy, aby Waszyngton i Rijad nie szczędziły środków na osiągnięcie pożądanego celu. Tym bardziej że Jemen to biedne i mało samodzielne państwo, którym łatwo sterować za pomocą kija i marchewki. Jeśli one nie przejmą kontroli, zrobi to Al-Kaida lub na przykład szyiccy separatyści, z czego ucieszyłby się Iran, który od lat próbuje osłabić wpływy Arabii Saudyjskiej na Półwyspie Arabskim. Tak przynajmniej myślą ci, którym na sercu leży powrót Saleha do władzy.

Jak twierdzi James Spencer na łamach „Foreign Affairs”, zagrożenie ze strony Al-Kaidy zostało wyolbrzymione, co wykorzystywał prezydent Saleh w zwalczaniu politycznych przeciwników, których obawia się bardziej niż spadkobierców Osamy bin Ladena. Inni obserwatorzy uważają jednak, że niektóre plemiona udzielają dżihadystom schronienia i pomocy. Nie kierują się przy tym żadną ideologią, a doraźnymi korzyściami, więc przy odpowiednim podejściu (przekupstwie) łatwo można przeciąć kruche połączenia między terrorystami a lokalnymi szejkami.

Al-Kaida nie ma więc większych szans na Półwyspie Arabskim, a jej spektakularna porażka jest tylko kwestią czasu. Aby jednak takie państwa jak Jemen stały się stabilne, potrzebne jest wsparcie silnych protektorów – Stanów Zjednoczonych i Arabii Saudyjskiej. Jemen to nie Egipt czy Tunezja, których struktury państwowe są silne. Przypomina raczej Afganistan, gdzie władza państwowa ogranicza się do Kabulu. W takich krajach sama demokracja nie wystarczy. Potrzebne jest silne państwo.

Artykuł ukazał się w numerze 26-27/2011 (752-753) tygodnika alt

Czytany 4916 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04