wtorek, 02 kwiecień 2013 09:06

Michał Jarocki: Topnieją lody na Bliskim Wschodzie

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Jarocki_Turcja_Izrael  Michał Jarocki

Zaprawdę to niesamowite, jak wspólny wróg może skłonić nawet najbardziej zajadłe wobec siebie państwa do nawiązania współpracy. Relacje Izraela i Turcji nigdy nie były bowiem idealne. Co prawda jeszcze nie tak dawno obydwa podmioty współpracowały ze sobą dość namiętnie zarówno na poziomie politycznym jak i wojskowym. Niemniej jednak w bilateralnych relacjach stron zawsze dawało się odczuć pewien dystans oraz nieskrywaną nieufność.

Balon współpracy pękł dosyć szybko. W maju 2010, gdy izraelscy komandosi starali się zatrzymać transport pomocy humanitarnej płynący w kierunku Gazy, przez przypadek zastrzelili też dziewięciu Turków. To wystarczyło, aby czara goryczy się przelała, a niedawny jeszcze sojusz został rozerwany na strzępy. Ankara oskarżyła Tel Awiw o bezprawne i niezgodne z prawem międzynarodowym działanie. Zażądała też oficjalnych i mocnych przeprosin ze strony Izraelczyków. Co naturalne, ci drudzy ani myśleli się na to zgodzić, argumentując że wojskowy się jedynie bronili przed atakiem załogi statku, na który właśnie się desantowali.

To make the long story short, relacje pomiędzy Ankarą i Tel Awiwem pogorszyły się w sposób wyraźny. Dość rzecz, że wręcz cofnęły się w kilka lat wstecz, o czym chociażby świadczy fakt wycofania do krajów ambasadorów poszczególnych stron. Na długie lata „w eterze” zapanowała cisza, a nawet nieukrywana zimna wojna, w której każde z państw starało się dalej realizować swe interesy w pojedynkę, nie rezygnując jednocześnie z okazji grania na niekorzyść niedawnego sojusznika.

Jeszcze do niedawna wydawało się, że ten stan rzeczy będzie obowiązywał przez długie lata. Na ile duże było więc zdziwienie pobocznych obserwatorów, kiedy przez kilkoma dniami w świat poszła informacja o szczerej rozmowie pomiędzy premierami obydwu stron, Benjamina Netanyahu i RecepaTayyipa Erdoğana. Ten pierwszy miał oficjalnie przeprosić za wydarzenia z 2010, spełniając podstawowy warunek Turków przed rozpatrzeniem przez nich „możliwości” ewentualnej odwilży w stosunkach izraelsko-tureckich.

Co więcej, strona izraelska poszła za ciosem i zgodziła się nawet na wypłacenie odszkodowania rodzinom ofiar z 2010. W poniedziałek rozpoczęły się nawet pierwsze międzyrządowe rozmowy w tej sprawie. Warunek drugi - głoszony przez Erdoğana od lat - ma więc realną szansę na spełnienie. Jeżeli Tel Awiwowi nie zabraknie energii i uda mu się także uczynić jeszcze jeden krok w kierunku ułożenia się z Ankarą, odbudowana dwustronnych relacji stanie się bardzo realna.

Czym miałby być ten ostatni wysiłek Tel Awiwu? No tu sytuacja się już nieco komplikuje. Strona turecka domaga się bowiem, aby Izrael zniósł embargo na wszystkie towary wysyłane do Strefy Gazy przez zaprzyjaźnione z Palestyńczykami podmioty. Warto dodać, że w chwili obecnej zakazem eksportu do Gazy objęte jest już relatywnie miało produktów. Zdaniem Izraelczyków są one jednak o tyle problematyczne, że z łatwością mogą zostać wykorzystane do montażu różnorakich systemów bojowych, mogących zagrozić bezpieczeństwu Izraelczyków oraz ich państwa jako całości.

Wiosenna odwilż?

Co jednak sprawia, że po kilku latach stagnacji coś w stosunkach pomiędzy Izraelem i Turcją drgnęło? Czy to nagły napływ wyrzutów sumienia, którzy skłonił Netanyahu do oficjalnych przeprosin za akcję 2010? A może zwyczajna tęsknota Erdoğana za sympatycznymi spotkaniami z izraelską elitą polityczną? Żadna z tych rzeczy! Odpowiedź nie jest jedna zbytnio skomplikowana. Ba, jest wręcz banalna. Jest nią zwykły ludzki pragmatyzm.

Dla lepszego zrozumienia tej tezy warto wziąć pod uwagę skalę wydarzeń w nieodległej tematycznie Syrii, które już dawno przestały ograniczać się siłą swego oddziaływania do granic tego państwa. Zarówno Izraelczycy jak i Turcy zdają sobie bowiem sprawę z faktu, że trwająca już ponad dwa lata syryjska wojna domowa może stanowić bardzo duże zagrożenie dla ich bezpieczeństwa wewnętrznego. Dlaczego?

Z bardzo prostego powodu. Tel Awiw na ten przykład obawia się, że w skutek zaangażowania się w walki z wojskami reżimu Baszara al-Asada, libański Hezbollah urośnie w siłę do tego stopnia, że będzie w stanie prowadzić skuteczne, a co za tym idzie także i śmiercionośne, operacje bojowe przeciwko Izraelowi. O realności tych obaw świadczy fakt, że wielu bojowników tej organizacji od miesięcy nabiera już doświadczenia bojowego w Syrii. Na domiar złego, są oni nieustannie dozbrajani przez pro-asadowski Iran oraz to, co wpadnie im w ręce np. w wyniku przejmowania wyposażenia wojskowego sił reżimowych.

Ponadto, władze w Tel Awiwie jako niezwykle realne traktują zagrożenie infiltracji swego terytorium przez coraz aktywniejszych w Syrii ekstremistów, którzy dawno już zdominowali szeregi syryjskiej opozycji. Z tego względu izraelskie władze nawołują od jakiegoś czasu do wzmocnienia własnych wojsk stacjonujących na terenie spornych Wzgórz Golan, które powszechnie uznawane są za najbardziej prawdopodobny kanał przerzutu islamistów do Izraela. Sam Netanyahu nawoływał nawet niedawno do budowy liczącego 70 km systemu zapór, mającego uszczelnić izraelsko-syryjską linię demarkacyjną na Wzgórzach, pełniącą jednocześnie rolę nieformalnej granicy.

Z nie mniejszymi obawami na rozwój wydarzeń w Syrii patrzy Ankara. Podobnie jak Izraelczycy, także i Turcy obawiają się, że syryjski konflikt wewnętrzny może w łatwy sposób przelać się na ich terytorium. Co istotne, obawy te nie dotyczą tyle tradycyjnie już problematycznego tematu rebeliantów kurdyjskich (ci mieli nawet w ostatnich miesiącach przejawiać wolę zawarcia porozumienia pokojowego), co aktywnych w kraju ugrupowań ekstremistycznych. Turcja obawia się, że ewentualna wygrania rebeliantów w Syrii (wśród których tak silne są przecież podmioty islamistyczne), zachęci własnych radykałów do podobnej próby przejęcia władzy w kraju. A nawet jeżeli nie przejęcia samych rządów, to przynajmniej wyraźnego zdestabilizowania obecnego porządku polityczno-publicznego.

Wyraźnie widać więc, że obydwie strony dostrzegają potencjał w próbie odbudowania wzajemnych relacji. Zarówno Tel Awiw jak i Ankara mają bowiem świadomość wspólnego zagrożenia, jakie stwarza dla nich dwuletni konflikt w Syrii. Z pewnością niemały udział w całym procesie ponownego „jednoczenia” Turków z Izraelczykami miał też Waszyngton.

Tajemnicą Poliszynela jest bowiem to, że Baracka Obama usilnie nakłaniał Netanyahu na wykonanie pierwszego kroku w kierunku pojednania z Turcją i ponownego nawiązania współpracy. Naturalnie, Amerykanin nie robił tego bezinteresownie. USA są świadome tego, że chcąc angażować relatywnie mało środków własnych, będą potrzebowali pomocy ze strony regionalnych potęg, aby liczyć na wygaszenie wojny domowej w Syrii lub chociaż zminimalizowanie jej negatywnych reperkusji dla regionalnego i międzynarodowego systemu bezpieczeństwa.

Tekst został opublikowany równiez na portalu stosunki.pl

Czytany 5873 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04