poniedziałek, 17 marzec 2014 06:01

Konrad Rękas: USA - Nowa Kartagina, czy alternatywny Kontynent?

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

carthago   geopolityka   Konrad Rękas

Popularna zwłaszcza wśród zachodnich badaczy historii cywilizacji analogia USA z imperium rzymskim (zwłaszcza w jego schyłkowym stadium) jest o tyle nietrafiona, że w istocie ewolucja geopolityczna oraz społeczno-ustrojowa Ameryki (zwłaszcza w okresie ostatnich 100 lat) przypomina raczej alternatywną wersję historii, w której nie Rzym, lecz Kartagina wygrywa wojny punickie [1].

Z dzisiejszej perspektywy Stany Zjednoczone wydają się klasyczną talassokracją, a więc systemem, w którym (uogólniając) dostrzegamy: przewagę interesów morskich (globalnych) nad lądowym (wewnętrznymi); dominację interesów gospodarczych nad politycznymi; a w obrębie gospodarki wytwórczość znajdujemy jako funkcję handlu i obrotu kapitałem. USA mają więc cechy typowe dla państw nazywanych potocznie w nauce "Oceanem", czyli historycznie np. Kartaginy i Wielkiej Brytanii. Z kolei państwa umownego „Kontynentu” (czy w istocie „Kontynentów”) – determinowane przez zajmowanie obszaru o przewadze lądu nad morzem, w równie dużym uproszczeniu charakteryzuje się przez podkreślenia przewagi czynnika politycznego nad gospodarczym i produkcyjnego nad handlowym (co znacznie bardziej pasuje do historycznego opisu imperium rzymskiego, Świętego Cesarstwa z wizją Europy Universalis, ale też państwa Czyngis-Chana czy Związku Radzieckiego).

Serce Lądu czy Wielkie Równiny

Już nawet z tego schematycznego zestawienia widać, że patrząc na całość historii USA nie można zapominać, że zarówno u swego zarania, jak i niemal przez cały wiek XIX młode państwo amerykańskie stanowiło jedne z może nie głównych, ale z pewnością bardziej uciążliwych przeciwników ówczesnego morskiego imperium światowego, czyli Wielkiej Brytanii i to zachowując cechy jak najbardziej „kontynentalne”. Zachodził w tym przypadku interesujący proces, często pomijany przez eurazjatycko-centrycznych geopolityków, związany z kształtowaniem się wizji „alternatywnego Kontynentu”, wolnego od dzielących Stary Świat takich odwiecznych problemów, jak rywalizacja o Serce Lądu, czy walka coraz bardziej uświadamiającej swoją „oceaniczność” Brytanii z coraz słabszymi próbami utrzymania kontynentalnej jedności „Kontynentu” w jego zachodniej, post-rzymskiej odmianie.

Formułując własne postulaty geopolityczne – Stany Zjednoczone w jakiś sposób jednak powtarzały drogę eurazjatycką, tylko dostosowując ją do własnych potrzeb i realiów geograficznych. W tej też roli USA, nie wspierając bynajmniej interesów kolonialnych, mających ratować potencjał mocarstw kontynentalnych mających morskie aspiracje – jednocześnie konsekwentnie starały się eliminować, czy przynajmniej równoważyć na terenie obu Ameryk wpływy brytyjskie, stojące za procesami dekolonizacji, czy szeregiem przewrotów ustrojowych mających zapewnić petryfikację lokalnych systemów społecznych, przy upodobnieniu systemów politycznych do brytyjskiego wzorca quasi-konserwatywnej republiki oligarchicznej, oczywiście kompradorskiej wobec imperialnej centrali.

W tym kontekście można i należy widzieć też wojnę secesyjną, w której paradoksalnie to siły (tak sentymentalnie dziś lubianego przez tradycjonalistów wszelkiej maści) Południa służyły obiektywnie geopolitycznym interesom brytyjskim, podobnie jak i samodzielnego geopolitycznie charakteru nie miała meksykańska eskapada Napoleona III (trwale niezdolnego do wyzwolenia się spod dominacji Londynu, mimo świadomości niekorzystnego dla Francji charakteru tej zależności). Nieprzypadkowo zresztą po stronie Waszyngtonu, spośród mocarstw, jednoznacznie opowiedziała się jedynie Rosja, wówczas jeszcze wahająca się (w realiach Wielkiej Gry eurazjatyckiej) nad wyborem swej geopolitycznego przeznaczenia.

Z drugiej jednak strony warto dodać, że choć geopolitycznie Skonfederowane Stany Ameryki stanowiły mniej lub bardziej uświadomioną w Richmond ekspozyturę interesów brytyjskich, to jednak preferowany na Południu system społeczno-gospodarczy, a także dążenie do realnej re-federalizacji Unii, gdyby okazało się skuteczne w jednym organizmie politycznym, bez jego podziału – stanowiłyby pewne zabezpieczenie przed pokusą zajęcia przez USA globalnej pozycji zajmowanej ówcześnie przez Brytyjczyków, co jak wiemy ostatecznie niestety nastąpiło...

Od Big Stick przez „Lusitanię” i Pearl Harbor po Suez

Kiedy więc wydarzył się przełom?
Jeszcze przed cezurą przystąpienia do Wielkiej Wojny warto wskazać na odmienność jaka w polityce amerykańskiej zaznaczyła się już podczas wojny z Hiszpanią. Tylko pozornie stanowiła ona logiczną konsekwencję ortodoksyjnie rozumianej doktryny Monroe i eliminowania wpływów zewnętrznych z kontynentu amerykańskiego. W istocie mieliśmy jednak do czynienia z pierwszą wojną imperialną, toczoną przez rodzące się mocarstwo oceaniczne, identyfikujące zatem swych przeciwników wg tego samego klucza, co Brytyjczycy. Również postępująca aktywność Amerykanów na Pacyfiku, na Hawajach, w Japonii – świadczyła o odnajdywaniu się w nowej roli, wyjściu poza schemat oraz ograniczenia „alternatywnego Kontynentu” na rzecz przyjęcia roli „Nowego Oceanu”.

Jak Kartagina zajęła miejsce Fenicji – tak Amerykanie szykowali się już do uzupełnienia, a następnie zastąpienia Brytyjczyków w globalnym władaniu oceanicznym. Warto zauważyć płynność, niekonfrontacyjność całego procesu, charakterystyczną raczej dla przejęć i fuzji na rynkach finansowych, niż wstrząsowych typowych dla przemian politycznych i następowania imperiów. W przypadku talassokracji, oligarchia rządząca dokonuje bowiem jedynie analizy ryzyka, zestawiając możliwe scenariusze optymalizacji zysków i redukcji kosztów – bez sentymentów przenosząc swe kapitały (tak dosłownie, jak przenośnie) to lepiej rokującego biznesu.

Paradoksalnie więc Wielka Brytania wywołała i teoretycznie wygrała dwie wojny światowe dla ostatecznego triumfu „Oceanu” nad groźbą zdefiniowania się na nowo „Kontynentu”, ale wygrała je już nie dla siebie, tylko dla nowego ośrodka, wybranego na centrum globalnej tellulokracji. Co gorsza zaś dla tego projektu, organizm kontynentalny nie mógł zostać całkowicie opanowany, ani zdezorganizowany, funkcjonując, funkcjonując najpierw w ramach Bloku Wschodniego, a obecnie odradzając w ramach Unii Eurazjatyckiej. To z kolei jedynie przyspieszyło tempo przechodzenia Ameryki już wprost na pozycje globalne i oceaniczne, w efekcie czego z jednej strony realizuje ona swe interesy na obszarze całej planety, jednak nie może i nie chce zapewnić sobie wyłącznego panowania nawet na własnej półkuli, której pewna część wyemancypowała się, czy stara uniezależnić od dominacji Waszyngtonu, zajmującego się swym nowym (w perspektywie dziejowej) panowaniem.

Czy losy Ameryki dowodzą zatem, że mimo wszystko geopolityka nie determinuje polityki, albo inaczej – że można zmienić swe uwarunkowane geograficznie przeznaczenie?

Z jednej strony odpowiedź może być twierdząca, uzależniająca taką możliwość od osiągnięcia pewnego potencjału, stawiającego faktycznie pytanie o dalszy kierunek rozwoju. Jednocześnie jednak należy pamiętać, że sytuacja Stanów Zjednoczonych jest o tyle wyjątkowa, że przy traktowaniu obu Ameryk jako „alternatywnego Kontynentu” – USA znalazły się w sytuacji, jaka w Starym Świecie nie znalazła się niczyim udziałem, poza może krótkim epizodem mongolskim. Z opanowanym własnym Sercem Lądu, czyli dającym ogromny potencjał Środkowym Zachodem i Kalifornią, ze spacyfikowaną „własną Europą” czyli Południem i Wschodnim Wybrzeżem oraz uchwyconymi peryferiami – USA stanęły przed naturalnym dla każdego imperium wyzwaniem do walki o światowe przywództwo. Czy jednak musiało ono być realizowane akurat w kształcie raczej Związku Morskiego, niż Symmachii Peloponeskiej, z „twardą” hegemonią oraz właśnie przy wewnętrznym przyjęciu cech oceanicznych? Warto zaznaczyć, że np. Związek Radziecki, podejmując rywalizację z USA na forum globalnym – nie zatracił niczego ze swych cech kontynentalnych, a więc to nie walka o światowe przywództwo wymusiła na Amerykanach porzucenie wizji „alternatywnego Kontynentu” rzecz Nowej Kartaginy.

Katon, Scypion, Numidowie i płacz kartagińskiego kapłana

No dobrze, powie czytelnik, ale co wynika z tego, że autor uparł się używać tych dziwacznych haushoferowskich określeń i dowiódł sobie, że Ameryka jest Kartaginą, choć kiedyś nią nie była?

Oczywiście, narzucającą się analogią byłoby stwierdzenie, że skoro mamy talassokrację, to musi jednak wygenerować się i tellulokracja o odpowiednim potencjale, bowiem obszar geopolityczny nie zna i nie znosi pojęcia próżni. Czy jednak nie jest możliwy inny scenariusz – ponownego przeformatowania swej pozycji geopolitycznej przez Stany Zjednoczone i ich powrotu do roli „alternatywnego Kontynentu” w środowisku multipolarnym (co od lat postuluje część tamtejszych paleo-konserwatystów, ale i środowisk tożsamościowych, odrzucających oceaniczny kierunek ewolucji jako szkodliwy bądź wprost prowadzący ku zgubie)?

Historyczna Kartagina takiej szansy nie miała, obecne USA wciąż jeszcze teoretycznie zachowują potencjał pozwalający na powrócenie w ramy własnej geopolityki, nie zaś realizacji celów „neo-Kartagińczyków”. Można jednak wątpić, czy bez wstrząsu z zewnątrz Amerykanie będą w stanie się wyzwolić. Dlatego także w ich własnym interesie jest, by „Carthaginem delendam esse”.

Fot. www.tunis.nl

_______________________________________
1. Por. np. Peter Bender Ameryka Nowy Rzym, 2006. Tymczasem w nauce i publicystce rosyjskiej analogia amerykańsko-kartagińska jest silnie ugruntowana (por. np. Władymir Timakow), a nieliczne głosy odmienne, wywodzące się ze środowisk demoliberalnych, motywowane są raczej wewnątrz rosyjską debatą polityczną, a przez krytyków uznawane także za przejaw ulegania propagandzie Zachodu.

Czytany 4295 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04