wtorek, 17 grudzień 2013 18:24

Konrad Rękas: Tylko piramidy są niezmienne

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

pyramids  Konrad Rękas

Każdy dziennikarz jest jednoosobową encyklopedią, która wie wszystko, a czego nie wie – to wymyśli. Zebranie w jednym miejscu 101 takich besserwisserów, z całym ich narcyzmem i egotyzmem wydawało się po pierwsze niemożnością, a po drugie prostą receptą na oczywistą klapę. A jednak Stowarzyszeniu Polskich Mediów się udało!

I nie chodzi o wywiezienie setki osób na osiem dni do pięciogwiazdkowego hotelu nad Morzem Czerwonym, ale o fakt, że skutkiem tej studyjnej wyprawy już stało się kilkanaście, a wkrótce zapewne kilkadziesiąt bardzo różnorodnych form dziennikarskich, dokumentujących sytuację nie tylko branży turystycznej, ale sytuacji społeczno-gospodarczej Egiptu pod koniec 2013 r. 

Opatrzona twarz Mubaraka

Dwie fale tzw. rewolucji – jak lubią kolejne wystąpienia na placu Tahrir nazywać sami Egipcjanie – dowodzą, że faktycznie wiele się musi zmienić, żeby niemal wszystko zostało po staremu. Pewnie, że do epoki Hosniego Mubaraka wprost nie ma powrotu, co symbolizuje spalony i utrzymywany w stanie trwałej ruiny gmach władz byłej Partii Narodowo-Demokratycznej, straszący tuż przy Muzeum Kairskim. To memento, że stare nie wróci, a dokładniej – że dawne elity zrozumiały popełnione błędy, w tym zwłaszcza nadmierną alienację i zamknięcie na aspiracje bogacących się od dwóch dekad (a w każdym razie od ostatniego poważnego kryzysu w 1997 r.) grup społecznych. Wzrost siły ekonomicznej, któremu nie towarzyszy zwiększenie wpływów politycznych – jest od wieków czynnikiem na rzecz zmiany układu władzy, który w połączeniu z odpowiednio wyczutymi, inspirowanymi oraz wykorzystywanymi nastrojami masowego niezadowolenia, przy korzystnej atmosferze międzynarodowej – doprowadza do wymiany elit. Nadmiernie zużyta twarz H. Mubaraka, sprawującego władzę nad Nilem od lat 1980’ przeszkadzała więc jego amerykańskim opiekunom, jak zwykle – klasie niższej średniej i biedocie, ulegającym hasłom islamskim, a także samym współpracownikom, słusznie uznającym, że nowe rozdanie pozwoli cały proces zachować pod kontrolą i zmaksymalizować zyski poszczególnych grup zainteresowanych wymianą.

Nowa trójca

Dzieje „pierwszej rewolucji” z 2011 r. są zresztą dobrze znane i opisane, także na naszych łamach, podobnie jak i czas rządów Mohammada Morsiego. Patrząc z egipskiej perspektywy, poznanej z szeregu rozmów podczas grudniowego wyjazdu – tak najnowsze wydarzenia, jak i ostatnie półwiecze historii Egiptu układają się w logiczny ciąg, w którym przeciętny mieszkaniec dostrzega i odczuwa przede wszystkim:

* okres rozbudowanych programów socjalnych – w czasach Abdela Nasera,

* stopniowe odchodzenie od polityki pro-inwestycyjnej w czasach Anwara Sadata, przy jednoczesnych względnych ułatwieniach prowadzenia działalności własnej działalności gospodarczej, rozwój przedsiębiorczości egipskiej,

* postępujący neoliberalizm H. Mubaraka, skutkujący dalszym zawężaniem i zamykaniem grupy czerpiącej korzyści z władzy i narastającym rozwarstwieniem dochodów społeczeństwa,

* nadzieje związane z egalitarnym programem „islamdecji” z Partii Wolności i Solidarności,

* zawód związany ze skupieniem się Bractwa Muzułmańskiego na kwestiach religijno-obyczajowych i zabezpieczaniu osobistej władzy prezydenta M. Morsiego, nie zaś na niwelowaniu nierówności społecznych,

* ulgę związana z odsunięciem od władzy islamistów i opanowaniem sytuacji w kraju przez gen. Abdela Fattaha as-Sisiego.

Nieprzypadkowo jeden z najbardziej popularnych plakatów politycznych, widocznych na ścianach egipskich domów, w restauracjach, a nawet na łodziach nilowych jest trójca, łącząca nowe ze starym: Naser-Sadat-Sisi. Ze strony obecnych władz to odwołanie się do heroicznych czasów panarabskiego, ale i egipskiego nacjonalizmu i ideologii państwowej, o jasnym profilu socjalnym. To rodzaj obietnicy, którą władze – w przyszłym roku stojące przed podwójnym egzaminem wyborczym, prezydenckim i parlamentarnym – muszą spełnić. Będzie to zaś tym trudniejsze, że i tak absurdalnie wysokie w stosunku do oficjalnych dochodów koszty życia w Egipcie mają w najbliższych miesiącach jeszcze wzrosnąć – przede wszystkim w związku ze skokowymi podwyżkami cen paliw (choć w Polsce, zapowiadany wzrost ceny za litr benzyny z ok 50 gr do 1,5 zł, zapewne nie odda należycie dramaturgii całej sytuacji).

Krokodyl egipskiej gospodarki – do roboty łapki krótkie, po profity taka paszcza

Z ok. 2% wzrostem gospodarczym, przeregulowaną gospodarką i niezmniejszającymi się dysproporcjami dochodowymi ludności, Egipt nie jest w stanie zająć pozycji politycznej, do której predestynuje go potencjał demograficzny i położenie geograficzne. Jazda wybrzeżem Morza Czerwonego i widok przeładowanych promów, wiozących tanią siłę roboczą do Arabii Saudyjskiej, jasno pokazuje, że rzucona pół żartem uwaga polskiego dziennikarza, że gdyby milion spośród czterech, które straciły zatrudnienie, po załamaniu się ruchu turystycznego w roku 2011 r., skierować do robót publicznych, na początek choćby polegających na utylizacji odpadów, to w ciągu roku Egipt może dogoniłby Albanię, a za lat kilka – może nawet zbliżyłby się do mocno tu nielubianej i budzącej zazdrość Turcji.

Roczny ubytek dochodów z turystyki na poziomie ok. 1 mld USD jest dostrzegalny nie tylko w gospodarce jako całości, ale odnotowały go przede wszystkim gospodarstwa domowe Egipcjan, o czym mieliśmy okazję przekonać się osobiście. W tej sytuacji wzrosła rola transferów bezpośrednich ze strony emigracji zarobkowej Egipcjan, zwłaszcza w rejon Zatoki Perskiej. Nie można nie doceniać roli politycznej tego zjawiska, a rząd nie chcąc, by wraz z petrodolarami docierała nad Nil ideologia wahhabicka – tym usilniej musi zabiegać o ożywienie gospodarcze.

Jak widać na przykładzie naszego wyjazdu studyjnego – na razie ima się metod najprostszych, serwując za pośrednictwem dziennikarzy prostą propagandę „jest jak dawniej – wracajcie”. Tymczasem nawet sami Egipcjanie zaangażowani w obsługę ruchu turystycznego rozumieją, że tak samo jak dawniej – już być nie może, bo w lukę powstałą wskutek ucieczki ze zrewoltowanego Egiptu już skutecznie weszły inne rynki, jak wcześniej spacyfikowana Tunezja, Maroko, ale zwłaszcza Daleki Wschód, uchodzący, zwłaszcza w zachodniej Europie, za bezpieczniejszy (niekoniecznie zresztą zgodnie z prawdą). Jest to zresztą mechanizm znany – chodzi nie tylko o zużywanie się atrakcyjności krajów „zbyt popularnych” turystycznie, ale także o przesuwanie się stref – turyści z Zachodu odruchowo odsuwają się od napływających na ich miejsce Polaków, ci od Rosjan i tak ruch po globusie trwa.

Turystyka jako pochodna polityki

Wg danych przedstawionych na spotkaniu z ministrem turystyki Mohammedem Hiszam Abbasem (swoją drogą jak to brzmi w Egipcie – minister turystyki! Ważniejszy jest chyba tylko minister zasobów wodnych! A kto w Polsce pamięta, że turystykę doklejono jako nieistotny szczegół do nieszczęsnego resortu sportu...) w 2013 r. nad Nil i Morze Czerwone przybyło ok. 2 mln Rosjan, 1 mln Brytyjczyków, 800 tys. Włochów, 600 tys. Niemców i zaledwie 250 tys. Polaków. Zaledwie – bo przed rewolucją było nas w Egipcie 600 tys. z tendencją rosnącą. Stąd opowieści o wczasach dla bogaczy, jakie serwował wyborcom Jarosław Kaczyński, budziły szczere rozbawienie. Rosjan jest więc w Hurghadzie, Szarm el-Szejk, a zwłaszcza w Makadi i Marsa Alam coraz więcej, co nie wynika bynajmniej z większej odporności naszych słowiańskich pobratymców na przekazy medialne o grozie rewolucji i terroryzmu. Rosjanie dotarli nad Nil także kierując się wskazówkami politycznymi, a więc zielonym światłem w stosunkach egipsko-rosyjskich, zapalonym w wyniku uzgodnień Sisi-Putin. Dosłownie, tuż przed naszym wyjazdem do Egiptu, w połowie listopada 2013 r. w Kairze gościł minister obrony Federacji Siergiej Szojgu, zapowiadając szerszą kooperację obu państw na gruncie obronności i zbrojeń. Rosjanie czują więc, że jadą do kraju zaprzyjaźnionego, a zatem opierają się o odczucie, które Zachód utracił podczas krótkich rządów islamistów. Nieprzypadkowo też poza swoimi głównymi ośrodkami – nie są oni przez Egipcjan wspominani najlepiej, tym bardziej, że z kolei w kręgach bardziej radykalnych szkół religijnych, wspieranych hojnie z terytorium Saudów – M. Morsi i jego PWiS to mięczacy i kolaboranci, którzy własną uległością wobec Zachodu i poprzedniej ekipy zasłużyli na swoją klęskę.

Rosyjski (a także ukraiński oraz – co Polaków wciąż nie wiedzieć czemu dziwi – białoruski) turysta to jednak w Egipcie klient nie nadzwyczajnie lubiany, mający bowiem wszystkie cechy przypisywane dotąd naszym rodakom zagranicą. O ile bowiem Polak jednak po prostu musi mieć sweet-focię z całuskiem na czole sfinksa, kawałek „papirusa” z bananowca i alabaster z chińskiego plastiku, dzięki którym cały ten przemysł jakoś się kręci, a kręcący się koło turystów Egipcjanie mają swój bakszysz – o tyle Rosjanin nie po to płaci za all inclusive, że by się ruszać zza baru na hotelowej plaży. Egipcjanie wołają więc Polaków, Niemców, Amerykanów – których w międzyczasie przyciągnęły Wietnam i Kambodża, a także Azjatów i mieszkańców innych krajów arabskich – do których trafił np. ściśle ukierunkowany marketing turystyczny Malezji.

Piramidy są niezmienne, ale...

Co światlejsi jednak rozumieją, że po pierwsze – tandetą długo się nie pociągnie, a bez ucywilizowania rynku, np. urealnienia gwiazdek hotelowych, nie da się osiągnąć przywrócenia, a zwłaszcza utrzymania poziomu przychodów z turystyki. Od lat wakacyjne fora pełne są informacji, które pięć gwiazdek jest prawdziwe, a które nie, czy autentyczny lux poznaje się po darmowych ciemnych orzeszkach do piwa i jaki wpływ na komfort pobytu ma precyzja położenia fug (przez miejscowych, czy zagranicznych fachowców). I nie chodzi nawet o powstrzymanie nienasycenia, przypominających Cyganów beduinów, ani ukrócenie gipsowo-plastikowego kiczu, bo i na te zjawiska byli i są z pewnością amatorzy. Uporządkowaniu musi natomiast ulec sam system obsługi turystów, który wciąż, miast sugerowanej uroczej dezynwoltury – bliższy jest chorobliwemu chaosowi i amatorszczyźnie. W Dolinie Królów nie muszą jeździć schody ruchome, ale wystarczy, jeśli hotelowe bankomaty nie będą miały okradających turystów skanerów.

Oczywiście jest to też wyzwanie nie tylko dla Egipcjan, ale i dla polskiej branży turystycznej. Ta wciąż obarczana jest grzechami, które wytykają nam... Egipcjanie – czyli schematem „założyć firmę – polatać – zbudować siatkę – przeinwestować – zwinąć się – wziąć odszkodowanie – zacząć od nowa”. Wobec zachodnich gigantów nasze firmy są za słabe, na klientach masowych wciąż więc oszczędzają, wracają zaś na rynki dla Zachodu ryzykowne nie z odwagi, ale z konieczności. W przypadku Egiptu – to decyzja jak najbardziej słuszna, ryzyko jest bowiem praktycznie zerowe – oczywiście, jeśli mówimy o tym, związanym z bezpieczeństwem. To biznesowe zależy natomiast od poważnego traktowania klientów i tworzenia zaplecza finansowego branży, choćby przez maksymalną dywersyfikację ofert. Z kolei w przypadku polskich oddziałów zagranicznych potentatów, to wystarczy wybrać się choćby do Tunezji, czy przed paru laty właśnie do Egiptu, żeby zauważyć, że w porównaniu z Niemcem z takiego samego Neckermanna, na takim samym wyjeździe Polak pozostaje klientem drugiej kategorii. I z tego również warto wyciągać wnioski – również planując urlopy.

Nie przeszkadzać turystom!

Wracając jednak do kluczowej dla idei całego wyjazdu kwestii „czy jest bezpiecznie?” – to rzecz jasna, że jest. I nie chodzi nawet o to, że przy takich ilościach wojska i policji, nie tylko turystycznej trudno, żeby nie było. Po obaleniu H. Mubaraka nieco zbyt demonstracyjnie zabezpieczano kurorty turystyczne nie rozumiejąc, że widok uzbrojonych patroli i ciężkiego sprzętu raczej wywoła wrażenie, że „coś się dzieje”, niż uspokoi turystów. Dość wspomnieć, że kiedy w 2011 r. polskie media już szalały z obrazkami z Tahrir, a MSZ zachowywał godną podziwu wstrzemięźliwość – nasi znajomi i bliscy, wypoczywający w Sharm el-Sheik w ogóle nie wiedzieli, czemu tyle osób wydzwania do nich z jakimiś alarmami. Wyciągnąwszy wnioski z tej lekcji – obecne władze kurortami opiekują się dyskretniej, acz dokładnie. Paradoksalnie zresztą – bezpieczeństwo turystów będzie w Egipcie rosło wraz z ich coraz bardziej masowymi przyjazdami, działa tu bowiem prawo rynku – jeśli przybyszów jest mało, bardziej opłacalne okazuje się maksymalizowanie zysku z jednostki np. drogą porwania i wysokiego okupu. Gdy przyjezdnych liczy się milionami – jest się czym dzielić w skali całego społeczeństwa i okup można rozłożyć na raty krzycząc „one dollar!” na targowiskach...

W przypadku wyjazdów do Kairu jednak te same władze egipskie popadają w zabawną niekonsekwencję. Z jednej strony bowiem zapewniano nas o spokoju w stolicy, z drugiej zaś z całych sił odwodzono od pomysłu odwiedzenia jej, a wręcz nawet utrudniano wyjazd. To, że kilkanaście osób (w tym i niżej podpisany) uznało, że pisanie o „bezpiecznym Kairze” z plaży w Hurghadzie jest kompletnie bez sensu i niepoważne – dało ten pozytywny efekt, iż faktycznie pacyfikację Kairu sprawdziliśmy na własnej skórze, włącznie z pozyskaniem od dumnych z swej innowacyjności Egipcjan informacji, że manifestacje opozycji odbywają się, a jakże, na placu Tahrir, ale po godz. 14.00, żeby nie przeszkadzać wcześniej turystom. A że przy okazji wizyty w stolicy Egiptu udało się odbyć i inne, potencjalnie ważne i ciekawe dla sympatyków ECAG rozmowy – być może z ich efektami będzie można czytelników Geopolityka.org i Konserwatyzm.pl zapoznać już w przyszłym roku.

Egipt od tysiącleci zmienia się, żeby pozostać niezmiennym. Wydarzenia ostatnich dwóch lat wydają się wkomponowywać w ten sam proces. A jednak – Egipt musi się zmienić. Musi wejść na drogę reform społeczno-gospodarczych i to w kierunku przeciwnym, niż ten zafundowany pod koniec rządów H. Mubaraka pod dyktando szkoły Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Musi odnaleźć swoje miejsce geopolityczne w świecie, bowiem anachroniczne trzymanie się realiów Camp David, cechujące ostatnie trzy dekady nad Nilem, nie ma już żadnego sensu, a pomysł islamski nie jest w istocie żadnym wyborem. Egipt musi wreszcie odnaleźć własną politykę surowcową – od ropy po wodę, politykę rolno-przemysłową oraz właśnie usługowo-turystyczną. Branża będąca dotąd przechowalnią ukrytego bezrobocia – może rzeczywiście dawać dochody milionom i napędzać gospodarkę narodową. Jednak musi się zmienić, być może także pośrednio rękoma polskich turystów, którzy już szykują się do powrotu nad Nil i Morze Czerwone.

Fot. humansarefree.com

Czytany 3802 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04