wtorek, 01 lipiec 2014 06:03

Konrad Rękas: Kryzys ukraiński - skutki energetyczne dla Polski i Ukrainy

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

empty_wallet  Konrad Rękas

Gdyby pokusić się o wskazanie sektorów gospodarki najbardziej wrażliwych na kryzys ukraiński – byłyby nimi z pewnością energetyka i branża rolno-spożywcza. Co istotne, w obu przypadkach istotne wydają się nie tylko bieżące problemy odczuwane od kilku miesięcy, ale i ich długofalowe następstwa, związane m.in. ze zmianą wektorów polityki ekonomicznej tak Ukrainy, jak i Rosji oraz innych zainteresowanych podmiotów. Niestety, bardzo jednostronne i nacechowane emocjonalnością nastawienie władz Polski skutecznie utrudniają nawet dostrzeżenie i pogłębioną analizę zachodzących zjawisk, nie mówiąc o oszacowaniu ich ewentualnych kosztów.

Pozornie podejście Polski i państw poradzieckich do spraw gospodarczych zasadniczo się różni. Władze RP deklarują iście zachodnie rozdzielenie kwestii polityki i ekonomii, podczas gdy w Europie Wschodniej dominuje tendencja do podporządkowywania spraw gospodarczych interesom politycznym, takim, jakie określają kręgi rządzące danego państwa. Tymczasem jednak, na przykładzie stosunku do kryzysu ukraińskiego możemy obserwować, jak władze polskie na potrzeby wyznawanej wizji geopolitycznej – ignorują twarde fakty ekonomiczne, jakby wierząc, że rzeczywistość dopasuje się do ich oczekiwań.

Wizje czasu kampanii

Zdiagnozujmy sytuację: o ile w przypadku rolnictwa i przetwórstwa rolno-spożywczego względna nośność informacyjna problemu pozwoliła branży nagłośnić najpierw kwestię embarga (zniesionego na wieprzowinę i utrzymanego na wołowinę z Polski), a potem także poddać krytycznej analizie skutki wprowadzenia przez Komisję Europejską zwolnień celnych dla importu z Ukrainy – o tyle implikacje kryzysu ukraińskiego dla energetyki zostały sprowadzone w istocie do iście utopijnego i całkowicie nierealnego postulatu stworzenia Wspólnej Polityki Energetycznej UE, którym w Polsce w kampanii do Parlamentu Europejskiego szermował z jednej strony premier Donald Tusk, z drugiej zaś... Ruch Narodowy.

Pomysł ten nie wzbudził większego zainteresowania, ani rzecz jasna akceptacji innych państw Wspólnoty, przywiązanych do własnych odrębności na polu energetyki, nader trudnych do uśrednienia. Ponadto o odrzuceniu pomysłu polskiego rządu właściwie bez poważniejszej dyskusji zadecydowały też racje polityczne: po pierwsze świadomość, że w obecnych realiach UE nie wydaje się możliwe cząstkowe nawet renegocjowanie zapisów Traktatu Lizbońskiego, po drugie zaś – że wąskie pole pozostawione polityce krajowej państwa członkowskie chcą wykorzystać dla indywidualizacji swych relacji z Rosją, minimalizacji strat, a być może nawet osiągnięcia wymiernych korzyści ze zmian na europejskim (a perspektywicznie również światowym rynku energetycznym).

(Prawie) każdy coś ugra

Najbardziej emblematycznym przykładem takiego nastawienia jest polityka państw zainteresowanych powstaniem South Stream, przy czym charakterystyczne jest zróżnicowanie postaw – o ile np. Bułgaria wykazała sporą nerwowość i podatność na wszelkie sugestie polityczne dotyczące ewentualnego wstrzymania budowy gazociągu południowego, o tyle już zainteresowani odbiorem surowca tą trasą, jak Austria, wykazali dużą determinację i uznali problemy Ukrainy za okazję do przyspieszenia prac i zacieśnienia współpracy energetycznej z Rosją na tym kierunku. Z kolei Aleksander Łukaszenko uznał rozgrywkę Federacji i Gazpromu z Ukrainą i Zachodnią Europą za okazję do uzyskania kompensaty rozliczeń z dostawcą gazu i odzyskania kilkudziesięciu milionów dolarów zaległości z tytułu tranzytu. Włączył więc Białoruś do „licytacji”, tradycyjnie już ogłaszając okresowe prace konserwacyjne na gazociągu jamalskim. Niemal każdy stara się więc ugrać coś dla siebie. Niemal – bo przecież Polska nie...

Same straty

Kolejne kryzysy ukraińskie przynoszą za sobą stałe pogorszenie naszej sytuacji ekonomicznej. Rezygnacja z Jamału-2, nie przyłączenie się do Nord Streamu (kiedy już było jasne, że bierny opór przeciw tej inicjatywie nie da efektów), kosztowne postawienie na gaz katarski, a ostatnio nacisk na  wprowadzenie na rynek europejski równie drogie gazu łupkowego z USA (czy też eksploatację złóż w Polsce rzecz jasna również przez obce firmy) – wszystko to są objawy tego samego starego mechanizmu, zgodnie z którym Polak i przed szkodą po szkodzie ma równie słabą głowę do opłacalnych biznesów. Narzucony polskiemu dyskursowi polityczno-ekonomicznemu idiotyczny priorytet rzekomego „energetycznego bezpieczeństwa” odwraca uwagę od kwestii tak oczywistych, jak fakt, że w interesie polskiej gospodarki jest po prostu kupować surowce energetyczne jak najtaniej, a ponadto, że osławiona dywersyfikacja powinna w polskich realiach oznaczać zróżnicowanie kierunków i metod dostarczania gazu, nie zaś koniecznie ściąganie go z różnych źródeł pochodzenia.

Celna pułapka

Niestety, patrząc realnie perspektywy dla Polski jawią się na polu energetyki raczej ponuro. Jest drogo i taniej pewnie nie będzie, przynajmniej dopóki polityka i to ta a'la Jerzy Giedroyć wciąż będzie ważniejsza od gospodarki. Co gorsza, również pozostałe skutki ukraińskiego kryzysu wskazują, że to polscy podatnicy w dużej mierze zapłacą za niego rachunek. Obniżenie ceł na wyroby przemysłowe przy niższych kosztach pracy na Ukrainie oznaczać może ucieczkę z Polski na tamtejszy rynek montowni i zakładów, których obecność w naszym kraju daje nam ułudę pozostawania państwem wysoko uprzemysłowionym i to na polu wysokich technologii. Z kolei producenci rolni nie mają złudzeń, że dokonane właśnie otwarcie na produkcję rolno-spożywczą to cios zadany sektorowi zbożowemu i rzepakowemu w Polsce. Wczesne i dobrze się zapowiadające żniwa na Ukrainie w tym kontekście mogą zwłaszcza na odcinku zbóż paszowych doprowadzić polskich rolników do konieczności sprzedaży ziarna poniżej kosztów jego wyprodukowania. Z kolei „przemiany demokratyczne” na Ukrainie mogą położyć kres nadziejom na współpracę na innym polu – wspólnego tworzenia alternatywy dla importu (głównie z Ameryki Południowej) modyfikowanych genetycznie białkowych komponentów paszowych. Korzystając z zawirowań – za naszą wschodnią granicą już ulokowały się światowe, amerykańskie koncerny zainteresowane stworzeniem na Ukrainie przyczółka dla inwazji GMO na Stary Kontynent.

Konkretne pieniądze

Jak dotąd więc, wskutek deklaratywnego, ale jednak jednoznacznego zaangażowania władz RP w eskalację kryzysu ukraińskiego jedyne, co udało nam się zdywersyfikować – to koszty. Ponosimy je nie tylko wszechstronnie i na różnych polach, ale i z perspektywą ich dalszego wzrostu i utrwalenia. Zmiana geopolityczna na Ukrainie i wyrażony przez Moskwę zdecydowany sprzeciw dla równoczesnego funkcjonowania Kijowa w ramach stref wolnego handlu tak z UE, jak i z EaWG stawia pod znakiem zapytania sens polskich inwestycji, realizowanych w ostatniej dekadzie na Ukrainy w nadziei na penetrowanie stamtąd rynków eurazjatyckich. Do kosztów ogólnych doliczyć też te związane ze spadkiem naszego handlu z Rosją. Przykładowo, według wstępnych danych Ministerstwa Rolnictwa I Rozwoju Wsi, w ciągu pierwszych czterech miesięcy 2014 r. eksport produktów rolno-spożywczych do Rosji spadł do 410,3 mln euro, wobec 426,3 mln euro rok wcześniej.

Mało w tym wszystkim pocieszające jest to, że również sami Ukraińcy na własnej wojnie domowej wychodzą raczej marnie, i to nie tylko ze względu na ofiary, rozpad państwa, zaognienie stosunków z komplementarną wobec ukraińskiej gospodarką rosyjską, czy zawarcie właśnie kompradorskiej w treści i istocie umowy stowarzyszeniowej z UE. Kijów traci też wymierne miliardy dolarów – tak tych wynikających z preferencyjnych stawkach za gaz, jak i np. tych określonych umową z chińskimi inwestorami, zainteresowanymi m.in. rozwojem na Ukrainie zakładów gazyfikacji węgla. Przedsięwzięcie warte 3,7 mld USD zostało wstrzymane jeszcze na etapie planowania, choć przecież teoretycznie mieściłoby się w strategii zmniejszania zależności Ukrainy od Moskwy. Nowe, prozachodnie władze w Kijowie, podobnie jak i kolejne rządy w Warszawie, nie utrzymują większego związku między tym co robią, a co mówią. Jak się wydaje, obecnym protektorom Ukrainy odpowiada jej kondominialny status ekonomiczny, z którego tak Berlin i Bruksela, jak i Moskwa będą umiejętnie wyciągać korzyści. Płacić zaś będą jak zwykle maluczcy – w tym przypadku Polacy i Ukraińcy.

Ci drudzy zaś płacić (i płakać) zaczną już jak najbardziej z własnych kieszeni w sytuacji, gdy w najbliższych dniach i tygodniach ukraińskie gospodarstwa domowe czekają skokowe podwyżki kosztów życia, związane ze wzrostem cen nośników energii. „Terapia szokowa” ruszyła, a jej skutki będą negatywnie odczuwane i nad Dnieprem, i nad Wisłą przez całe lata.

Fot. www.banklawyersblog.com

Czytany 4638 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04