czwartek, 14 styczeń 2016 07:51

Konrad Rękas: Dlaczego nie zostawiamy Ruskich w spokoju?

Oceń ten artykuł
(14 głosów)

Konrad Rękas

Słyszymy często „dajcie już spokój z tymi Ruskimi, Polacy i tak ich nie polubią, skupcie się lepiej na banderowcach, w tej sprawie możecie zrobić dobrą robotę”. Sęk w tym, że w obecnym dyskursie trwającym w III RP właśnie wszelkie ekscesy banderowskie, każde głupstwo na odcinku wschodnim, każdą złotówkę zmarnowaną na „pomoc dla Kijowa” rozgrzesza się rzekomym „zagrożeniem rosyjskim”. Dopóki jednak nie uda się rozwiać absurdalnej propagandy o „agresywnym Putinie” – dopóty będą znajdować się środowiska dające się wpuścić w maliny typu: „to są inni banderowcy, najważniejsze, że antyrosyjscy!”

Wobec tego trzeba też stale rozprawiać się z rzekomymi dowodami na „rosyjską agresywność”, takimi jak „zabór Krymu”, który wciąż używany jest jako argument wobec zdezorientowanej, pozbawionej pełnej informacji polskiej opinii publicznej. Nie znając sytuacji etnicznej półwyspu (ani zresztą prawno-politycznej w ramach autonomii przy Ukrainie) – Polacy wciąż wierzą w wizję jego „rosyjskiej okupacji” – i komplementarną „rosyjską inwazję” Donbasu, nie dostrzegając w wojnie na Wschodzie oczywistej analogii choćby z powstaniami śląskimi. Dzieje się tak pomimo wyjątkowego prymitywizmu propagandy, lejącej się z głównych publikatorów. Przeważnie bowiem decyduje nie tylko uprzedzenie, ale także szum informacyjny, w którym nie razi już nawet, że separatyści z uporem maniaka bombardować mają nawet kontrolowane przez siebie miasta. „Ba, widać Ruskie tak mają...” – rzuca przeciętny słuchacz i przerzuca na inny kanał, utwierdzony w utrwalonym już przekonaniu, że „jak jest, tak jest, ale pewnie coś na rzeczy”, a w najlepszym razie, że „jedni drugich warci!” Ten drugi pogląd zresztą i tak stanowi pewien postęp. Przynajmniej bowiem impregnuje na bezkrytyczne popieranie jednej tylko, kijowskiej strony, aż do wręczania jej 4 mld zł prezentu. Jest to więc punkt wyjścia – na którym jednak nie można poprzestać i jakkolwiek by to było niepopularne – niestety nadal kłamstwa na temat sytuacji na Wschodzie trzeba głośno prostować.

Weźmy to na rozum

Ba, tylko jak to robić? Cóż, czasem działają argumenty zdroworozsądkowe – a nawet sam fakt, że ma się i zgłasza jakiekolwiek. Polak bowiem z reguły niby nie wierzy mediom, ale w istocie nawet nie zauważa, kiedy automatycznie powtarza imprintowanie mu poglądy. Kiedy więc słyszymy wygłaszane bezmyślnie „te Ruskie to są, tak wziąć i napaść” – odezwijmy się, bo często kogoś wybije z rytmu proste zakwestionowanie telewizyjnych mądrości. Oczywiście, jeden popatrzy, jak na wariata, inny uprze się dyskutować – i jak to przy rodzinnym stole, w sklepie czy na przystanku – awantura gotowa. Jednak przy okazji parę szturchniętych mózgów może choć drgnie w nierównej walce kogo się bardziej nie lubi: Ruskich, tych z telewizji, czy własnych polityków?

Siłą rozbrajania antyrosyjskości, jak i usprawiedliwienia bezkrytycznego wspierania Kijowa jest posługiwanie się samą prawdą, tylko prawdą – i to w dodatku wyjątkowo prostą. Dla przykładu – przecież nawet gdyby dało się Rosji udowodnić czynną agresję na Ukrainę (choć, gdyby taka miała miejsce – to mielibyśmy wspólną granicę w Dorohusku), to przecież nie ma chyba terytoriów zwartego zamieszkania większości (czy nawet mniejszości) rosyjskiej/rosyjskojęzycznej w Polsce (dopóki sobie tego nie uzmysłowimy – fosząc się na Rosję będziemy niczym David Lloyd George oburzający się na Polaków, że chcą zabrać Turkom Cylicję... – ale tego może lepiej głośno często nie mówmy, bo za dużo by trzeba dodatkowo wyjaśniać)? Choćbyśmy więc nie wiem ile usłyszeli opowieści o wspólnocie sprawy polskiej i ukraińskiej – to relacje obu nacji z Rosją są i były przecież zasadniczo odmienne.

Inny popularny pogląd – to preferowanie za naszą granicą wschodnią „słabej Ukrainy, a nie silnej Rosji” (nb. często wyznawany przez osoby i środowiska utrzymujące, że ta silna Rosja jest jednocześnie właściwie całkowicie już upadła). Jeśli jednak nasz sąsiad powinien być słabszy (czyt. niegroźny), to czemu rząd – obecny rząd! – tego samego sąsiada wzmacnia i to polskimi pieniędzmi? Kolejne opowieści są już zupełnie dziecinne, w typie „Jak Ruskie zabiorą Ukraińcom Donbas – to Niemcy zabiorą nam Śląsk” – przy czym szalenie ciężko uzyskać wyjaśnienie co jedno z drugim miałoby mieć wspólnego. Wyznawcy uważają, że tak już jest, połączenie istnieje niczym Morskiego Oka z Adriatykiem – i stosunkowo ciężko w tym przypadku odwołać się do logiki, choć przynajmniej na niektórych może ona jednak zadziałać.

Kto tu jest agresywny?

Podobnie – jak oczywiste porównanie, ile wojen w ostatnim ćwierćwieczu rozpętała Rosja – a ile USA i NATO. Ile te drugie przedsięwzięły interwencji zewnętrznych – a ilu dokonali Rosjanie? Ile baz wojskowych wreszcie Waszyngton utrzymuje nad granicami Federacji Rosyjskiej – a jaka jest odpowiedź rosyjska? Jasne, nikt od tego Ruskich nie polubi, niektórzy obrażą się, że „biją murzynów” – to jednak są oczywiste dowody, że to nie Rosja we współczesnym świecie jest państwem agresywnym, a więc ani nie mamy powodów, by się jej obawiać – ani tym bardziej nie ma podstaw by przeciw nieagresywnej Rosji zawierać sojusz z jak najbardziej agresywnym nacjonalizmem ukraińskim.

Takich miazmatów, bajek, prawd pozornie oczywistych, jak te losowo wskazane wyżej – każdy słyszał zapewne więcej. Oczywiście są one czymś więcej niż tylko tradycyjnym przejawem głupoty, propagandy i bezmyślności, typowych dla systemu demokratycznego. W istocie celem wszystkich tych pułapek na polskie umysły jest jedno – wymuszenie milczącej akceptacji dla ładowania polskich pieniędzy w Kijów, celem wzmacniania tam władzy oligarchicznej w kształcie, skrajnie uległej wobec zachodnich (ale nie polskich!) interesów ekonomicznych i ekstremistycznie szowinistycznej, banderowskiej – czyli nazistowskiej. A środkiem do wyzwolenia umysłów i zapobieżenia dalszej realizacji planów, grożących w skrajnej wersji nawet wojną światową i kolejnym ludobójstwem na Polakach – są słowa prawdy o tym, co się naprawdę na Wschodzie dzieje. Dzieje się zaś to – że tylko polityka rosyjska, tylko upór Władimira Putina (za który bywa zresztą także krytykowany przez rodzime jastrzębie) chroni świat (a Polskę szczególnie) przed popadnięciem w śmiertelny, globalny konflikt, w którym nie pomoże nam ani świdnicki, czy mielecki helikopter, ani trzy brygady obrony terytorialnej, ani nawet szpica NATO.

Dlatego właśnie nie możemy „dać sobie spokoju” - i musimy nadal, uparcie tłumaczyć potrzebę ułożenia obopólnie korzystnego modus operandi z Rosją. Tego bowiem wymaga polska racja stanu i polski interes narodowy. A dokładniej – nasze przetrwanie.

Fot. spivaklawfirm.com

Czytany 3891 razy