środa, 23 lipiec 2014 06:04

Konrad Rękas: Cena ukraińskiego pokoju

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Odessa2geopolityka  Konrad Rękas

Czy los noworosyjskich powstańców świadczy o tym, że świadome swych interesów państwo nie powinno współpracować z Rosją? Bynajmniej, to tylko kolejny dowód na to, że w polityce międzynarodowej należy kierować się egoizmem, trzeźwą oceną szans i możliwości, a także stosować dopowiedzenia, a nie baczyć tylko na marzenia i intencje.

Problem z powstaniem w Noworosji polega na tym, że jest ono... powstaniem. A zatem zdarzeniem, który by się powieść (o czym my Polacy powinniśmy wiedzieć bodaj najlepiej w świecie – tyle, że nie wiemy...) musi zdarzyć się w wyjątkowo tylko dogodnym momencie. Tj. przeważnie takim, w którym poza wszelką wątpliwość powstańcy mogą liczyć na pomoc z zewnątrz. Ponieważ jesteśmy fachowcami od wywoływania powstań bez sensu, nie w porę i bez szans – możemy też bez pudła rozpoznawać kiedy zaczynać nie należy. Przeważnie nie należy wtedy, kiedy większości zainteresowanych Polaków wydaje się, że to już.

Tym razem zainteresowani sukcesami Szachtarów (nieliczni, przyznajmy) Polacy zachwycili się chwyceniem za broń przeciw „juncie” w Kijowie, stosującej brutalne represje, a nawet posuwającej się do masowego mordu na zwolennikach regionalizacji Ukrainy i obrony języków mniejszościowych. Ci spośród naszych kolegów, którzy emocjonalnie zaangażowali się w popieranie republik ludowych, pominęli jednak istotny geopolitycznie szczegół – że ich powstanie (nomen omen) nie wydawało się ani przez moment elementem szerszego programu geopolitycznego, realizowanego przez naszego realnego, acz wciąż tylko potencjalnego partnera zagranicznego, czyli Federację Rosyjską. Mówiąc prościej – powstania same w sobie są tak ryzykowne, niepewne i – nie oszukujmy się, głupie – że te akurat musiałyby być absolutnie wyjątkowe, by zasługiwać na poparcie świadomych polskich interesów Polaków.

Nie wystarczy deklarować sympatie dla jakiegoś państwa, systemu politycznego, ideologii, by stać się jego częścią, czy chociaż zostać uznanym za element dla owego podmiotu istotny, czy pozytywny. Polskie powstania wybuchały w imię naszej irracjonalnej miłości do wolności i Zachodu, a w ich efekcie wolności mieliśmy coraz mniej, a i sam Zachód miewał okazjonalne kłopoty (jak np. Francja skłócona z Rosją, a przez to osamotniona wobec Niemiec po powstaniu styczniowym). Powstańcy noworosyjscy głośno oczekują na pomoc rosyjską, do jej udzielenia im nawołują ich przyjaciele w Rosji (jak Aleksander Dugin) czy polscy sympatycy – ale wbrew temu co podaje się w mediach głównonurtowych, ani powstania nie prowadzą siły rosyjskie, ani nie angażują one nawet ułamka swego potencjału po jego stronie, ani nawet czynna obrona republik ludowych przez chwilę nie była główną i jasno zadecydowaną linią polityki Federacji.

Przeciwnie, w świecie, w którym czas dojazdu czołgu z punktu A do punktu B wyraźnie stracił na znaczeniu wobec możliwości budowy linii przesyłu surowca energetycznego na odległości znacznie dalsze, a żeby już zostać przy militariach – nawet krzywizna Ziemi nie jest już tak istotna przy ewentualnym obrzucaniu się inteligentnymi rodzajami broni – pojęcie „bliskiego przedpola” nie jest już kluczowym. Podobnie też znacznie przesunął się i oddalił od głównych ośrodków inny termin z annałów geopolityki – czyli „miękkie podbrzusze”. Dla Rosji ani jednym, ani drugim nie jest już obecnie czy to Ukraina, czy nawet dalsze rejony Azji Środkowej. Obecna Wielka Gra toczy się bowiem, niezależnie nawet od uświadomionej woli uczestników, na mapie prawdziwie globalnej.

Rosja po przeszło dwóch dekadach zapóźnień i geopolitycznie bezsensownej i nieuzasadnionej kapitulacji w Zimnej Wojnie – odbudowuje wreszcie swe znaczenie międzynarodowe, dopiero teraz mając w światowej rozgrywce poważnych partnerów – Chiny, Iran, kraje latynoamerykańskie. Celem Gry nie jest tym razem zwycięstwo jednego z bloków, czyli nowa hegemonia, ale utworzenie sieci powiązań, która będzie w stanie uratować światową gospodarkę (i ekonomiki zainteresowanych państw) przed skutkami katastrofy systemu dolarowego i innych składowych czegoś nazywanego z braku lepszych określeń „systemem kapitalistycznym” wraz z towarzyszącą mu „liberalną demokracją”.

Jako formuła nastawiona na obronę, czy ściślej – przetrwanie, tworzący się wciąż blok niehegemoniczny nie jest stroną agresywną i stroni od konfliktów zbrojnych, stale prowokowanych, wywoływanych i prowadzonych przez upadającego hegemona, stanowiącego oś „kapitalizmu demoliberalnego). Obrazowo mówiąc – mniejsze podmioty podróżujące balonem zwanym Ziemią, widząc upadek pojazdu, kurczowo łapią się za rękę, podczas gdy główny pasażer, sądzący dotąd, że kieruje rzucanym przypadkowo po czasie aerostatem, zorientowawszy się w jego chaotycznym charakterze – dźga we wściekłości czaszę, szarpie liny i wyrzuca z kosza zdezorientowanych, a pechowych lotników.

Pytaniem dla Polski jest czy w porę złapie się za ręce z tymi, którzy już zastanawiają się co będzie dalej, kiedy ze spekulacyjno-petrodolarowego balonu w całości zejdzie powietrze. Czy ktoś w Polsce będzie w stanie wyjść poza dyktat mikroekonomiki, badania wskaźników modelu, który już przestaje działań, czyli gapienia się na zegary, które już dawno nie pokazują prawdziwych wartości.

Powstanie w Donbasie to zdarzenie smutne, ze względu na jego ofiary. Jeśliby czynnik estetyczno-sentymentalny, prestiżowy na Kremlu przeważył i Rosja uległa prowokacji, udzielając ostatecznie poparcia walczącym – musielibyśmy mieć świadomość, że rozpocznie się wojna światowa i to w kategoriach ostatecznie dowodzących, że nie ma trwale czegoś takiego, jak „wojna ograniczona”. Z kolei dalsza pomoc militarna Zachodu dla „junty” w Kijowie, ewentualnie interwencja zbrojna jakichś „sił pokojowych”, które odcięłyby Noworosję od Federacji i pozwoliły na przeprowadzenie ludobójstwa na mieszkańcach republik – byłby to koszt rzeczywiście straszny, przypominający niczym powstanie warszawskie, że nie należy wywoływać powstań prozachodnich bez uzgodnienia z Zachodem, a prorosyjskich – bez jednoznacznej decyzji Rosji.

Pomocy rosyjskiej wyglądali napadnięci przez NATO, mordowani przez Chorwatów i Kosowarów, Serbowie. Oglądali się na Moskwę i inni tłamszeni przez Amerykanów. Ani jednak Kreml nie miał wówczas woli i instrumentów, by takiej pomocy skutecznie udzielić (choć np. siłom NATO w lądowym ataku na Belgrad ostatecznie przeszkodzono), ani też nie było to w zgodzie z ówczesną (niekoniecznie długofalowo słuszną) polityką rosyjską. W zmienionej już sytuacji – pomoc uzyskali natomiast Syryjczycy, bowiem ich ocalenie stało się w globalnej układance aktem możliwym i istotnym. Współpracy z Rosją, udziału w przyszłej organizacji świata postdemoliberalnego powinniśmy zatem domagać się i oczekiwać nie wbrew Rosji i nie w oderwaniu od realiów polityki globalnej, której jesteśmy jednym z wielu małoznaczących przedmiotów. W obecnych warunkach eskalacja wojny na Ukrainie byłaby szczególnie groźna dla Polaków – ze względu na zagrożenie katastrofą humanitarną w postaci napływu uchodźców, ze względu na fizyczne zagrożenie dla naszych rodaków mieszkających na Ukrainie, wreszcie przez fakt, że rządzą nami antypolscy idioci, którzy od ręki zagnają nas na pierwszą linię takiej wojny, co może skończyć się odwetem i rachunkiem krwi już bezpośrednio płaconym przez nasz naród.

W interesie polskim jest jak najszybsze zakończenie konfliktu na Ukrainie – podobnie jak i leży w nim dalsze kontynuowanie przez Rosję takiej aktywności międzynarodowej, która ostatecznie stanie się dla alternatywą dla niewydolnego i szkodliwego systemu zachodniego, z korzyścią także dla Polski. Ze względów sentymentalno-estetycznych byłoby miło, gdyby stan ten osiągnięto także bez dalszych ofiar ze strony ludności noworosyjskiej, a także ukraińskiej. O ile będzie to możliwe...

Czytany 4391 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04