środa, 16 wrzesień 2009 19:57

Jan Engelgard: Taniec na grobach...

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt Jan Engelgard

Prawda, chodzi tylko o prawdę, chcemy dobrych stosunków z Rosją, ale opartych na prawdzie – takie zaklęcia słyszymy prawie codziennie z ust tych polityków, którzy z Katynia uczynili wygodny oręż w walce politycznej. Fałsz i obłuda biją w oczy od samego początku, i tylko ktoś bardzo naiwny uwierzy, że ta „troska o polską tożsamość” jest jedynym motywem działania obozu histerii narodowej.

Jarosław Kaczyński pośrednio ujawnił prawdziwe intencje „świętego oburzenia przeciwko fałszowaniu historii” i „negacjonizmowi” (już przejmujemy nomenklaturę żydowską odnosząca się do holocaustu). W wywiadzie dla Polskiego Radia I (16.09.2009, godz. 7.15) powiedział, że on i prezydent nie mogą zgodzić się na korektę polskiej polityki wschodniej zarysowanej w artykule Radosława Sikorskiego w „Gazecie Wyborczej”. Przypomnijmy, że Sikorski zakwestionował, upraszczając, mocarstwową „linię jagiellońską” jako anachronizm i postulował ułożenie dobrych stosunków na linii Berlin-Warszawa-Moskwa. Kaczyński tak o tym mówi: „I jednocześnie polska reakcja, a w szczególności niebywały zupełnie artykuł pana Sikorskiego, to było stwierdzenie, że Polska się na to zgadza, że Polska spełnia rosyjskie warunki i wycofuje się z czynnej polityki na terytorium dawnego Związku Sowieckiego, a więc na Ukrainie, w krajach nadbałtyckich, w Gruzji, w jakiejś mierze także Białorusi, i jednocześnie jakby przyjmuje do wiadomości tę koncepcję funkcjonowania, która podważa naszą podmiotowość (…) To jest w gruncie rzeczy polityka minimalizmu, rezygnacji, polityka, która – pisano już o tym – była w innej wersji można powiedzieć jeszcze dalej idącej, proponowana przez to samo środowisko, które dzisiaj kieruje Platformą, a poprzez Platformę także polskim rządem, jeszcze na początku lat 90. (…) Czyli krótko mówiąc co? Kondominium niemiecko–rosyjskie, strefa zamieszkiwania Polaków, a nie żadne państwo. Więc my się z tym radykalnie nie zgadzamy”.

W tej sytuacji Katyń jest tylko narzędziem do zaatakowania zarysowanej przez Sikorskiego koncepcji polityki zagranicznej. Prezes PiS w swój ulubiony sposób stawia wszystko na ostrzu noża: albo suwerenne państwo albo „strefa zamieszkiwana przez Polaków”? Kto na tak zadane pytanie odpowie, że „strefa”? Nikt. Mniejsza o to, że jest to pytanie demagogiczne, ważne, że polaryzujemy opinię. W tym momencie w sukurs przychodzi prezesowi Stefan Niesiołowski, który wypala, że „Katyń to nie ludobójstwo”. No i PiS znowu stawia pytanie w rodzaju „być albo nie być”: czy jesteś z a tym, że Katyń to ludobójstwo czy jesteś antynarodowym zaprzańcem i negacjonistą? No i kto odpowie, że jest zaprzańcem? I jak na zawołanie 61 proc. respondentów „Rzeczpospolitej” odpowiada, że Katyń to ludobójstwo a nie zbrodnia wojenna. Wiadomo, że spór taki nie ma sensu i że bliżsi prawdy są ci, którzy kwalifikują Katyń jako zbrodnię wojenną – chodzi jednak o coś innego, o coraz wyższe zawieszanie patriotycznej poprzeczki, tak wysoko, żeby ją przeskoczył tylko PiS. Opór pacyfikuje się szybko – jak tylko prezes Federacji Rodzin Katyńskich oburzony kampanią polityczną sprzeciwił się graniu ofiarami mordu i nazwał go mianem zbrodni wojennej – w prezydenckim pałacu natychmiast pojawiała się pani Łojek i zdyskredytowała prezesa, a usłużna „Gazeta Polska” ujawniła, że pan prezes był zarejestrowany jako TW i w dodatku był paxowcem. Wszystko jasne? Jak słońce.

„Operacja Katyń” miała więc na celu: po pierwsze, rzucenie liny ratunkowej prezydentowi, który przegrał pojedynek z premierem na Westerplatte; po drugie, rzucenie liny „przyjaciołom ukraińskim” zaniepokojonym coraz bardziej krytycznym nastawieniem Polaków do Ukrainy i UPA (przedstawiciel PiS, kiedy Jarosław Kalinowski kilka miesięcy temu walczył o uchwałę potępiającą zbrodnie UPA milczał jak zaklęty na posiedzeniach konwentu seniorów); po trzecie, zatrzymanie procesu normalizacji stosunków polsko-rosyjskich poprzez kampanię permanentnej prowokacji; i po czwarte, zatrzymanie procesu zmiany polityki wschodniej RP poprzez podtrzymanie skompromitowanej linii „osaczania” Rosji przy pomocy trupów politycznych – Juszczenki i Saakaszwilego.

Pozostaje tylko jedno pytanie – czy naprawdę w tym celu trzeba grać ofiarami zbrodni katyńskiej? Czy nie nadszedł już czas, by dać spokój duszom zamordowanych? Czy nie jest już czas, by zaprzestać upokarzających widowisk pod obłudnym hasłem „my chcemy tylko prawdy”?

Czytany 5103 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04