środa, 11 listopad 2009 08:25

Jan Engelgard: Kto obalił ten mur?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
alt Jan Engelgard

Niezwykle irytujące są polskie reakcje na rocznicę obalenia muru berlińskiego. Podczas gdy Brytyjczycy i Francuzi zachowują wstrzemięźliwość, my staramy się za wszelką cenę przekonać siebie i innych, że to my zjednoczyliśmy Niemcy.
Jest to irytujące z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to nieprawda, a po drugie, zjednoczenie Niemiec niosło ze sobą poważne zagrożenia dla naszej przyszłości. Zjednoczenie Niemiec dokonało się w głównie mierze dzięki tzw. polityce pierestrojki w ZSRR, a raczej jako niespodziewany i nie planowany rezultat tej polityki. Także tzw. okrągły stół w Polsce był możliwy tylko dlatego, że zgodziła się na to gorbaczowowska Moskwa. Owszem, możemy doszukiwać się, że Polski Sierpień przyspieszył ewolucję kierownictwa sowieckiego, ale w tym czasie, kiedy zaczynała się tzw. pierestrojka (czyli w roku 1985) akurat to nie miało żadnego znaczenia, bo wówczas Solidarność jako siła polityczna praktycznie nie istniała.

Niemcy dobrze o tym wiedzą, więc fetują w rocznicę obalenia muru berlińskiego właśnie Gorbaczowa, on dostaje największe oklaski, on cieszy się największą sympatią. Dlaczego? Bo dobrze wiedzą, że gdyby Moskwa zdecydowała się przeciąć ten proces, to miała ku temu możliwości. W wydanej niedawno książce pt. „Armagedon był o krok. Rozpad Związku Radzieckiego 1970-2000”, amerykański politolog, Stephen Kotkin, pisze, że ZSRR mógł wówczas bez większego ryzyka wymusić porządek i okopać się na zimnowojennych pozycjach na dalsze 10-20 lat. I nikt by się temu nie przeciwstawił, bo oznaczałoby to wojnę jądrową. Nikt więc nie obalił komunizmu, ani ZSRR – on się załamał od wewnątrz, a zasługą jego ówczesnego kierownictwa było to, że ten rozpad dokonał się tak bezboleśnie i w sumie pokojowo. Tak więc, to nie my ani Reagan są ojcami zjednoczenia Niemiec, jest nim – wtedy wbrew własnym poglądom – Michaił Siergiejewicz Gorbaczow.

Polska była krajem, który w związku wydarzeniami w Berlinie mógł mieć największe obawy. Wszak 1/3 naszego terytorium to były obszary dawnej Rzeszy, tereny uznawane w prawodawstwie RFN jako pozostające „pod polską administracją”. Helmut Kohl zaszokował wszystkich, kiedy de facto odmówił uznania naszej granicy zachodniej, powołując się na to, że zjednoczone Niemcy nie są zobligowane umowami w tej sprawie, jakie podpisywały NRD (1950) i RFN (1970). Tak więc, już na samym początku Niemcy pokazały czym może być dla nas zjednoczenie. Nic więc dziwnego, że zarówno ówczesne władze z gen. Wojciechem Jaruzelskim, jak i rząd Tadeusza Mazowieckiego – uruchomiły wszelkie działania mające na celu wymuszanie na Kohlu jasnej deklaracji w sprawie granic. I właśnie wtedy zadziałała raz jeszcze, na naszą korzyść, dawna koalicja antyhitlerowska – z decydującym zdaniem ZSRR Gorbaczowa i przy zdecydowanym wsparciu naszego stanowiska przez Wielką Brytanię Margaret Thatcher i Francji Francois Mitterranda. Kohl musiał się ugiąć, bo gdyby się upierał, to mocarstwa zahamowałyby zgodę na zjednoczenie i podtrzymały żywot NRD (najbardziej tego chciał Mitterrand). Ten moment historii pokazał też jasno, że wbrew idiotycznej interpretacji naszej najnowszej historii przez nas samych – zarówno Jałta, jak i Poczdam nie były dla narodu polskiego klęską. W Jałcie postanowiono, że Polska przesunie się terytorialnie na zachód i będą wolne wybory (co nastąpiło w roku 1991), natomiast Poczdam de facto dał nam granicę na Odrze i Nysie. W roku 1990 nie było więc mowy o cofaniu zegara historii, ani przez Niemcy, ani przez Polskę. Nowa Polska wyłaniała się jako prawny i terytorialny następca PRL, a nie II RP, jak z uporem maniaka próbują nam wmawiać najprzeróżniejsi nawiedzeni interpretatorzy. Także Niemcy musiały to uznać. I tylko dlatego są dzisiaj zjednoczone.
Czytany 8207 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04