niedziela, 15 maj 2011 10:28

Gregory Tinsky: Spojrzenie ze wschodu na polską politykę wschodnią

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

bookopen  Gregory Tinsky

Towarzysz Leonid Breżniew na przełomie lat siedemdziesiątych powiedział: „gospodarka powinna być oszczędna”. Ta genialna myśl od razu została sparodiowana przez licznych radzieckich dowcipnisiów i w skrócie brzmiała w sposób następujący: „gospodarka powinna być”. W odniesieniu do podstawowego pytania niniejszej dyskusji „jaką powinna być polska polityka wschodnia?”, odpowiedź brzmi „polska polityka wschodnia powinna być”.

Obecnie Polska nie prowadzi żadnej polityki wschodniej. To dziwne „zjawisko”, które zajmuje jej miejsce, jest raczej kartą przetargową w wewnątrzpolitycznych rozgrywkach na rodzimej scenie politycznej. Obecnie jest to broń masowego rażenia, wykorzystywana przez Jarosława Kaczyńskiego i środowisko PiS, przeciwko obozowi rządzącemu.

Nie posiadając ambicji do utworzenia nowych zrębów polityki zagranicznej, jestem zmuszony po prostu powtórzyć powszechnie znany slogan – polityka zagraniczna jest przedłużeniem polityki wewnętrznej i ma służyć jej realizacji. Polska w wieku XXI jest średniej wielkości państwem europejskim, mającym, jak każde państwo, własne interesy polityczne i gospodarcze. W wieku XXI ma dwa ważne atuty – członkostwo w UE i NATO. Dzięki NATO Polska może być spokojna o swoje bezpieczeństwo, a dzięki UE może budować własną politykę zagraniczną, w oparciu o autorytet Europy Zjednoczonej, czyli drugiego pod względem wagi politycznej po USA gracza na świecie.

Na początku lat dziewięćdziesiątych Polska była uważana na Zachodzie za specjalistę od spraw polityki wschodniej. W rozmowach prywatnych dyplomaci amerykańscy mówili nawet, że rola Polski w dyplomacji światowej polega na dobrej znajomości sceny politycznej w Rosji i bogatym doświadczeniu we współpracy z byłym „Wielkim Bratem”. Stany Zjednoczone planowały zrobić z Polski pomost pomiędzy Zachodem, w jego klasycznym rozumieniu, a postradziecką Rosją. Nie udało się. Może nie dla tego, że dyplomacja amerykańska myliła się co do możliwości dyplomacji polskiej. Polsce zabrakło nie tyle zdolności, co chęci. Prezydent Aleksander Kwaśniewski, który miał niesamowite możliwości układania jak najlepszych stosunków z Moskwą, nie czynił tego z powodu obaw dotyczących jego komunistycznej przeszłości. Podobna motywacja zdominowała i zachowanie premiera Leszka Millera.

Jednak warto zauważyć, że Rosja też nie pozostaje bez winy w tym, że stosunki polsko-rosyjskie w ostatniej dekadzie XX wieku wyglądały nie najlepiej. Nowa, niezależna Rosja po raz pierwszy po 1922 roku została podmiotem prawa międzynarodowego i w tej swojej nowej jakości poszła błędną drogą radziecką. Odziedziczona po Związku Radzieckim mania wielkomocarstwowości przeszkadzała Moskwie w stosunkach z takim „małym krajem”, jak Polska, która miała ambicje, by być traktowana przez wielką Rosję, jak równy partner. Ministerstwo Spraw Zagranicznych FR miało na głowie ważniejszych kooperantów takich, jak USA, Niemcy, Wielka Brytania no i może Francja. W gmachu na nadbrzeżu Smoleńskim panowało przekonanie, że Polska powinna być szczęśliwa, jeśli ktoś z Moskwy chociaż uśmiechnie się do Warszawy. Nikt poważnie nie brał pod uwagę byłej stolicy Układu Warszawskiego.

Nową kartę w stosunkach polsko-rosyjskich otworzył prezydent Lech Kaczyński. Zawzięty rusofob, szukający każdej możliwości, aby ugryźć „ruskiego niedźwiedzia”, w sposób najbardziej bolesny, stał się nocnym koszmarem rosyjskiej dyplomacji. Polityka zagraniczna Polski w okresie jego prezydentury miała na celu dostarczyć jak najwięcej nieprzyjemnych uczuć znienawidzonej przez niego Moskwie. Zachowanie Kaczyńskiego uniemożliwiło nawet zwyczajne spotkania na wyższym szczeblu. O jakiejkolwiek współpracy polsko-rosyjskiej w ogóle nie było mowy. Paradoksalnie rusofobia Kaczyńskiego przyczyniła się do znacznej poprawy stosunków polsko-rosyjskich po jego tragicznym odejściu. Nie chodzi tu o współczucie Rosjan do Polaków po strasznej tragedii narodowej, która spotkała Polskę. Swoim zachowaniem Lech Kaczyński zademonstrował, jakie możliwości posiada niewielka Polska, aby zatruć życie wschodniemu (wielkiemu) sąsiadowi. Moskwa zrozumiała, że coś się zmienia, i że nawet krajowi średniej wielkości, który kiedyś był jej młodszym bratem, należy się szacunek i uwaga, co do jego interesów narodowych.

Inspirowany przez Polskę - unijny program Partnerstwa Wschodniego na razie ma na swoim koncie same porażki. Za najbardziej dotkliwą uważam nieudaną próbę nawiązania stosunków z reżimem Łukaszenki zwłaszcza, że odpowiedzialność za nią ponosi jeden z najbardziej zdolnych i doświadczonych ministrów spraw zagranicznych Polski w ostatnich latach - Radosław Sikorski. Tylko brakiem odpowiedniego rozeznania polityki białoruskiej i obyczajów reżimu „Baćki” można wyjaśnić ten policzek, który Sikorski razem ze swoim kolegą niemieckim - Guido Westerwelle - dostał od podstępnego, białoruskiego prezydenta. Partnerstwo Wschodnie - od początku wymierzone w liderską rolę Federacji Rosyjskiej na przestrzeni postradzieckiej - jeżeli ma odnieść sukces, powinno zmienić swoją taktykę. Oferta dla członków Partnerstwa musi być konkurencyjna w porównaniu z ofertą Rosji. Moskwa wcale nie życzy sobie utraty wpływów na Ukrainie, Białorusi i w innych byłych republikach radzieckich na rzecz UE. Przepraszam za banał, ale polityka jak zawsze jest sztuką możliwego. Jeżeli Ukraina, która zajmuje specjalne miejsce w polskiej polityce wschodniej i w rosyjskiej polityce południowo-zachodniej, zobaczy że oferta unijna jest bardziej dla niej atrakcyjna– pójdzie w kierunku Unii. Jednak Polska, razem z Unią, aby osiągnąć ten cel, powinny zaproponować coś bardzo konkretnego. Otwarcie ukraińskiego rynku na Europę przyniesie temu krajowi na początku same problemy. Czy Ukrainie starczy wytrzymałości żeby doczekać się pozytywnych efektów? Nie jestem tego pewien. Profity od przystąpienia Ukrainy do jednej celnej przestrzeni z Rosją, Białorusią i Kazachstanem są oczywiste. Ale w perspektywie długoterminowej Europa dla Ukrainy jest lepszym kierunkiem. Jak potoczy się ten proces? Dziś nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Osobiście uważam, że Ukraina raczej wybierze profity dnia dzisiejszego (Rosja) lub będzie balansować między obiema ofertami.

Dziś mamy możliwość rozpoczęcia wszystkiego od zera. Lecz nie możemy działać inaczej niż na podstawie zdrowego pragmatyzmu. Każdy kraj ma swoje interesy a sojuszników trzeba wybierać wśród tych, których interesy są podobne – nie na odwrót. Jak mawiał Winston Churchill, Brytania nie ma stałych sojuszników – ale ma stałe interesy. Mądry był z niego człowiek.

Tekst ukazał się w ramach debaty Czy modyfikacje w obrębie Doktryny Giedroycia są wystarczające? Jaką drogą powinna podążyć polska polityka wschodnia?, prowadzonej wspólnie przez:

pw pol-globalna ecag-mini

Czytany 7772 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04