piątek, 06 kwiecień 2012 09:05

Gary Muvout: Cebula, bieguny świata oraz inne niepostępowe gusła...

Oceń ten artykuł
(1 głos)

onion


  Gary Muvout

Mawiają, że zjawiskiem poprzedzającym koniec świata będzie odwrócenie biegunów Ziemi, co poprzedzi katastrofę, zapowiadaną z uwagi na brak miejsca na kolejne daty w słynnym kalendarzu starożytnych Majów. Miejmy jednak, że rację będzie miał Muniek Staszczyk, który śpiewał, że „koniec świata się nie opłaca”. Pozwólmy sobie jednak na chwile refleksji nad rzeczoną biegunowością w znaczeniu bardziej symbolicznym, ale i do pewnego stopnia również fizycznym, bo dotyczącym właśnie geopolityki.

Zacznijmy od tego, że do niedawna amerykański mit związany był dla większości z nas z wartościami kapitalistycznymi, opartymi na umiłowaniu wolności, swobód obywatelskich, etyce pracy (o czym traktuje inny słynny mit od pucybuta do milionera) i stwarzaniu możliwości awansu w oparciu o rywalizację i inwencyjność jednostki. Tak to było w dużym skrócie, z naciskiem na było i przeminęło.

To co dzieje się z amerykańskim bankiem rezerw federalnych, drukowaniem pieniędzy na potęgę, brakiem pokrycia w realnym kapitale wartości dolara, ograniczaniem swobód obywatelskich pod płaszczykiem ochrony bezpieczeństwa, masową inwigilacją i polityką obronną, będącą w istocie totalnym imperializmem – to tylko niektóre zjawiska, stawiające sztandarowe wartości Ameryki pod znakiem zapytania.

Obecnie, pod rządami demokratów i opozycyjnych „malowanych” republikanów, widać, że kraj ten rządzony jest z tylnego fotela poprzez rynki finansowe. Ameryka tonie w długach i zaprzecza wartościom kapitalistycznym, które zabraniają życia ponad stan. Tymczasem o takie działania i zakusy posądzać można byłoby raczej socjalistyczne utopie.

Obecnie w USA wprowadza się obowiązkowe ubezpieczenia zdrowotne, kosztem ogromnych obciążeń budżetowych, co raczej każdego w miarę spostrzegawczego Czytelnika skłoni do zadania sobie pytania, czy czegoś nam to nie przypomina?

Wyżej wspomniano o „malowanej” opozycji. „Malowanej”, gdyż w zasadzie jednym głosem z demokratami krzyczy ona o konieczności ataku na Iran i potrzebie dawania zapewnień bratniemu Izraela o swoim poparciu dla tego pomysłu. Mamy więc „poważnych” oponentów dla Obamy w postaci Ricka Santoruma i Mita Romneya, którzy walczą ze sobą o nominację w prezydenckich wyborach z ramienia partii republikańskiej.

Nie warto poświęcać ich osobom wiele miejsca poza stwierdzeniem, że podobno za Santorumem na prawo jest tylko ściana. Wnioskuje się to po tym, że nosi strasznie „oldschoolowy pulowerek” i jest skrajny w poglądach na aborcję. Smutne jest jednak, że tak naprawdę stanowi tylko wydmuszkę konserwatyzmu z poparciem dla interwencji w Iranie, z pobożną żoną, która wcześniej romansowała z ginekologiem, rozwodnikiem i aborcjonistą! Z koeli Mit Romney, który ponoć jest umiarkowanym konserwatystą i mormonem, jest niewybieralny właśnie z tego powodu. Amerykanie nie uważają tego kościoła za chrześcijańskie wyznanie, a raczej sekciarski odłam. Nawiasem mówiąc chyba nie bez powodu, bo wielu obserwatorów uważa mormonów jako swego rodzaju piątą kolumnę, działającą na rzecz osłabienia chrześcijaństwa, posądzając o związki z Izraelem. Jeśli nawet Mit Romeny uzyskałby nominację republikanów, oraz jakimś cudem wygrałby, mimo swojej słabej pozycji, z Obamą, to prawdopodobnie mógłby być łatwo sterowalny przez ten osławiony ostatnio w USA 1% społeczeństwa. Wszystko to byłoby tylko jakąś alternatywną wersją zdarzeń, traktowaną w pewnych kręgach w kategoriach spiskowych, gdyby nie fakt, że mimo widocznego poparcia w społeczeństwie, w mediach pomijany jest zupełnie Ron Paul, który kandydatem „malowanym” już nie jest. Optuje on za powrotem do wartości iście kapitalistycznych, jest wrogiem socjalizmu i zadłużania kraju i oczywiście optuje za powrotem do parytetu złota. On jednak nie dostanie nawet szansy na nominację, bo posądzany jest przez swoje poglądy jako, uwaga... rzecznik Kremla! Wiadome jest zatem, że szans wielkich nie ma. Nawet gdyby wygrał, to czy lobby finansowe, sterujące emisją dolara poprzez FED, a wiec gromadkę prywatnych bankierów, pozwoliłoby mu rządzić?

Pamiętajmy, że walka o bank centralny i kontrolę nad emisją pieniądza w Ameryce toczona jest w zasadzie od momentu powstania USA. Przeplata się ona na zmianę z zabójstwami i zamachami na przeciwników prywatyzacji banku centralnego. Pamiętajmy, że siódmy prezydent Andrew Jackson doprowadził do realnej kontroli amerykańskiego kongresu USA nad emisją pieniądza. Był on pierwszym tak wysoko postawiony amerykańskim politykiem, na którego przeprowadzono aż dwa zamachy. Jako epitafium zażyczył sobie wyrycia znamiennej sentencji „Zabiłem banki!”. Brak nominacji dla Rona Paula jest zatem zmartwieniem dla demokracji w USA, a raczej dobrą wiadomością dla najbliższej rodziny tego męża stanu.

Jeśli po takiej diagnozie stanu demokracji w USA zestawimy ją z analizą wydarzeń na Bliskim Wschodzie i procesami, jakie dokonują się w Chinach i Rosji, to robi się jeszcze ciekawiej. Otóż, jak powszechnie, wiadomo, za Syrią i Iranem murem stoją właśnie Chiny i Rosja, w których sposób sprawowania władzy daleko odbiega od zachodnich standardów demokratycznych.

Ciekawe jednak, że w mediach uważa się, że Syria i Iran to kraje dyktatorskie i fundamentalistyczne. Nawet jeśli uznać, że USA chcą, wespół z Izraelem, chcą dokonać ataku, z uwagi na złoża ropy, to i tak wśród opinii publicznej panuje zgoda, że trzeba zrobić porządek z tymi „mordercami” i „dyktatorami” – inaczej się o nich w mediach nie mówi i nie pisze.

Problem polega na tym, że podobnie, jak w słynnym „radiu Erewań”, wcale nie chodzi o ropę. Państwa te wcale nie są terrorystyczne, a jedynie fundamentalistyczne, ale w odniesieniu do reguł jakie panują na rynku. Problem rozpoczął się w momencie, kiedy Iran, w rozliczeniach z Indiami, zażyczył sobie zapłaty w żywym złocie, a nie w petrodolarach. Nie trzeba wiele mądrości, aby stwierdzić, że w sytuacji, w której światowy handel surowcami odbywa się w „zielonej walucie”, stanowi to pewien sposób sztucznej aprecjacji dolara. Dodruk amerykańskiej waluty na potęgę i zbrojenia, prowadzone  w iście galaktycznym tempie, byłyby niemożliwe, gdyby nie pokrycie w pertodolarach. USA rozsypałby się jak domek z kart, zaś imperialna polityka i odgrywanie roli globalnego żandarma odeszłyby wówczas do lamusa.

Aby nie być gołosłownym i poprzeć te stwierdzenia przykładami – przyjrzyjmy się kazusom Libii i Iraku. Państwa te również zostały pozbawione „tyranii”, zastąpionej przez demokracje, ale dopiero po jawnych próbach zmiany rozliczeń w dolarach za ropę, na euro (w przypadku „straszliwego” Saddama Husseina) oraz po próbie wprowadzenia do obiegu handlowego złotego dinara (w przypadku jeszcze gorszego Maummara Kaddafiego). W przypadku Iraku, bardzo szybko po przeprowadzeniu pierwszej transakcji w euro, dokonano militarnej operacji w poszukiwaniu broni masowego rażenia, której nie tylko nie znaleziono, ale istnienie której, co dowiodły późniejsze śledztwa, w zasadzie wykreowano. W przypadku Libii, mimo kilkudziesięciu lat rządów, Kaddafi dopiero teraz stał się przeszkodą na drodze demokratycznej i spontanicznej rewolucji bezbronnych cywilów, skrzykniętych z pomocą Facebooka.

Walka o surowce jest wobec powyższego ważna, ale nie najważniejsza. Kryzys energetyczny jest niestety tworem sztucznym, który w praktyce stanie się czynnikiem ponaglającym USA do zdecydowanych działań w momencie, w którym Iran nieopatrznie zdecyduje się zablokować cieśninę Ormuz. Wtedy statystyczny obywatel UE tankując „szpetnie zaklnie” i będzie się domagał zdecydowanych porządków „z tymi islamistami itd.”. Nic tak dobrze bowiem nie robi jak poparcie opinii publicznej, pompowanej dodatkowo niespotykaną w skali propagandą medialną, której emanacją było pokazanie we wszystkich serwisach informacyjnych śmierci dwulatka w wyniku działań wojsk wiernych Asadowi! Wtedy okazać się może, że i nasi chłopcy chętnie polecą na swych F-16C/D blok 52+, bronić zarówno demokracji, jak i walcząc o zabezpieczenie interesów paliwowych nie tylko Rzeczypospolitej, ale i całej planety!

Z drugiej strony trudno wierzyć mi w dobrą wolę premiero-prezydenta Władimira Putina wobec naszego kraju, ale nigdy nie przypuszczałbym, że na arenie międzynarodowej rzecznikami wolnego rynku i kapitalizmu będą kraje muzułmańskie, komunistyczne Chiny i imperialna Rosja! Do tego dodajmy jeszcze niedawną wypowiedź noblisty, ale również byłego SS-mana – Guntera Grassa, który stwierdził, że Izrael jest kompletnie nieodpowiedzialnym krajem, przez który może wybuchnąć wojna światowa. Grass stwierdził również, że kraj, który ukrywa swój arsenał jądrowy na pustyni Negew, nie poddając się kontroli międzynarodowej, sam rości prawo stawiania pod pręgierzem Iranu, a wszelaki sprzeciw wobec swoich planów podlewa antysemickim sosem.

Podsumowując obraz sytuacji, kiedy „czekiści” i „fundamentaliści” bronią parytetu złota, kraje demokratyczne przepoczwarzają się w „dyktatury ciemniaków”, jak powiedziałby Stefan Kisielewski, a prawdę o międzynarodowym dictum głosi były członek Waffen SS, trudno zaprzeczyć tezie o odwróceniu biegunowości naszej biednej Ziemi. Czyżby jednak nie słowa TLove, a serialowa sentencja „Koniec świata Panie Popiołek!”, okazały się prorocze?

Tezę o odwróceniu biegunów świata, w opisanym wyżej znaczeniu, poparłby nieżyjący już Vladimir Volkoff, słynny pisarz powieści szpiegowskich, potomek białego oficera carskiej armii, a także były agent kontrwywiadu francuskiego, który nie raz zmagał się z islamistami, żywiąc wręcz organiczną nienawiść wobec KGB i komunistycznej Rosji. Upust tej nienawiści można było znaleźć w twórczości tego emerytowanego oficera wywiadu, którego to dzieła były wydawane w PRL jedynie w drugim obiegu, ciesząc się niesłabnącą popularnością w środowisku opozycji. Poczytności powieści takich, jak „Montaż” czy „Werbunek” należało upatrywać we wplataniu przez autora, w niepoślednią fabułę, arkanów warsztatu profesjonalnej dezinformacji i pracy kontrwywiadowcy, co dla podziemia solidarności było wiedzą wręcz bezcenną. Niemniej jednak, po zakończeniu zimnej wojny, Volkoff zmienił swoje poglądy i zaczął dryfować w kierunku pojednania z „matuszką Rosiją”. Jego idolem stał się Władimir Putin – jego, jakby nie było, wcześniejszy wróg! Upust tej zmianie biegunowości dał we wspaniałej powieści „Zamach” z roku 2005 r., w której, na krótko przed śmiercią, opowiadał o prawdziwym zagrożeniu dla współczesnego świata, przyobleczonego w owczą skórę. Wszystko to znów można byłoby uznać za fikcję literacką, gdyby zmiana w twórczości nie odzwierciedlała zmiany poglądów tego mądrego człowieka, który poniekąd uchodzi za twórcę współczesnej teorii dezinformacji. Nasi rodzimi spin-doktorzy uznają lektury tego autora za kanon, a jeśli nie, powinni jak najszybciej uzupełnić braki, żeby nikt nie zdemaskował ich ignorancji.

Rzeczony Gunter Grass w książce-spowiedzi „Obierając cebulę” kreśli własną, skomplikowaną historię życiową, ale przed wszystkim opowiada w sposób metaforyczny o otaczającej go rzeczywistości, która niczym cebula jest wielowarstwowa. Obierający ze łzami w oczach odkrywa jej kolejne, jakże zaskakujące oblicza.

Fot. sxc.hu/ Glenn Pebley

Czytany 5145 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04