środa, 09 marzec 2011 09:13

Dmitrij Trenin: Pozorna zmiana wymuszona przez sytuację

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

kremlin


  Dmitrij Trenin

Niedawne zmiany w polityce zagranicznej Rosji, jej większe otwarcie na Zachód, wynikają z wpływu okoliczności zewnętrznych. Nie uległy zmianie przekonania rządzących krajem, nie pojawiła się żadna nowa filozofia przywództwa.

Te zewnętrzne okoliczności to, po pierwsze, fakt, że świat stał się wielobiegunowy, a rządzący uświadomili sobie, że Rosja nie stanowi w nim bieguna, i po drugie, utrata przez nią miejsca w międzynarodowej hierarchii dziobania. Jeśli ta spadkowa tendencja się utrzyma, kraj zostanie zmarginalizowany. Alternatywa jest zatem prosta: modernizacja lub marginalizacja. Po trzecie, aby przeprowadzić modernizację, trzeba zapewnić sobie pomoc krajów rozwiniętych znajdujących się przede wszystkim na Zachodzie. Po czwarte wreszcie, Rosja musi wykorzystać szansę stworzoną przez administrację prezydenta Obamy, która przyjęła wobec Moskwy stosunkowo łagodną politykę. Nie można również bagatelizować kwestii coraz bardziej zyskujących na znaczeniu Chin. Wszystko to sprawiło, że Rosja zmuszona została do przeorientowania swojej polityki zagranicznej.

Jedną z najważniejszych oznak zmiany kursu było poparcie przez Rosję sankcji ONZ wobec Iranu. Społeczność międzynarodowa nie powinna bagatelizować tego posunięcia. Rosja znalazła się na celowniku irańskich przywódców, którzy oskarżają ją o chodzenie na pasku Zachodu. Relacje rosyjsko-irańskie nie będą już takie jak wcześniej. Teheran nie wysuwa podobnych oskarżeń pod adresem Chin, mając nadzieję, że stanowisko Pekinu wciąż jeszcze może ulec zmianie. Tymczasem Moskwa dołączyła w opinii irańskich przywódców do obozu zwolenników twardej, wrogiej linii. W przeszłości, gdy Rosja potępiała irański program nuklearny, a mimo to dostarczała paliwo dla elektrowni w Bushehr, wpisywała się swoimi działaniami w popierane również przez Amerykę próby rozwiązania konfliktu drogami dyplomatycznymi. Ludzie z poprzedniej i obecnej administracji prezydenckiej w Waszyngtonie zdają sobie sprawę, że od tego czasu Rosja znacząco zaostrzyła swoje stanowisko, i doceniają ten ruch o wiele bardziej niż prasa.

Drugim dowodem na zmianę polityki Rosji jest uregulowanie sporu granicznego z Norwegią. Oddanie kawałka Morza Barentsa skrywającego obietnicę bogactw naturalnych na dnie było kolejnym ważnym krokiem. Rezygnacja z roszczeń terytorialnych to poważny, wyrazisty symbol i młyn na wodę tych, którzy chcieliby oskarżyć władze o osłabianie kraju. Szewardnadze do dziś jest znienawidzony za to, że w 1990 roku ustąpił w sporze o granicę rosyjsko-amerykańską na Morzu Beringa.

Kiedy ceny ropy szły nieustannie w górę, rosyjscy przywódcy mogli pozwolić sobie na złudzenia, że do modernizacji kraju nie potrzebują niczyjej pomocy, a konieczne zasoby i wiedzę mogą sobie po prostu kupić. Nie uznawali zbliżenia z Europą czy Stanami Zjednoczonymi za konieczne. Kryzys ekonomiczny rozwiał niektóre spośród tych złudzeń. Nagle zdali sobie sprawę, że po pierwsze, pieniądze stanowią wyjątkowo nietrwałe dobro. Po drugie, nie napłynęły inwestycje, które miały przynieść innowacje technologiczne. Co więcej, inwestorzy zaczęli odpływać z Rosji. Po trzecie, cień Chin stał się dłuższy i wyraźniejszy. Rosyjscy przywódcy uświadomili sobie, że kraj traci na znaczeniu, a nie chcą rządzić państwem, które znajduje się w stanie postępującego upadku. Pragną za wszelką cenę utrzymać Rosję jako wielką potęgę i coraz dobitniej przekonują się, że waluta dająca siłę różni się w XXI wieku od tej, jaką posługiwano się z powodzeniem w ubiegłych stuleciach. Nie stanowi jej już siła militarna jak w czasach Piotra I ani rozwój kapitalistycznego przemysłu jak za Aleksandra II, ani skok przemysłowy dokonany pod rządami Stalina. Liczą się innowacje i technologie. Tej właśnie waluty Rosji dotkliwie brakuje i zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie zdobyć jej na własną rękę. Chce ją uzyskać od krajów Europy, od Stanów Zjednoczonych i Japonii.

Rosja należy wprawdzie do BRIC, grupy nowych potęg skupiającej poza nią Brazylię, Indie i Chiny, ale jest w tym towarzystwie jedyną potęgą, która raczej upada, niż zyskuje na znaczeniu. Na przykład błyskawicznie rozwijające się Chiny są w Rosji postrzegane może nie tyle jako zagrożenie, ale jako powód do coraz większego niepokoju. Moskwa nigdy nie miała do czynienia z silnymi Chinami. Przez trzy stulecia Chiny były dla niej krajem słabym, w pewnym momencie nawet jej klientem. Dziś Moskwa niepokoi się, że na Syberii i Dalekim Wschodzie będzie coraz więcej chińskich obywateli prowadzących interesy i wykupujących ziemię. Przy tak nierównej relacji trudno mówić o sojuszu. Z drugiej strony Rosja nie zrobi niczego, co mogłoby doprowadzić do poważnego pogorszenia jej stosunków z Chinami. Mimo swoich obaw Moskwa czyni wszystko, by utrzymać dobre relacje i jakikolwiek antychiński pakt stanowi prawdziwe tabu.

Jeśli chodzi o wspomnianą wcześniej szansę na „nowe otwarcie” w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, to prezydent Obama „zresetował” nie tylko politykę rosyjską, ale całą amerykańską politykę zagraniczną. Sformułował inny zestaw priorytetów. Zredukował również ich liczbę, twierdząc, że formułowanie celów na wyrost był jednym z błędów administracji Busha. Obama chce skonsolidować podstawy amerykańskiej potęgi i Rosja jest mu potrzebna w dwóch sprawach – Afganistanu i Iranu. Kwestią sporną przestaje być Gruzja. Bush potrzebował jej, by uzasadnić politykę „promowania demokracji” na świecie wobec pogarszającej się sytuacji w Iraku. Obama jest nieufny wobec prezydenta Saakaszwilego i wciąż traktuje go chłodno po wydarzeniach z 2008 roku. Waszyngton obserwował też wybory na Ukrainie i zdecydował się zaakceptować ich rezultaty, co było jasnym sygnałem odwrotu od ideologii towarzyszącej polityce prezydenta Juszczenki. Jeśli chodzi o rezygnację z budowy tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach, to była to decyzja, która wydawała się najtrafniejsza z militarnego punktu widzenia. Skoro zasadniczym problemem stał się Iran, zrekonfigurowanie systemu obrony antyrakietowej wydawało się rozsądne.

Zasadnicze znaczenie ma jednak to, że Obama przedsięwziął wszystkie te kroki bez rozmów z Moskwą. Nie ugiął się pod presją Rosji, lecz skorzystał z suwerennej władzy prezydenta USA. Okazał się wyjątkowo łaskawy dla Rosji, ocieplając wzajemne relacje i podchodząc do nich bardziej pragmatycznie. Zielone światło dla Rosji nie wynika z tego, że traktuje on Moskwę jako priorytet. Nie drażni jednak Rosjan bez wyraźnej strategicznej potrzeby, co nagminnie robił Bush. Rosjanie powinni wykorzystać ten moment, nie wiadomo bowiem, jak długo potrwa i czy Obama zostanie ponownie wybrany.

Nie można również bagatelizować ocieplenia stosunków polsko-rosyjskich. Wynika ono z kilku przyczyn. Po pierwsze, Rosjanie zdali sobie sprawę, że poważna współpraca z Unią Europejską nie jest możliwa bez wzięcia pod uwagę głosu Polski. Warszawa zaczęła być postrzegana jako ważny unijny gracz. Po drugie, pojawiła się kwestia gazu łupkowego, którego wydobycie mogłoby zdywersyfikować źródła polskiej energii. Kluczowe znaczenie ma jednak pierwszy czynnik – w Rosji nastąpiło poważne przewartościowanie opinii na temat pozycji Polski w Europie. Rosyjscy przywódcy, z czego bardzo się cieszę, zrozumieli nareszcie, że Europa nie kończy się na Berlinie.

Tę zmianę optyki wiązałbym przede wszystkim z wojną w Gruzji w 2008 roku. Rosjanie podjęli po jej zakończeniu wiele pojednawczych kroków, zdali sobie bowiem sprawę, jak blisko była nowa zimna wojna i jak bardzo kraj ucierpiałby w jej wyniku. Rosja oglądana z perspektywy Kremla jest odległa od obiegowego wizerunku kraju prącego do wojny i obdarzonego niespożytymi, imperialnymi ambicjami.

Problem z nowym otwarciem Rosji polega jednak na tym, że choć rządzący zdali sobie sprawę z konieczności modernizacji i zrozumieli, że nie dokonają jej bez pomocy zachodnich rozwiniętych państw, to pojmują ją zbyt wąsko. Po upływie kilku lat, dajmy na to w 2014 roku, kiedy zakończy się kolejna runda wyborów, rosyjscy przywódcy staną przed bardzo trudnymi decyzjami. Albo wybiorą konserwację reżimu i zrezygnują z modernizacji lub uczynią ją ledwie pustym hasłem, albo opowiedzą się za modernizacją w szerokim sensie, obejmującą nie tylko wprowadzanie nowych technologii i innowacji, ale także inne kwestie, jak choćby walkę z korupcją. Pójście drogą konserwacji może wydawać się bezpieczne na krótką metę, ale w dłuższej perspektywie z całą pewnością doprowadzi do marginalizacji i fragmentaryzacji kraju. Modernizacja wiąże się z ryzykiem, szansa na sukces nie jest duża, ale przynajmniej istnieje. Rosja wkracza dziś w niezwykle ważną dekadę, w której będzie musiała podjąć zasadnicze decyzje.

Artykuł ukazał się w nr 3/2010 Miesięcznika Idei Europa Eur

Czytany 5745 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04