sobota, 17 lipiec 2010 06:22

Bliskowschodnia real(geo)politik

Oceń ten artykuł
(1 głos)

altalt



Paweł Luty

Relacje izraelsko-tureckie w ostatnich tygodniach uległy znacznemu ochłodzeniu, wręcz zlodowaceniu. Sytuacja osiągnęła taki punkt, iż Turcy zapowiedzieli nawet zerwanie stosunków dyplomatycznych z Izraelem. W czasie trwającego kryzysu warto jest przyjrzeć się jego przyczynom i historii.

Aby dobrze zrozumieć specyfikę dynamiki dzisiejszych stosunków izraelsko-tureckich, niezbędne jest poznanie ich historycznego tła. Gdy w 1947 roku na forum Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych toczyła się debata dotycząca przyszłego podziału mandatu brytyjskiego w Palestynie Turcja nie zgadzała się z propozycjami utworzenia na tym obszarze państwa żydowskiego. Turcy uważali, że terytorium Palestyny powinno w całości znajdować się pod jurysdykcją ludności arabskiej. Po mimo swojego sprzeciwu wobec powstania Izraela, armia turecka nie wzięła udziały w wojnie 1948 roku jaka toczyła się pomiędzy koalicją w skład, której wchodziły Egipt, Syria, Liban, Irak, Transjordania, Arabia Saudyjska oraz Jemen a Izraelczykami.

Relacje pomiędzy Jerozolimą a Ankarą nabrały nowego wymiaru 28 marca 1949 roku – tego dnia Turcja, jako pierwsze państwo muzułmańskie, oficjalnie uznała Izrael. Nawiązano stosunki dyplomatyczne, jednak ze względu na presję ze strony krajów arabskich, miały one ograniczony charakter. Do pierwszego poważnego (i jak się później okazało trwałego) załamania w relacjach Turcji z Izraelem doszło po wojnie Jom Kippur (6–26.10.1973), które było spowodowane włączeniem się Turków w kampanię antyizraelską prowadzoną przez państwa islamskie. W 1975 roku Turcja poparła rezolucję ZO ONZ uznającą syjonizm za formę rasizmu, a cztery lata później w Ankarze utworzone zostało biuro Organizacji Wyzwolenia Palestyny. W 1988 roku Turcja uznała Palestyńską Radę Narodową.

Lata 90. XX wieku przyniosły jednak zmianę w stosunkach izraelsko–tureckich. Po podpisaniu porozumień z Oslo (1993) oraz historycznych wizytach i rewizytach wysokich przedstawicieli władz państwowych obu krajów w 1996 roku pomiędzy Ankarą a Jerozolimą zawarto umowy o współpracy wojskowo-handlowej (m. in. w sprawie dostaw wody z Turcji do Izraela). Od 2003 roku wzajemne relacje obu krajów ulegały systematycznemu ochłodzeniu. Było to spowodowane w głównej mierze dojściem do władzy w Turcji premiera Erdogana oraz załamaniem izraelsko-palestyńskiego procesu pokojowego. Do głębszych zapaści dochodziło przy okazji zabójstwa duchowego przywódcy Hamasu – szejka Ahmeda Jassina (2004), drugiej wojny libańskiej (2006), operacji „Płynny Ołów” (2008/2009) czy afery dyplomatycznej, w którą zaangażowani byli wiceminister spraw zagranicznych Izraela oraz turecki ambasador (styczeń 2010).

Real(geo)politik

Obecny kryzys w relacjach Jerozolimy z Ankarą spowodowany jest zamieszaniem jakie wybuchło po rajdzie na tzw. „flotyllę wolności” czy „flotyllę pokoju”. Tureccy rządzący oraz społeczeństwo są oburzeni tym, że w wyniku operacji izraelskich sił specjalnych zginęło kilkunastu działaczy propalestyńskich. Nie jest to pierwsze załamanie w historii stosunków izraelsko – tureckich aczkolwiek może być ono brzemienne w skutkach. Powody podawane przez tureckich polityków ze względu, na które Turcja miałaby zerwać stosunki z Izraelem stanowią jedynie pretekst, nie są prawdziwymi czynnikami wpływającymi na decyzję rządu w Ankarze. Rzeczywistą przyczyną zmiany strategii Turków jest geopolityka.

W wyniku kryzysu finansowego i gospodarczego, „renesansu” fundamentalistycznego terroryzmu religijnego, wojen w Iraku i Afganistanie, problemów demograficznych oraz chińskiej ekspansji ekonomiczno–militarnej następuje zjawisko nazywane „zmierzchem Zachodu”. Stany Zjednoczone pozostają największym światowym mocarstwem, ale ich znaczenie na arenie międzynarodowej oraz możliwości bycia „globalnym żandarmem” ulegają regresji. Europa nie jest już tak atrakcyjna gospodarczo dla emigrantów z Afryki czy Azji jak była kiedyś. Nie ma także woli politycznej pośród zachodnich decydentów do utrzymywania prymatu Zachodu. Taka sytuacja sprzyja Chinom, ale nie tylko - korzystają na niej także Indie czy Brazylia.

Skutki tego co się dzieje na świecie odczuwalne są również na Bliskim Wschodzie. Amerykanom co raz trudniej będzie kontrolować sytuację w tym regionie, co jest i będzie wykorzystywane przez Iran, Syrię oraz Arabię Saudyjską. Co ważne, żadne państwo regionu nie uzyskało statusu bliskowschodniego lidera. Do walki o to miano mogą kandydować państwa ze stolicami w Teheranie, Rijadzie i Jerozolimie (aczkolwiek wydaje się, że Izrael nie ma co liczyć na zwycięstwo w tym wyścigu). Dlatego też, jeśli Turcja nie chce stać się krajem ze „światowej drugiej ligi” musi podjąć zdecydowane działania albo w kierunku integracji z Unią Europejską albo włączenia się w wyścig o przywództwo na Bliskim Wschodzie.

Premier Erdogan zdaje się kierować w polityce zagranicznej zasadami bismarckowskiej Realpolitik. Z tureckiego punktu widzenia dużo bardziej opłaca się zaangażować w bliskowschodnią rywalizację. Jeśli nie dojdzie do jakiś rewolucyjnych zmian to Europa będzie raczej tracić na znaczeniu i Turcy nie będą zainteresowani wejściem do UE. Natomiast jeżeli wzmocnią swoją pozycję w regionie Bliskiego Wschodu to może im to przynieść ogromne korzyści. Wydaje się, że i ze względów kulturowych Ankara będzie orbitować bardziej na Wschód niż na Zachód. Najlepszym znakiem wskazującym, że Turcja zdecydowała się jednak porzucić Stary Kontynent jest właśnie stan relacji tego państwa z Izraelem.

 

Czytany 6089 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04