środa, 21 listopad 2012 08:58

Atakować czy nie atakować - oto jest pytanie?

Oceń ten artykuł
(5 głosów)
Iz-Usalt   Przemysław Furgacz

Premier Izraela Beniamin Netanjahu pogratulował wprawdzie Barackowi Obamie wyboru na drugą kadencję, niemniej jednak izraelscy przywódcy mają kwaśną minę. Tajemnicą poliszynela jest bowiem, iż w Izraelu liczono na zmianę na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Stosunki USA z Izraelem za prezydentury Baracka Obamy nie układają się najlepiej. Obama jest jednym z najmniej lubianych prezydentów amerykańskich w historii Izraela. Również sam Obama nie przepada za Beniaminem Netanjahu, o czym świadczy chociażby podsłuchana onegdaj przez wścibskich dziennikarzy jego rozmowa z ówczesnym prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym, podczas której obaj pozwolili sobie na chwilę szczerości odnośnie tego, co naprawdę myślą o „Bibim”, jak pieszczotliwie nazywany jest w Izraelu premier.

Głównym powodem, dla którego stosunki Izraela z USA pogorszyły się w ostatnich latach jest kwestia irańska. W przekonaniu większej części izraelskiego establishmentu politycznego i wojskowego, jak również zwykłych żydowskich mieszkańców Izraela Iran rządzony przez ajatollahów i Mahmuda Ahmadineżada i posiadający broń nuklearną jest olbrzymim – wręcz egzystencjalnym – zagrożeniem dla ich ojczyzny i jej mieszkańców. Premier Beniamin Netanjahu jest szczerze przekonany, że jeżeli nie powstrzyma się Iranu póki jest to jeszcze możliwe, to w przyszłości Izraelczyków może spotkać niebezpieczeństwo drugiego Holokaustu. W łonie izraelskich przywódców przeważa przekonanie, iż obecne władze Islamskiej Republiki Iranu cechuje irracjonalna niechęć, wrogość, wręcz nienawiść do Izraela. Tel Awiw jest przekonany, iż Iran posiadający broń nuklearną stanie się bardziej pewny siebie i znacznie bardziej agresywny na arenie międzynarodowej. Przekonanie to podzielają państwa z Półwyspu Arabskiego, które dzieli z północnym sąsiadem wiara (sunnizm vs szyizm), narodowość i stosunek do Ameryki, a w przypadku Zjednoczonych Emiratów Arabskich również i spory terytorialne o przynależności niektórych wysp w Zatoce Perskiej.

Tel Awiw od wielu lat naciska na Waszyngton, by Stany Zjednoczone podjęły stanowcze kroki w celu powstrzymania Iranu przed uzyskaniem broni jądrowej. Rząd Izraela otwarcie grozi, że jeżeli Iran nie wysłucha wezwań wielkich mocarstw, ONZ i społeczności międzynarodowej do zaprzestania prac nad wyprodukowaniem broni nuklearnej, to Izrael nie będzie miał innego wyjścia jak wziąć sprawy swojego bezpieczeństwa we własne ręce i samodzielnie zbombarduje irańskie instalacje nuklearne. Wiązałoby się to oczywiście z wybuchem wielkiej wojny na Bliskim Wschodzie, która byłaby niezwykle dotkliwa dla gospodarki światowej, już i bez tego zmagającej się z coraz to nowymi falami kryzysu. Z punktu widzenia władz izraelskich najlepiej byłoby, gdyby to potężne USA, mające znacznie większe możliwości militarne, a co za tym idzie szanse na przeprowadzenie skutecznej kampanii bombardowań powietrznych Iranu, zdecydowały się na siłowe wyperswadowanie ajatollahom ambicji mocarstwowych. Politycy izraelscy nie wierzą, żeby jakiekolwiek sankcje mogły przekonać Teheran do zaprzestania prac nad wyprodukowaniem broni jądrowej, choć oczywiście przyznają, iż mogą one znacznie uderzyć w irańską gospodarkę, a zatem osłabić izraelskiego arcywroga. Próba zmiany reżimu inspirowana przez zachodnie wywiady dokonana w czasie „zielonej rewolucji” w 2009 r. nie powiodła się. Także liczne izraelsko-amerykańskie tajne operacje sabotażowe wymierzone w irańskie programy nuklearny i rakietowy w praktyce jedynie opóźniają postępy irańskich naukowców, nie mogą jednak tychże postępów całkowicie pokrzyżować. Tak więc w przekonaniu dużej części izraelskich przywódców w praktyce jedyną opcją, jaka obecnie została jest jakaś forma zbrojnej operacji wymierzonej w irański program nuklearny. A czas nagli, bo z każdym rokiem, z każdym miesiącem i z każdym tygodniem Iran ma coraz więcej odpowiednio przetworzonych materiałów rozszczepialnych i jest coraz bliżej osiągnięcia upragnionego celu. M.in. z tego względu Tel Awiw uważa, że nawet, jeśli nowe sankcje uderzą w Iran wyjątkowo dotkliwie, to i tak jest już zbyt późno, by mogły one powstrzymać Teheran przed produkcją broni jądrowej.

Jak doniosła niedawno izraelska prasa już w 2010 r. izraelski premier (i jednocześnie przywódca prawicowego Likudu) Beniamin Netanjahu oraz izraelski minister obrony (zarazem lider lewicowej Partii Pracy) Ehud Barak wydali rozkaz do rozpoczęcia wojny z Iranem, ale natrafili na niespodziewany bardzo mocny sprzeciw ze strony ówczesnego szefa Mosadu Meira Dagana i szefa sztabu generalnego Izraelskich Sił Obronnych gen. Gabiego Aszkenazego oraz wielu innych generałów. Mieli oni wprost odmówić wykonania rozkazu. Efektem trzymanego w tajemnicy przed opinią publiczną starcia na szczycie izraelskich elit było zaniechanie ataku, jednakże w miesiącach po sporze premier Netanjahu pozbył się z wpływowych stanowisk dwóch głównych przeciwników wojny – Dagana i Aszkenazego, którzy odeszli na emeryturę. Podobno ich następcy są ludźmi bardziej powolnymi Netanjahu. Meir Dagan od czasu kiedy przestał być szefem Mosadu wielokrotnie publicznie zabierał głos sprzeciwiając się wyruszeniu Izraela na wojnę z państwem ajatollahów.

Niedawno w wywiadzie dla brytyjskiej „The Daily Telegraph” szef izraelskiego resortu obrony stwierdził, że decyzja władz Iranu o przeznaczeniu jednej trzeciej zgromadzonych zapasów uranu do celów cywilnych, która miała rzekomo zapaść latem tego roku, opóźniła ewentualny atak Izraela na Iran o 8-10 miesięcy. Niemniej jednak zdaniem Ehuda Baraka Teheran próbuje tylko zyskać trochę czasu i sam intensywnie przygotowuje się do wojny. Przywódca Partii Pracy w rozmowie z brytyjskim dziennikarzem podkreślił, iż same sankcje i dyplomatyczna presja nie wystarczą, by wybić ajatollahom z głowy plany zdobycia broni nuklearnej, dlatego też Izrael zastrzega sobie prawo do jednostronnego „prewencyjnego” ataku na Iran. Co więcej, zdaniem izraelskiego ministra obrony, ale także bardzo wielu innych polityków i politologów zajmujących się sprawami Bliskiego Wschodu, przekroczenie przez Iran progu nuklearnego będzie nieuchronnie skutkowało nuklearnym wyścigiem zbrojeń w całym regionie. Inne ambitne i wpływowe państwa Bliskiego Wschodu, takie jak Arabia Saudyjska, Turcja czy Egipt, nie pogodzą się bowiem z tym, że Iran broń nuklearną ma, o one jej nie mają. Można się spotkać z opiniami, iż Rijad zawarł niegdyś tajne porozumienie z Islamabadem, na mocy którego Arabia Saudyjska godziła się sfinansować dużą część pakistańskiego programu nuklearnego, w zamian za oczekiwała przekazania jej broni nuklearnej na wypadek, gdy Iran zdobędzie własną. Trudno zweryfikować te pogłoski, niemniej jednak nie powinno się ich lekceważyć.

Jak doniosła prasa brytyjska we wrześniu bieżącego roku izraelski Narodowy Instytut Studiów Bezpieczeństwa przeprowadził grę wojenną symulującą izraelską napaść na Islamską Republikę Iranu. W grze w różnych graczy sceny międzynarodowej mieli się wcielić najwyżsi rangą izraelscy politycy, członkowie wywiadu i generałowie. W grze Izrael przeprowadził dwie fale nalotów lotniczych na irańskie instalacje związane z programami nuklearnym i rakietowym. Podstawowe wnioski, jakie wyciągnięto z gry są takie, że wojna nie wymknęła się spod kontroli, a społeczność międzynarodowa dokładała starań, by konflikt nie eskalował, ale ograniczył się w wymiarach przestrzennym i czasowym, jak również użytej broni. Co więcej, w toku gry wojennej irański program nuklearny miał zostać kompletnie sparaliżowany na długie lata. Również straty, jakie Izrael miał ponieść w wyniku odwetowych uderzeń irańskich były dosyć umiarkowane. Tyle teoria. Jak pokazuje doświadczenie tego wojna może przybrać zgoła nieobliczalny przebieg. Wystarczy wspomnieć, że przed wyruszeniem na wojnę z ZSRS generalicja niemiecka przeprowadziła szereg gier wojennych, z których wynikało, iż wojska niemieckie w starciu z Armią Czerwoną powinny zwyciężyć zdobywając Moskwę przy umiarkowanych stratach, a nawet osiągając rubież Archangielsk-Astrachań. Tymczasem jak pokazała historia Wehrmacht utknął na przedmieściach Moskwy, a wojna zamiast krótkiej, względnie bezbolesnej i zwycięskiej zamieniła się w przewlekłą, niezwykle niszczycielską i dla Niemiec katastrofalnie przegraną.

Tymczasem irańscy generałowie nie próżnują i po raz kolejny w tym roku organizują duże ćwiczenia wojskowe. Tym razem na 10-17 listopada zapowiedziano ćwiczenia obrony powietrznej, w których wziąć udział ma 8 tys. żołnierzy wojsk lotniczych i wojsk obrony przeciwlotniczej. Teren ćwiczeń w praktyce ma objąć całą wschodnią połowę Iranu. Liczba różnego rodzaju manewrów wojskowych w Iranie, Zatoce Perskiej, na Półwyspie Arabskim, na terenie Izraela czy też z udziałem wojsk izraelskich w ostatnich latach daleko wykracza poza to, co uznaje się za normę nawet w tak burzliwym regionie świata jak Bliski Wschód. Co więcej, z roku na rok owe manewry są coraz większe i częstsze. Nie wróży to na pewno dobrze dla pokoju w regionie.

Izraelscy politycy i wojskowi mają twardy orzech do zgryzienia w kwestii tego, czy atakować, czy nie atakować Iran. W zasadzie każda decyzja jaką podejmą izraelscy przywódcy w tej sprawie będzie miała jakieś negatywne konsekwencje i będzie się wiązać z dużym ryzykiem. Wydaje się jednak, że dwaj kluczowi zwolennicy najbardziej zdecydowanych kroków Beniamin Netanjahu i Ehud Barak zyskują przewagę. Premier Izraela rozpisał na początek przyszłego roku przedterminowe wybory parlamentarne, co wielu komentatorów interpretuje jako chęć zdobycia społecznego poparcia przed oczekiwanym wyruszeniem na wojnę z Iranem. Sondaże pokazują, że jego partia Likud cieszy się dość wysokim i stabilnym poparciem, stąd ryzyko przegranej jest niewielkie. Sam Netanjahu uzasadnił decyzję o przeprowadzeniu wcześniejszych wyborów, tym iż woli szybki proces wyborczy trwający 3 miesiące niż cały rok. Niewątpliwie izraelscy przywódcy zdają sobie sprawę z tego, jaki podniesie się rwetes na świecie, jeżeli Izrael zaatakuje Iran. Niemniej jednak dla doświadczonych bardzo boleśnie przez historię Żydów izraelskich bezpieczeństwo ich państwa i narodu jest sprawą absolutnie priorytetową, dla której można poświęcić wizerunek Izraela na świecie czy nawet pogorszenie stosunków z najważniejszym i najpotężniejszym sojusznikiem – Stanami Zjednoczonymi.


Czytany 4393 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04