piątek, 26 wrzesień 2014 09:24

Andrzej J. Horodecki: Wszystko może się zdarzyć

Oceń ten artykuł
(1 głos)

VOrban  Andrzej J. Horodecki

Wielka definicja doczesności „Polityka, czyli roztropne działanie na rzecz wspólnego dobra”, bywa przewrotnie odczytywana jako „Polityka, czyli bezwzględne działanie na rzecz grupowego, doraźnego interesu”. Cywilizacja łacińska wyjaśnia co to jest „wspólne dobro” – jest nim takie zharmonizowanie życia osobistego i wspólnotowego, aby jak największa liczba osób wspólnoty osiągnęła życie wieczne z Bogiem.

Co więcej, podaje ona także drogę, na jakiej ten cel może być osiągnięty – jest nią organizowanie życia doczesnego w zgodzie z Prawem Naturalnym. Tylko tyle i aż tyle, że wydaje się nierealne, aby znalazł się jeszcze jakiś wizjoner, wolny od stereotypów poprawności politycznej, a zarazem pociągający za sobą swój naród.

„Z łatwością może być tak, że skoro wszystko może się zdarzyć, nasz czas nadejdzie” – te słowa Wiktora Orbana na spotkaniu z młodzieżą węgierską w dniu 26 lipca 2014 (Myśl Polska Nr 1999/2000), pokazują klasę polityka na miarę Alexis'a de Tocqueville'a, charyzmatycznego myśliciela francuskiego z pierwszej połowy XIX wieku. Łączy ich wizjonerskie zainteresowanie życiem wspólnoty narodowej w ścisłym kontekście z gospodarką oraz problem demokracji w Europie i w USA. Porównując Francję monarchiczną i porewolucyjną Tocqueville pisze: „Jedyna istotna różnica między dwiema epokami jest ta, że przed rewolucją rząd, żeby kryć swoich urzędników, musiał chwytać się środków nielegalnych i samowolnych, po rewolucji zaś można im było pozwolić łamać prawo legalnie” („Dawny ustrój i rewolucja”). W książce „O demokracji w Ameryce” znajdujemy niezwykłą, wręcz proroczą wizję Wielkiego Francuza: „Narody chrześcijańskie przedstawiają dziś straszliwy obraz: prąd, który je unosi, jest już dostatecznie wartki, by nie można go było zawrócić, lecz jeszcze nie tak silny, by nie mogły budzić się nadzieje, że uda się go opanować. Los tych narodów jest jeszcze w ich własnych rękach, lecz niebawem się z nich wymknie”.

Wiktor Orban wymienia trzy formy państwa: narodowe, liberalne i opiekuńcze, i mówi: „Chcemy zbudować społeczeństwo oparte na pracy, które nie wstydzi się tego, że nie jest liberalne”. Jest to kluczowa myśl węgierskiego premiera, która zderza się z siłą napędową liberalizmu: bezrobociem, jako rzekomo koniecznym wymogiem postępu i rozwoju. Według liberałów pierwszeństwo w dostępie do pracy powinni mieć najzdolniejsi pracownicy, bo uruchamianie miejsc pracy dla wszystkich pozostałych podnosi koszt produkcji, a więc spowalnia postęp i rozwój.
Węgrom nie chodzi o wystąpienie z Unii Europejskiej, ale o to, aby członkostwo to było pod narodową kontrolą. Tymczasem sytuacja jest taka, że „działają przeciwko nam opłacani działacze polityczni, którzy próbują realizować na Węgrzech interesy zagraniczne. Dlatego chodzi o to, aby każdy z nas mógł dokładnie wiedzieć kim są prawdziwe postacie za tymi nazwiskami”. Orban dodaje, że osoby nadzorujące wykorzystanie funduszy UE otrzymują swoje wynagrodzenia bezpośrednio z UE, a ich płace stanowią wielokrotność wynagrodzenia, wypłacanego w węgierskim sektorze publicznym, i że obecnie rząd węgierski przyjmuje te osoby już na warunkach obowiązujących w węgierskiej administracji publicznej.

Wizja Orbana państwa nieliberalnego, demokratycznego, opartego o pracę, pokazuje drogę odejścia od zachłannego liberalizmu, bez kreowania jakiejkolwiek ideologii, co rokuje sukces Prawu Naturalnemu, jako czytelnemu, wspólnemu mianownikowi wszystkich ludzi. Liberalizm tworzy ślepy zaułek przede wszystkim dla młodzieży. Praca wyrokowana człowiekowi w Księdze Rodzaju, to nie jest już bezwarunkowe czynienie sobie ziemi poddaną, ale uruchamianie miłości bliźniego, zwłaszcza słabszego i bezbronnego, co otwiera drogę do ładu doczesnego oraz do życia wiecznego.

Centralne Siły Polityczne dążą do likwidacji podmiotowości człowieka metodą ideologii gender w narodowym, a następnie w rodzinnym kręgu. Ułatwia to właściwa państwu liberalnemu szybka materializacja życia, zwłaszcza w krajach Europy Zachodniej, maskowana przez najpoprawniejsze politycznie hasło postępu i rozwoju. Sprzyja jej od dawna stymulowana imigracja z krajów islamu, która zaczyna już marginalizować europejskie chrześcijaństwo i rugować personalizm.

Tekst pochodzi z tygodnika Myśl Polska, nr 39-40 (28.09-5.10.2014)
Fot. www.formiche.net

Czytany 4263 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04