czwartek, 07 lipiec 2011 09:09

Andrij Portnow: Nowa Europa Wschodnia jako strefa 'uprzywilejowanych interesόw' Rosji?

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

globeur  Andrij Portnow

W ciągu dwudziestu lat po upadku komunizmu granice Europy (w tym Europy Wschodniej) zmieniły się w sposόb znaczący. Obszar ULB, o ktόrym pisała paryska „Kultura”, zmienił się w obszar UMB. Mołdawia zajęła miejsce Litwy, ktόrej (wraz z Łotwą i Estonią) udało się wejść do NATO i Unii Europejskiej. Czy to przypadek, że jedynie te trzy kraje spośród byłych republik Związku Sowieckiego istniały jako niepodległe państwa na mapie międzywojennej Europy?

Po wojnie rosyjsko-gruzińskiej, doświadczeniu globalnego kryzysu gospodarczego oraz wyraźnym zmniejszeniu zaangażowania Stanόw Zjednoczonych w sprawy wschodu Europy nie pozostało wątpliwości, że inne byłe republiki sowieckie (nawet najbardziej zdeterminowane w swoich dążeniach eurointegracyjnych, jak Gruzja) nie mają w przewidywalnej perspektywie czasowej szans na pełną integrację do struktur europejskich czy euroatlantyckich. Okres „zjednoczenia Europy”, ktόry pod koniec lat 80. mógł się wydawać jednym z elementów „końca historii”, sam się skończył i wiele wskazuje na to, że obecna wschodnia granica Unii Europejskiej na długo pozostanie granicą między Europą Środkową (ktόra w całości „powrόciła do Zachodu”) a Europą Wschodnią (ktόra z kolei pozostała „bliską zagranicą” Rosji).

Przy czym, ta druga Europa coraz bardziej przypomina strefę buforową (podobne określenia ostatnio już są otwarcie używane rόwnież przez niektόrych publicystόw polskich) pomiędzy Unią a Rosją. Inaczej ten pas państw pomiędzy nazywa się strefą „uprzywilejowanych interesów rosyjskich” lub „bliską zagranicą”. Bardzo ważną i niepokojącą stroną tego nowego podziału kontynentu są dosłownie codziennie rosnące asymetrie pomiędzy krajami UMB a ich sąsiadami – wschodnimi krajami Unii Europejskiej. Tu chodzi nie o tylko o rόżnice w długości życia, jakości opieki zdrowotnej, możliwości wolnego poruszania się i przekraczania granic, skali korupcji czy poziomie edukacji. Chodzi też o krąg tematόw, ktόre są przedmiotem debaty publicznej, o znajomość aktualnych problemόw europejskich. Zarόwno Białoruś, jak i Ukraina z Mołdawią pozostają w dużym stopniu w rosyjskiej i rosyjskojęzycznej (to oczywiście nie zawsze to samo) przestrzeni informacyjnej, i to rosyjskie media „kształtują sposόb, w jaki ich mieszkańcy postrzegają wydarzenia na scenie międzynarodowej” [1].

Zatem, czy Ukrainę, Mołdawię i Białoruś łączą cechy, które pozwalają wyodrębnić te kraje jako osobny region polityczny? Pamiętając, że w Mołdawii i na Ukrainie wewnętrzne podziały są o wiele bardziej odczuwalne niż na Białorusi, myślę że można wymienić szereg cech, ktόre są wspόlne dla tych krajόw:

–    każdy z nich na oficjalnym poziomie bardzo intensywnie wykorzystuje retorykę europejskości i standardόw europejskich, a w przypadku Ukrainy i Mołdawii jest to rόwnież retoryka integracji do Unii Europejskiej, ktόra zwykle nie spotyka się z wystarczającym rozumieniem i poparciem ani w Brukseli, ani w większości innych stolic europejskich;

–    procesy wewnątrzpolityczne w każdym z tych krajόw mają cechy wspόlne dla przestrzeni postsowieckiej: przede wszystkim, rządzące elity orientują się nie na strategiczne zadania rozwojowe, lecz na przechwycenie i opanowanie dostępnych zasobów, redystrybucję własności i zepchnięcie na peryferie konkurencyjnych grup interesów [2]. Właśnie taka postawa elit w dużym stopniu wyjaśnia, dlaczego te kraje „swych relacji z UE nie postrzegają jako okazji ułatwiającej reformowanie państwa, tylko jako narzędzie umocnienia swej władzy i zwiększenia własnego pola manewru” [3] (m.in., w stosunkach z Rosją). Warto zwrόcić uwagę, że jedyne państwo postsowieckie, ktόre podjęło wyzwanie radykalnej zmiany struktur sowieckich na wszystkich poziomach władzy, leży poza omawianym terenem (chodzi o Gruzję za rządόw Micheila Saakaszwiliego).

–    w każdym z tych krajόw język rosyjski jest de facto (a w przypadku Białorusi też de iure) drugim językiem państwowym i w dużym stopniu utrzymuje bardziej prestiżową pozycję wobec językόw narodowych, a elementy masowej kultury sowieckiej nadal odgrywają bardzo ważną rolę w życiu społecznym;

–    każdy z tych krajόw jest uzależniony od rosyjskich surowcόw (co Kreml periodycznie probuje wykorzystać w celach politycznych), a jednocześnie coraz bardziej zwiększa obroty handlowe z Unią Europejską (zresztą i Ukraina, i Mołdawia już od pewnego czasu mają wyższe obroty handlowe z Unią niż z Rosją);

–    każdy z tych krajów jest praktycznie nieobecny na kulturalnej mapie Europy i ma odczuwalne problemy z reprezentacją własnych tradycji oraz własnej podmiotowości historycznej (dobitnym przykładem może być tu Białoruś, ktόra nadal jest bardzo często nazywana Weissrussland czy White Russia), i jednocześnie każdy z tych krajόw jest otwarcie traktowany przez Rosję jako jej sfera wpływόw;

–    w każdym z tych krajόw do władzy w wyniku demokratycznych wyborόw przychodzą „prorosyjscy” przywόdcy, ktόrzy już wkrόtce wykazują niezwykłe zdolności do samodzielnej gry.

Ten ostatni punkt jest bardzo ważny. Od Leonida Kuczmy, ktόry w 1994 roku wygrał przedterminowe wybory prezydenckie na Ukrainie pod hasłami „zacieśnienia więzi z pόłnocnym sąsiadem” i nadania rosyjskiemu statusu języka państwowego, oczekiwano niemal nowego „zjednoczenia z Rosją”. A jednak, swoje przemόwienie inauguracyjne wygłosił on po ukraińsku, a pod koniec drugiej kadencji prezydenckiej nawet wydał książkę, tytuł ktόrej wydaje się teraz być bardziej odważny, niż na początku roku 2004 – „Ukraina to nie Rosja”. Podobną transformację przeszedł inny „prorosyjski” prezydent – Władimir Woronin w Mołdawii. Ostatnio jesteśmy świadkami, jak oficjalna propaganda rosyjska opisuje jako „zaciekłego rusofoba” prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenkę, ktόry chyba poszedł najdalej w realizowaniu swoich „prorosyjskich” obietnic wyborczych (łącznie z powrotem do sowieckich symboli państwowych oraz nadaniem rosyjskiemu statusu języka państwowego). Jednocześnie, żaden z „prorosyjskich” prezydentόw na obszarze postsowieckim nie uznał niepodległości Abchazji i Osetii Południowej, na czym bardzo zależało Kremlowi [4].

Mimo tego, że w odrόżnieniu od Unii Europejskiej (a za rządόw Baracka Obamy też Stanόw Zjednoczonych), Rosja jest bardzo aktywna i pewna siebie w regionie, jej osiągnięć nie warto ani przeceniać, ani demonizować. Miedzy innymi dlatego, że jak dotąd Kreml nie potrafił przedstawić krajom swojej „bliskiej zagranicy” zrozumiałej i atrakcyjnej wizji ewentualnej strategii rozwoju. Lansowana ostatnio przez partiarchę Moskwy i Wszechrusi Cyryla mitologia „Rosyjskiego świata” [5] („Русского мира”) na razie w takiej roli raczej się nie sprawdziła – nawet mimo tego, iż patriarcha nieustannie podkreśla, że w Europie nikt na te kraje nie czeka, a Unia tymczasem „poświęca więcej energii na bagatelizowanie perspektywy członkostwa niż na akcentowanie wspόlnej tożsamości europejskiej” [6].

Wydaje się, że Kreml zdaje sobie sprawę z niepewności regionu i doskonale rozumie, że ani Łukaszenka, ani Wiktor Janukowycz nie są politykami „prorosyjskimi” w tym sensie, że będą dobrowolnie szli na wszystkie możliwe ustępstwa. Z tego względu w rozmowie z krajami UMB Moskwa woli twardą retorykę, łącznie z zakręceniem kurka gazowego, czy zakazem eksportu wina mołdawskiego, i jak dotąd nie potrafi odejść od paternalistycznego, ostro asymetrycznego podejścia, ktόre wprost graniczy z zaprzeczeniem podmiotowości państw-sąsiadόw. Z powodu tej stylistyki cały czas utrzymuje się poczucie zagrożenia ze strony Rosji, ktόre jest bardzo silne (nierzadko przesadnie) w wypadku nie tylko Ukrainy, ale też niektόrych wschodnich członkόw UE. Na użytek polityki wewnętrznej Kreml potrzebuje wizerunku regionu UMB jako terenu niepewności i chaosu, któremu można przeciwstawiać rzekomą stabilność rządόw rosyjskich. Ogromny wysiłek propagandowy, skierowany na wytworzenie karykaturalnego wizerunku pomarańczowej rewolucji i jej skutkόw dla Ukrainy dobitnie pokazał naiwność przewidywań niektórych ekspertόw, że bardziej demokratyczna i otwarta na Zachód Ukraina może posłużyć za pozytywny wzorzec dla Rosji. Wręcz przeciwnie – Kreml podjął wielki wysiłek, by udowodnić Zachodowi, że jedynie Rosja jest samodzielnym i odpowiedzialnym graczem w regionie. I że to ona ma być niezbędnym uczestnikiem wszystkich rozmόw i decyzji o dopuszczalnym stopniu integracji europejskiej Ukrainy czy innych krajόw Europy Wschodniej. Przy czym, każdy samodzielny krok w kierunku zachodnim, robiony przez Kijόw, Kiszyniόw czy Mińsk, jest konsekwentnie opisywany jako antyrosyjski.

Trzeba podkreślić, że władze Ukrainy zrobiły bardzo dużo, by dostarczyć argumentόw stronie rosyjskiej. Oficjalny Kijόw do dziś ma widoczne problemy z wytłumaczeniem swoich racji na arenie międzynarodowej. Pokazała to dobitnie kampania medialna podczas „wojny gazowej”, kiedy Gazprom natychmiast stworzył angielskojęzyczną stronę internetową z wyrafinowanym wytłumaczeniem swoich argumentów, czy też sytuacja podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej, kiedy na Ukrainie największe stacje telewizyjne opierały się w swoich wypowiedziach i komentarzach na rosyjskich źródłach informacji. W kwestii dyskredytacji ukraińskiego pluralizmu politycznego (ktόry rzeczywiście nie jest demokracją, ale jednak widocznie się rόżni od systemu rosyjskiego czy białoruskiego), elity ukraińskie zrobiły wszystko, by wesprzeć tezę oficjalnych mediόw rosyjskich, że nie chodzi o żaden pluralizm, tylko o chaos i brak porządku.

W obecnych warunkach geopolitycznych Rosja i Unia Europejska są skazane na rywalizację na obszarze UBM, ktόry ostatnio często sie nazywa „wspόlnym sąsiedztwem”. Udawanie, że jest inaczej, czy że może być inaczej, grozi co najmniej mylną kalkulacją racji stanu poszczegόlnych krajόw UE, tym bardziej, że o wspόlnej i konsekwentnej polityce zagranicznej Unii można mόwić raczej jako o marzeniu, niż o rzeczywistości. W tym kontekście obecni władcy na Kremlu dają wprost do zrozumienia, że ceną za naprawę stosunkόw z nimi, m.in., dla Polski, jest uznanie buforowości regionu UBM. Część polskich elit politycznych i mediόw już zaakceptowała to jako fakt dokonany, oczywiście pod przykrywką twierdzeń o „suwerennej woli ludności” tych krajόw, „pragmatyzacji” polityki zagranicznej i „realistycznej” ocenie polskich możliwości. Zgadzam się całkowicie z Adamem Pomorskim, że chodzi w tym przypadku o „popchnięcie państwa polskiego do harakiri w polityce regionalnej” [7].

Pytanie podstawowe może brzmieć tak: Na ile trwały jest obecny podział Europy? Czy pozostaje szansa dla Ukraińcόw, Mołdawian i Białorusinόw, by pozbyć się obecnego statusu Europejczyków drugiej (czy nawet trzeciej) kategorii, o czym nadal dotkliwie przypomina im choćby procedura wydawania wiz czy traktowanie obywateli tych krajόw na granicy strefy Schengen. Ten podział wygląda na trwały. Jednak tak naprawdę trzyma się on na dość kruchym konsensusie geopolitycznym, ktόry może uleć zmianom juz po najbliższych wyborach w USA. Prawdziwym wyzwaniem dla krajόw UMB jest inne pytanie: w jakim stanie (społecznym, gospodarczym, kulturalnym) będą one w chwili kolejnej zmiany koniunktury? To w dużym stopniu zależy od tego, jak kraje UMB skorzystają nawet z dość ograniczonej oferty Partnerstwa Wschodniego, na ile kraje, pozostające poza UE, potrafią skorzystać z udziału w europejskich projektach edukacyjnych, ktόre są otwarte też dla państw spoza Unii. Właśnie od tego w dużym stopniu zależy, czy kraje postsowieckie będą jeszcze zdolne do samodzielnego decydowania o swym losie.

fot. sxc.hu

Artykuł ukazał się w numerze 96 (6/2010) dwumiesięcznika Arcana alt

___________________________________________________

1 Nicu Popescu, Andrew Wilson, Polityka Unii Europejskiej i Rosji wobec wspόlnych sąsiadόw, Warszawa – Londyn 2010, s. 17.
2 Tu podzielam opinie rosyjskiego analityka Andrieja Riabowa. Patrz: Andriej Riabow, Postsowetskoje pritiażenie: k itogam prezidentskich wyborow na Ukrainie, „Neprikosnovennyj zapas” 2010, nr 2, s. 340.
3 Ta trafna ocena zawarta jest w już cytowanym wyżej raporcie analitycznym: N. Popescu, A. Wilson, Polityka Unii Europejskiej i Rosji wobec wspόlnych sąsiadόw, s. 45.
4 Można spotkać się z opinią, że właśnie niezdolność Moskwy, by wymusić na swoich „przyjaciołach” uznanie niepodległości Abchazij i Osetii Południowej jest symbolicznym objawem „realnych wpływόw Rosji w regionie”. Patrz: Arkady Moshes, Russia 2004 – 2009: A Regional Power Challenged [w:] Hiski Haukkala, Sinikukka Saari red., Russia Lost or Found? Patterns and Trajectories, Helsinki 2009, s. 89.
5 Na Zgromadzeniu Świata Rosyjskiego w Moskwie w październiku 2009 roku patriarcha m.in. powiedział, iż do „Rosyjskiego świata” można zaliczyć kraje, gdzie „język rosyjski jest wykorzystywany jako język komunikowania się pomiędzy narodami”, gdzie istnieje „wspόlna pamięć historyczna”, świadomość „wspόlnej przynależności cywilizacyjnej” oraz „unikatowy rosyjski tryb życia”. Cyt. za: „Glavred”, 2010, nr 30–31, s. 13.
6 N. Popescu, A. Wilson, op.cit.
7 Cytat pochodzi z wyśmienitego dialogu Adama Pomorskiego i Włodzimierza Marciniaka: Rosyjskie gry, „Europa” 2010, nr 2, s. 31.

Czytany 5361 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04