środa, 26 marzec 2014 06:41

Andre Chamy: Oś nadziei: od Pekinu do Bejrutu przez Moskwę, Teheran i Damaszek

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

tiger  André Chamy

Odpowiedzią na obmyśloną przez Zbigniewa Brzezińskiego strategię USA poparcia dla islamskiego obskurantyzmu jako narzędzia zarówno do walki przeciw postępowej polityce muzułmanów, jak i przeciwko Rosji – jest sojusz, zawarty w celu postawienia tamy dla tej strategii. Chiny, Rosja, Iran, Syria i Hezbollah, by przetrwać, muszą trzymać się razem.

Islam przeciwko islamowi

Iran, Syria i Liban, ze względu na Hezbollah i jego sojuszników, od lat są uważane przez Zachód za źródło wszelkiego zła, ponieważ popierają, jak to Zachód nazywa – „terroryzm”. Po indywidualnej terapii dla każdego z nich, zgodnie z politycznymi podziałami w regionie, sformowała się w odpowiedzi oś, która zaczyna się u bram Rosji i Chin a kończy w Tel-Awiwie. Oś ta ma swoje korzenie w polityce Zachodu wobec tego regionu świata.

USA, a za nimi większe państwa zachodnie, uznały, że ich interesy ekonomiczne muszą zostać zabezpieczone za wszelką cenę. Ta stronnicza polityka była przez wiele lat powodem napięć, źródłem konfliktów zbrojnych i walk ulicznych, którymi nieustannie żywiły się serwisy informacyjne. Owa usankcjonowana przez jakiś czas polityka, została wprowadzona przez miejscowych „udziałowców”. Jednak po upadku Muru Berlińskiego nastąpiło przyspieszenie. Było to wydarzenie o wymiarze historycznym, które dało też początek agresywnej i pogardliwej strategii wobec Bliskiego Wschodu.

Po zniknięciu ZSRR, kraje bliskowschodnie nie miały innego wyjścia, jak tylko polegać na dominacji Zachodu, a szczególnie USA. Stany Zjednoczone i niektóre kraje zachodnie, zamiast wykorzystać swoją uprzywilejowaną pozycję arbitra, wolały jednak zamieszanie i dominację „rozszerzonego Bliskiego Wschodu”, czyli bezpośrednie interwencje w Iraku i Afganistanie, a także w Libanie, Jemenie i państwach Maghrebu. Mówiono także o interwencji w Syrii i Iranie.

USA już od lat 1970’ zdają sobie sprawę, że muszą kontrolować źródła surowców, szczególnie ropy naftowej, jak również szlaki dostępu do nich. W Waszyngtonie dobrze rozumiano ich decydujące znaczenie dla amerykańskiej gospodarki i komfortu obywateli.

Opinie ekspertów co do rezerw gazu i węglowodorów jednak się różnią, ale koncepcja pozostaje taka sama. Zapasy tych skarbów, pozostające w rękach chciwych Beduinów, którzy nie potrzebują swojego złota dopóty, dopóki mają środki na swoje rozrywki, pozostają ograniczone.

Gdy huntingtonowskie „zderzenie cywilizacji” zastąpiło Zimną Wojnę, islam stał się dla USA nowym pożytecznym wrogiem-„sojusznikiem” przeciwko Europie. Pragmatycy i oportuniści, widząc w ruchu islamistycznym dobrą okazję, zdecydowali się więc na zagrywkę kartą islamską w grze o lepszą kontrolę nad „arteriami czarnego złota”. Zrozumieli pożytek płynący z posiadania tego niebezpiecznego sojusznika na długo przez implozją komunizmu.

Zaczęło się już w latach 1970’: USA popierały islamskich ekstremistów: od syryjskiego Bractwa Muzułmanów po islamistycznych Bośniaków i Albańczyków, od Talibów po egipskich radykałów islamskich z ugrupowania Al-Gamaa al-Islamia. Mówiło się nawet o kontaktach z algierskim Islamskim Frontem Ocalenia, później Zbrojną Grupą Islamską w Algierii (jedną z najbardziej radykalnych islamskich organizacji zbrojnych, które brały udział w wojnie domowej w Algierii w latach 1991–1999 – przyp. tłum.). Hołubiono wahhabitów, znajdujących się u steru proamerykańskiej Arabii Saudyjskiej, która finansuje praktycznie wszystkie islamistyczne sieci komunikacyjne na świecie. Odgrywali rolę ucznia czarnoksiężnika, a ruchy fundamentalistyczne (sądząc, że umieją się z nimi obchodzić) czasem zwracały się przeciwko „Wielkiemu Szatanowi”, aby osiągnąć własne cele.

USA porzuciły lub chciały zneutralizować kraje muzułmańskie, które przypuszczalnie zdobyłyby siłę polityczną i jakąś autonomię. Przyjrzyjmy się prezydenturze Jamesa Cartera, który porzucił szacha, gdy Iran stawał się panem własnych zasobów ropy naftowej. Do tego należy dodać rozbijanie wszelkich prób zdobycia intelektualnej niezależności, nawet w państwach świeckich, takich jak Syria, Egipt czy Irak.

Gra z islamistami przyniosła uszczerbek świeckim ruchom, będących alternatywą dla radykalnego islamu politycznego. Ten ostatni stanowi bezpieczną przystań po każdej porażce na tym polu. Jednak „islamizmu” nie można mylić z „islamem” Republiki Iranu, który ma niezwykłą genezę. Co więcej, kilku ekspertów, badających ruchy islamistyczne, popełnia błąd, myląc Islamską Republikę Iranu z islamistami, chociaż nie mają one z sobą nic wspólnego, oprócz samego faktu odwoływania się do islamu i szariatu. Podstawowa różnica, to sama definicja islamu politycznego, uznawana przez jednych czy drugich.

Wszystko ich zasadniczo dzieli, i jeśli rzeczywiście Amerykanie nie zrobili wiele, aby uratować szacha, tłumaczą takie podejście powodami strategicznymi. Nie mogli pozwolić, by Iran stał się znaczącym graczem w regionie. To wyjaśnia, dlaczego po pewnym czasie, po upadku szacha, USA zainicjowały wojnę Saddama Husajna z jego sąsiadem, która doprowadziła do ruiny obydwa kraje – jedyne, mogące mieć decydujący wpływ na region Zatoki Perskiej.

Jednakże rozwój wydarzeń w Iranie po wojnie z Irakiem, pozwolił temu ostatniemu państwu stać się realną siłą w regionie, której obawiali się niektórzy monarchowie z Zatoki, bardziej chętni do powierzenia swojego bezpieczeństwa Zachodowi, a szczególnie Stanom Zjednoczonym. W zamian powierzali swoje „zasoby” gospodarkom Zachodu i finansowali działania i ruchy wyznaczone przez wywiad Waszyngtonu.

Ci sami monarchowie mieli przymknąć oko na bieżące wydarzenia w niektórych regionach, w tym nawet w Pakistanie, nawet jeśli oznaczały poparcie dla dążeń Palestyńczyków. Ich kraje jako pierwsze państwa arabskie, miały bezpośrednie i tajne kontakty z Izraelem, które potem doprowadziły do zbliżenia między palestyńskim ruchem oporu a Irańczykami.

Irańczycy, obecnie jako jedyni, są chętni do obrony świętych miejsc islamu z pomocą Dnia Kuds (Dzień Jerozolimy) i Strażników Rewolucji oraz poprzez wsparcie Hamasu. Amerykańska magia obróciła się przeciwko magikowi.

Kraje arabsko-muzułmańskie mają pozostać dla Ameryki Północnej światem bogatym w ropę, możliwym do dowolnej eksploatacji, ale ubogim w „szare komórki” i utrzymywanym w stanie całkowitej zależności technicznej, rynkiem miliarda konsumentów, niezdolnych do politycznej, wojskowej czy gospodarczej niezawisłości. Koraniczne jarzmo, zgodnie z takim punktem widzenia, sprzyja intelektualnemu ubóstwu.

Reguły gry

Oś od Teheranu do Bejrutu, przez Bagdad i Damaszek, materializowała się stopniowo na koszt Waszyngtonu, realizującego swą strategię w regionie. Najistotniejsze było w ciągu tych lat to, że ta oś przyciągnęła sojuszników i partnerów szczególnie z powodu sankcji przeciwko Iranowi i Syrii.

Co więcej, historycznie linia Damaszek-Moskwa nigdy nie została zawieszona, pomimo zniknięcia Związku Radzieckiego, mimo burzliwego okresu, przez który przechodziła Federacja Rosyjska. Nadejście prezydenta Władimira Putina, jego aspiracje przywrócenia znaczącej roli Rosji na scenie międzynarodowej i zachowania jej strategicznych interesów, nie było powodem do zachwytów dla USA.

Ze swej strony Iran rozwinął relacje z Rosją, stając się jej obiektywnym sojusznikiem w negocjacjach z Zachodem w sprawie programu atomowego. Chiny także wzmocniły więzy z Teheranem, szczególnie po nałożeniu embarga na gospodarkę irańską.

Te dwie wielkie potęgi stały się strategiczną podstawą „Osi Nadziei”. Każdy korzysta z sytuacji, a Rosjanie i Chińczycy nie są niezadowoleni, ciesząc się z irańskiej ropy i gazu, i strategicznej sytuacji, wynikającej z pozycji Syrii.

W swojej książce „Wielka szachownica. Ameryka i reszta świata”, wydanej w 1997 r., Z. Brzeziński, były doradca do spraw bezpieczeństwa prezydenta J. Cartera i bardzo wpływowa postać w czasie prezydentury B. Clintona, wyjawił – z cyniczną szczerością – powody islamskiej strategii swojego kraju. Według niego, głównym wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych jest Eurazja, wielka ekspansja od Europy Zachodniej do Chin poprzez Azję Środkową: „Z punktu widzenia Amerykanów wydaje się, że przeznaczeniem Rosji jest bycie problemem…”

USA są zatem coraz bardziej zainteresowane rozwojem zasobów w regionie i starają się zapobiec supremacji Rosji: „Polityka Stanów Zjednoczonych ma na celu także osłabienie Rosji oraz brak wojskowej autonomii w Europie”. Ekspansja NATO w Europie Środkowej i Wschodniej ma na celu utrzymanie obecności Amerykanów, podczas gdy formuła obronna Europy – zdolnej do przeciwstawienia się amerykańskiej hegemonii na starym kontynencie – pociągnęłaby za sobą powstanie osi przeciw tej hegemonii: Paryż-Berlin-Moskwa.

USA zdają się mylić na wszystkich frontach, traktowanych jako bazy do zdobycia zasobów gazu i ropy i ściągają na siebie dotkliwe porażki polityczne. Co do krajów Europy Zachodniej, porzuciły one wszelką strategię i powierzyły swoją politykę zagraniczną Stanom Zjednoczonym. Nawet jeśli usiłują zachować twarz, przybierając pozy, to wiedzą, że to nie one grają przedstawienie. Ostatni przykład Francois Hollande i Laurenta Fabiusa, grających w grę „chodźmy na wojnę” jest dobrą ilustracją: panowie musieli się szybko „zwinąć”, rozumiejąc, że negocjacje między Siergiejem Ławrowem i Johnem Kerrym mają pierwszeństwo przed ich wyprzedzającymi anonsami.

Odpowiedź Tygrysa

Po porażce swoich posunięć, Amerykanie chcieli wywołać napięcia wymierzone przeciwko władzom Rosji, zdecydowanym, by się im sprzeciwić, podczas gdy Chiny pozostały w pułapce oceniając sytuację, nieskore, by bardziej zaufać Waszyngtonowi…

Przypomnijmy, że Chiny są tak samo zainteresowane Bliskim Wschodem, jak Rosja. Pierwsza tego oznaka pojawiła się w 1958 r., podczas kryzysu w Libanie, który doprowadził do lądowania wojsk amerykańskich na wybrzeżu tego kraju, czemu Pekin sprzeciwiał się stanowczo jeszcze na długo przed Rosją.

Te manewry USA są łatwe do odczytania. Po pierwsze, tworzone są organizacje pozarządowe, mające występować w obronie praw człowieka. Po drugie, zachęca się niektórych „informatorów” i dostarcza forum dla mało znanych oponentów, bez większego zasięgu, by mogli stworzyć w danym czasie warunki do destabilizacji danego kraju.

To jest praca na lata. Metodę tę wypróbowano podczas Zimnej Wojny. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest Chile, i do dziś się to stosuje. Są to „kolorowe rewolucje”, a ostatnio tzw. „arabska wiosna”. Takie same przedsięwzięcia są przygotowywane w innych krajach, które pojawiają się w nagłówkach wiadomości, szczególnie w Azerbejdżanie.

To w tym kontekście przyjrzyjmy się wydarzeniom w Iranie z czerwca 2009 r. Z powodu rzekomych problemów podczas elekcji prezydenta Mahmuda Ahmadineżada, Islamska Republika musiała stawić czoła tym „przedsięwzięciom” przez prawie 9 miesięcy. Hezbollah również stanął przed tym problemem – po ataku Izraela, który trwał 33 dni – został zawiązany spisek rządowy, mający na celu pozbawienie go dostępu do sieci komunikacyjnych, co wiązało się bezpośrednio bezpieczeństwem ugrupowania. Odpowiedź była szybka i skuteczna...

Tak więc w osi pozostała tylko Syria, która została powiadomiona przez Amerykanów, że jeśli nie zerwie stosunków z Iranem i Hezbollahem, podzieli los innych krajów arabskich dotkniętych „wiosną”. Owa „wiosna”, mającą przynieść „jaskółki demokracji”, sprowadziła tylko „kruki” terroru i niestabilności.

Oto kontekst, w którym słynne „kolorowe rewolucje” uderzyły w Rosję, np. przez Ukrainę. Rewolucje te pozbawiły Rosję większości jej strategicznych pól. Europa została użyta do roli gospodarza, który składa Ukraińcom obietnicę pomocy i lepszych warunków ekonomicznych. Natomiast w rzeczywistości wydarzenia te umożliwiły USA instalację baz wojskowych pod bokiem Moskwy. W tym czasie Rosja, osłabiona przez jakąś siłę, która nie miała ani ambicji, ani rozmachu, nie była w stanie zareagować.

Dzisiejsza Rosja nie może akceptować tego, że taka sytuacja powtarza się na Ukrainie. To tłumaczy szybką jej reakcję. Jest ona, pomimo pozorów, adekwatna, biorąc pod uwagę przykład Bliskiego Wschodu. Koncepcja polega na tym, że demokrację sprawuje się nie na ulicach, ale wygrywa w wyborach. Jeśli opozycja chciała objąć władzę, powinna to była zrobić właśnie poprzez wybory.

Poza tym Rosja, dopiero co uporawszy się z agresją ze strony milicji czeczeńskich, które spowodowały śmierć i terror na jej terytorium, przy finansowym wsparciu niektórych monarchów z Zatoki Perskiej, oczywiście broni swoich interesów. To tłumaczy zawoalowaną groźbę Saudów: „Moglibyśmy pomóc wam uniknąć zagrożenia terrorystycznego w Soczi, gdybyście ustąpili w sprawie Syrii”. Zostali oczywiście odprawieni z kwitkiem.

Za każdym razem ujawnia się zarówno rola monarchów z Zatoki Perskiej i wykorzystywanie ruchów islamistycznych do skrytego promowania polityki Amerykanów: sądzą, że poprzez destabilizację niektórych państw tworzą w jakimś regionie warunki korzystniejsze dla siebie.

Oś od Pekinu do Bejrutu przez Moskwę, Teheran i Damaszek będzie się wzmacniać. To życiowa kwestia dla każdego z tych państw, jak we wschodnim przysłowiu: nie zapędzaj kota do kąta, bo ryzykujesz, że zamieni się w tygrysa. Jednak co może się stać, gdy zapędzimy tam tygrysa? Pewnie nikt nie spróbuje na to pytanie odpowiedzieć.

Źródło: http://www.voltairenet.org/article182604.html
Tłum: Maria Walczak
Fot. www.hdwallpapersbest.com

Czytany 3796 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04