piątek, 01 kwiecień 2011 05:48

Rachela Tonta: Interwencja w Libii

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

tomhawk

dr  Rachela Tonta

Przez ostatnich kilka tygodni byliśmy świadkami dyplomatycznej przepychanki między przywódcami krajów Zachodu odnośnie tego, jaka powinna być odpowiedź na coraz brutalniejsze starcia rebeliantów z siłami Kaddafiego.

Chyba już dawno Zachód nie był tak podzielony w kwestii reakcji na najkrwawszy jak dotąd przebieg rewolty na Bliskim Wschodzie. I kiedy się już wydawało, że ani Unia Europejska, ani NATO, a tym bardziej ONZ nie opowie się jednoznacznie za nałożeniem na Libię strefy zakazu lotów, która musiałaby przewidywać jakąś formę interwencji zbrojnej, późnym wieczorem 17 marca Rada Bezpieczeństwa ONZ przegłosowała rezolucję 1973, która nie tylko wzywa do zawieszenia broni i obejmuje Libię strefą zakazu lotów, ale co istotniejsze, upoważnia kraje członkowskie do wykorzystania „wszelkich niezbędnych środków”, aby chronić ludność cywilną. Nie ulega wątpliwości, że na podjęcie tej decyzji miało istotny wpływ stanowisko Ligi Państw Arabskich, która kilka dni wcześniej wyraziła swoje poparcie dla wprowadzenia strefy zakazu lotów, jak również ofensywa sił Kaddafiego, któremu udawało się odzyskiwać miasta, które na krótką chwilę znalazły się pod kontrolą rebeliantów. I kiedy w pierwszym odruchu spora część społeczności międzynarodowej przyjęła z ulgą tekst rezolucji, bo „wreszcie coś zrobimy w sprawie Libii”, bardzo szybko przyszła refleksja nad tym, jakie będą konsekwencje militarnego zaangażowania.

Różne rozumienia strefy zakazu lotów

Należy zacząć od tego, iż do momentu przyjęcia rezolucji ONZ nie było jasne jak powinien być egzekwowany zakaz przelotów nad terytorium Libii. Odwołując się do przykładów z nieodległej historii, pod znakiem zapytania pozostawało, czy kraje Zachodu będą się wzorować na przykładzie irackim z 1991 roku, kiedy w odpowiedzi na rezolucję ONZ nr 688 została ustanowiona „bezpieczna przestrzeń powietrzna” mająca chronić zamieszkujących północ Iraku Kurdów i zabezpieczyć pomoc humanitarną dla tego obszaru, czy też może brana jest pod uwagę opcja bośniacka, kiedy w drugiej rezolucji dotyczącej ustanowienia strefy zakazu lotów (Rezolucja RB ONZ nr 816) kraje członkowskie zostały upoważnione do podjęcia wszelkich środków mających na celu egzekwowanie zakazu, otwierając tym samym drogę do późniejszej interwencji zbrojnej. I podczas gdy liderzy krajów, którzy najwcześniej zaczęli lobbować za strefą zakazu lotów nad Libią, woleli unikać „konkretów”, amerykański sekretarz obrony Robert Gates od samego początku stawiał sprawę jasno – „no-fly zone” oznacza w rzeczywistości interwencję militarną, której ramy tak naprawdę nie zostały określone. Nie do końca jest oczywiste, czy rebelianci, jak i kraje arabskie, podczas gdy wzywały do ustanowienia strefy zakazu lotów, miały bardziej na myśli wersję „soft” ograniczającą się do monitorowania przestrzeni powietrznej przez kraje koalicji, której celem byłaby ochrona ludności przed lotniczymi atakami sił Kaddafiego (co oczywiście wiązałoby się z ryzykiem zestrzelenia przez libijski system obrony przeciwlotniczej), czy też brały pod uwagę scenariusz prezentowany przez Gatesa. Pierwsza reakcja Amr Mussy, Sekretarza Generalnego Ligii Państw Arabskich, na zmasowany atak na cele militarne sił Kaddafiego, który stwierdził, że „nie o to chodziło”, pozwala wątpić, iż osiągnięto w tej kwestii porozumienie co do wspólnej interpretacji.  Co do jednego nie ma wątpliwości – zarówno rebelianci, Liga Państw Arabskich, jak i rezolucja ONZ wyrażają jednoznaczny sprzeciw wobec interwencji lądowej.

Jaki jest cel kampanii?

Wraz z upływem kolejnego dnia nalotów nie jesteśmy też bliżej udzielenia odpowiedzi na inne pytanie: jaki jest tak naprawdę cel tej kampanii? Oczywiście liderzy państw koalicji starali się od samego początku tłumaczyć motywy swojej decyzji: ochrona ludności cywilnej, konieczność zapobiegnięcia krwawej wojnie domowej, powstrzymanie sił Kaddafiego przed masakrą rebeliantów w odzyskiwanych miastach i - co raczej nie budzi wątpliwości – całkowite odsunięcie Kaddafiego od władzy (oczywiście w rezolucji nie ma o tym mowy). Jednak nikt tak naprawdę nie starał się doprecyzować co to ma oznaczać w praktyce. Czy sam Kaddafi jest celem czy też nie?  Jaki będzie następny krok, jeśli pomimo wydłużającej się interwencji rodzina Kaddafiego nie odda władzy? Co dalej, jeśli starcia lojalistów z rebeliantami zostaną skoncentrowane w miastach, gdzie ostrzał lotniczy będzie wiązał się z ogromną liczbą ofiar wśród cywili? Jaka będzie reakcja Zachodu, jeśli rebelianci zachęceni osłoną ze strony koalicji zaczną wymierzać samosądy na zwolennikach Kaddafiego? Coraz bardziej można mieć wrażenie, że decyzja o szeroko zakrojonej interwencji zbrojnej została podjęta z naiwną nadzieją na szybką i skuteczną akcję zakończoną sukcesem, rozumianym oczywiście jako ustąpienie Kaddafiego i stworzenie rządu przez rebeliantów. Biorąc pod uwagę skomplikowaną strukturę społeczną Libii nie będzie to jednak takie proste. Należy również pamiętać, iż Kaddafi w dalszym ciągu cieszy się poparciem jakiejś części społeczeństwa; problem polega na tym, że tak naprawdę nie jest wiadome jak duży jest to procent ludności i czy przywódcy plemion, które zostały przy Kaddafim zgodzą się usiąść do stołu negocjacyjnego z rebeliantami. Szczególnie, że pomimo wcześniejszych deklaracji, nie do końca jest jasne stanowisko kluczowych postaci z największego plemienia Warfalla – przeszli na stronę rebeliantów, czy też może mają interes w tym, żeby w dalszym ciągu popierać „Przywódcę Rewolucji”?  Zarówno sceptycy, osoby z dobrą pamięcią historyczną, jak i specjaliści zajmujący się problematyką rozwiązywania konfliktów są raczej zgodni – na „szybkiej” akcji się nie skończy.

Humanitarny interwencjonizm

Pozostaje więc podjąć próbę odpowiedzi na kluczowe, jak się zdaje, pytanie: powinniśmy interweniować, czy też nie? Można od razu uciąć temat odpowiedzią, że mleko zostało już rozlane i raczej trzeba się zastanowić nad tym, jak pokierować interwencją, żeby wyrządzić jak najmniej szkód. Jest to jednak o tyle trudne, że od samego początku trwają spory wśród koalicjantów „kto” ma wziąć na siebie odpowiedzialność za prowadzenie działań i chcąc nie chcąc przyjmie na siebie największą falę krytyki jeśli coś pójdzie źle. Ale wracając do pytania. Koncepcja humanitarnego interwencjonizmu stała się szczególnie popularna w latach dziewięćdziesiątych w kontekście szeregu krwawych konfliktów etnicznych, wybuchających w różnych częściach świata po zakończeniu zimnej wojny, a w szczególności wieloletniego konfliktu na obszarze byłej Jugosławii, który przyniósł ponad sto tysięcy ofiar. Jednym z gorących orędowników koncepcji humanitarnego interwencjonizmu stał się Tony Blair, który w słynnym przemówieniu z 1999 roku w Chicago opowiedział się za koniecznością ingerencji społeczności międzynarodowej w sprawy wewnętrzne państwa, którego ludność, bądź jakaś  jej część jest zagrożona czystkami etnicznymi bądź ludobójstwem. Podobne stanowisko zostało zaprezentowane w raporcie  „The Responsibility to Protect” przygotowanym w 2001 r. przez Międzynarodową Komisję ds. Interwencji i Suwerenności Państwa. W pierwszej dekadzie XXI wieku koncepcja ta straciła chwilowo na znaczeniu w związku z wojnami w Iraku i Afganistanie, które z „humanitarnym interwencjonizmem” niewiele miały wspólnego. Wydarzenia w Libii pozwoliły przywódcom państw, które opowiedziały się za interwencją, powrócić do koncepcji odłożonej chwilowo na półkę. Sprawa nie jest jednak ani tak prosta, ani tak jednoznaczna jakby to się mogło wydawać. Do dnia dzisiejszego trwają chociażby spory o ocenę militarnego zaangażowania państw NATO w rozwiązanie konfliktu w Kosowie w 1999 r. Kluczową kwestią jest na jakiej podstawie i kto ma decydować, że sytuacja jest na tyle paląca żeby podjąć interwencję? Jaki limit ofiar ustalimy? Sto, tysiąc, czy może kilkadziesiąt tysięcy? W jaki sposób chcemy zweryfikować informacje odnośnie tego, co tak „naprawdę” się dzieje? Wojny w byłej Jugosławii są już klasycznym przykładem dezinformacji. Kolejna sprawa dotyczy tego, gdzie będziemy interweniować? Dlaczego w tym, a nie w innym kraju? Sprawa jest szczególnie poważna chociażby z tego względu, że w tym samym czasie, kiedy Zachód mówi o masakrach i ludobójstwie w Libii, strzelanie do protestujących w Bahrajnie nazywa się „wypadkiem przy pracy” reżimu, który „ma prawo wykorzystać wszelkie środki do zaprowadzenia porządku”.

Bez względu jednak jakie odpowiedzi udzielimy na te pytania, należy podkreślić, że zarówno w koncepcji Tony’ego Blaira, raporcie „The Responsibility to Protect”, jak i konkluzjach specjalnej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 2005 roku zwrócono uwagę, iż podstawowym obowiązkiem społeczności międzynarodowej jest wykorzystanie dyplomatycznych, humanitarnych i wszelkich innych pokojowych środków,  aby chronić zagrożoną ludność cywilną, natomiast środki militarne są ostatecznością. Nie mam wątpliwości, że społeczność międzynarodowa powinna jak najszybciej zareagować na krwawe starcia w Libii. Natomiast poważnie wątpliwym jest dla mnie, czy zanim została zrzucona pierwsza bomba, wykorzystaliśmy wcześniej wszelkie pokojowe środki.

Tekst jest stanowiskiem Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego altz dnia 31 marca 2011 r.

fot. Wikipedia/Start rakiety Tomahawk z pokładu okrętu USS Barry

Przeczytaj również:

Marcin Domagała: Rok 519. Podbój trwa - geopolityczne tło inwzaji na Libię

Czytany 6083 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04

Najnowsze od Rachela Tonta