czwartek, 08 lipiec 2010 10:25

Wigen Akopjan: Zarządzanie postradzieckim potencjałem konfliktu

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

altgeopolityka Wigen Akopjan

Rosji nie udało się wypracować nowego podejścia do zakaukaskich problemów, aczkolwiek wojna sierpniowa dała jej prawie dwuletnie carte blanche. Moskwa wybrała, na swoją niekorzyść, drogę wspólnych ustaleń z Turcją, co w konsekwencji doprowadziło do regionalnego dyktatu Ankary oraz skrócenia dialogu z Iranem.

Praktycznie rzecz ujmując bezowocne mediacyjne solo prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa w rozmowach poświęconych pokojowemu rozwiązaniu konfliktu w Górskim Karabachu zdecydowanie zwiększa odpowiedzialność Moskwy za dalszy rozwój wydarzeń w tym drażliwym regionie.

Szóste z kolei spotkanie prezydentów Rosji, Armenii i Azerbejdżanu odbyło się 17 czerwca w ramach Forum Ekonomicznego w Sankt-Petersburgu. Po odbytych rozmowach rzecznik prezydenta Rosji Natalia Timakowa wystąpiła z przyjaznym oświadczeniem, dowodzącym tylko o tego, że nie doszło do żadnych realnych zmian w procesie pokojowym. Jednak nie oświadczenie Timakowej wpłynęło na dalszą ocenę wyników trójstronnego szczytu, lecz ostry incydent, jaki miał miejsce w strefie konfliktu karabaskiego. Według doniesień strony ormiańskiej, grupa azerbejdżańskich komandosów przedostała się do strefy kontrolowanej przez Armenię. Wynik zderzenia czołowego wojsk – 5 trupów.

W przeciągu krótkiego czasu już dwóm spotkaniom, z uczestnictwem Dmitrija Miedwiediewa poświęconym postradzieckim problemom, towarzyszy wybuch agresji w omawianych strefach konfliktu. Masakra Uzbeków w Osh [w czerwcu tego roku – przyp. tłum.] miała miejsce w trakcie omawiania kirgiskich problemów na forum Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Taszkiencie, a w miarę stabilny parytet w Karabachu został zachwiany od razu po zakończeniu trójstronnego spotkania w Sankt-Petersburgu. Jak mawia stare włoskie przysłowie: jedna zbieżność – przypadek, ale dwie to już prawidłowość.

W pierwszej dekadzie lipca sekretarz stanu USA Hillary Clinton ma zamiar odwiedzić Ukrainę i republiki Zakaukazia – Armenię, Azerbejdżan i Gruzję. Wybór krajów nie jest przypadkowy. Wątpliwości co do tego, że szefowa amerykańskiej administracji spraw zagranicznych spotka się w Kijowie i Tbilisi z całkiem ciepłym przyjęciem, nie ma żadnych. Ostatnie wybory w Gruzji pokazały, że Saakaszwili całkowicie kontroluje sytuację w kraju, a gruzińscy politycy odwiedzający Moskwę by podpisać z [Borysem] Gryzłowem porozumienia o współpracy międzypartyjnej, automatycznie zostają zaliczeni przez społeczeństwo do kategorii zdrajców narodu i zepchnięci na margines. Nic dziwnego! Całkiem niedawno politycy ci zajmowali wiodące stanowiska w rządzie Saakaszwilego, przeklinając Rosję za wszystko. A zdradzając raz, z pewnością i zdradzą każdy kolejny raz, kiedy staną przed zasadniczym wyborem.

Ignorując Saakszwilego jako polityka, Moskwa stara się zademonstrować zaangażowanie w dialog z gruzińskim społeczeństwem. Wybór osób przedstawiających interes tejże społeczności okazał się całkowicie nietrafiony. A warstwa reprezentatywna, uświadamiająca znaczenie czynnika rosyjskiego i wierząca w możliwość cywilizowanej współpracy, jak zwykle pozostała pominięta. Nie został wykorzystany również potencjał gruzińskiej mniejszości w Rosji – naturalny pomost społeczny. Zamiast tego obserwujemy dyplomację prowadzoną przez byłego premiera [Zuraba] Nogaideli i byłą przewodniczącą parlamentu [gruzińskiego Nino] Burdżanadze, która nie zmierza do realnego poszukiwania wspólnych dróg narodów i państw, a raczej skupia się na budowaniu własnego kapitału politycznego przed wyborami.

Rosji nie udało się wypracować nowego podejścia do zakaukaskich problemów, aczkolwiek wojna sierpniowa dała jej prawie dwuletnie carte blanche. Moskwa wybrała, na swoją niekorzyść, drogę wspólnych ustaleń z Turcją, co w konsekwencji doprowadziło do regionalnego dyktatu Ankary oraz skróconego dialogu z Iranem.

Ukraińska rzeczywistość stanowi jeszcze większy splot sprzeczności, a więc staje się bardzo ciekawą i nadzwyczaj owocną dla władz [amerykańskiego] Departamentu Stanu. Kijów otwarcie torpeduje jeden z priorytetowych rosyjskich projektów – korytarz energetyczny „South Stream”, proponując Moskwie skoncentrować siły i zasoby na innym zadaniu – odnowy sieci przesyłu (GTS) Ukrainy bez jakichkolwiek korzyści dla strony rosyjskiej. Inicjatywę premiera Rosji Władimira Putina, polegającą na połączeniu „Naftogazu” i „Gazpromu” kategorycznie odrzuciła. Tym samym władze Ukrainy domagają się by Moskwa nie pozbawiła ich instrumentu do szantażu tejże Moskwy. Jednocześnie domaga się unowocześnienia i wzmocnienia tego instrumentu. W jaki sposób Rosja doszła do tego by tworzyć system dostaw gazu do Europy pomijając Ukrainę – w Kijowie wolą nie komentować. Jednak przypomnijmy, że taka decyzja została przyjęta w związku z ukraińskim dyktatem tranzytowym oraz kradzieżą, a co ważniejsze, w związku z celowymi działaniami Kijowa, zmierzającymi do samodzielnych poszukiwań możliwości dostępu do zasobów energii oraz tranzytowego ominięcia samej Rosji. Dziś, za rządów [Wiktora] Janukowycza praca ta nabiera nowego rozmachu. Minister Paliw i Energii Jurij Bojko, otwarcie wyraził niezadowolenie ukraińskiej strony w związku z realizacją projektu „South Stream” prezydentowi Federacji Rosyjskiej Miedwiediewowi w trakcie jego wizyty w Kijowie, wcześniej prowadząc rozmowy z azerbejdżańskimi partnerami. Bojko zaproponował Baku zakup 5 mld m3 gazu, których ma być dostarczony drogą Azerbejdżan-Gruzja-Rumunia (AGRI). Warto zauważyć, że drogą nadal omijającą Ukrainę.

Tymczasem w świetle braku zgody nowego rządu Bułgarii w kluczowych dla Rosji porozumieniach energetycznych, w tym dla ropociągu Burgas-Aleksandrupolis oraz elektrowni atomowej „Belene”, „Gazprom” z opóźnieniem uświadomił sobie, że ten sam los spotka i „South Stream”. Holding już oświadczył, że „South Stream”, który położony będzie na dnie Morza Czarnego, „wejdzie” na kontynent europejski nie z bułgarskiego wybrzeża, a rumuńskiego. Z tego punktu widzenia, AGRI staje się bezpośrednim konkurentem dla rosyjskiego projektu, a Azerbejdżan, Gruzja i Ukraina wraz z Rumunią – kuratorem stosunków Baku-NATO – bezpośrednimi inicjatorami. W tym przypadku, brak jest również jakichkolwiek gwarancji, że Rumunia na pewnym etapie sama nie torpeduje „South Stream”.

Biorąc pod uwagę fakt, że Turkmenia rozpoczęła budowę gazociągu w stronę wybrzeża Morza Kaspijskiego, to perspektywy początku budowy tak zwanego południowego korytarza energetycznego stają się bardziej niż realne. Projekt NABUCCO i AGRI (przy połączeniu Ukrainy i rurociągu – „White Stream”) połączą w jedną sieć Azje Środkową, Kaukaz, Turcję (Ukrainę), Europę. Mowa tu jest również o braku w Rosji dźwigni pozwalających odłożyć perspektywę dostępu Zachodu do środkowoazjatyckich źródeł energii. Wydarzenia w Kirgistanie i Uzbekistanie pokazały realny potencjał rosyjskich militarno-politycznych wpływów w tym regionie, impotencję Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ), a także wskazały nowy punkt oparcia na linii Waszyngton-Turkmenistan. Należy mieć na uwadze, że osiągnąwszy dostęp do zasobów Turkmenistanu i Uzbekistanu, a także połączywszy ich ze strumieniami z Iraku, a w przyszłości z Iranu, Zachód zacznie odcinać Rosję od europejskiego konsumenta, a dokładniej dyktować nowe warunki dostępu do nich. Turcja – uczestnik zarówno NABUCCO jak i „South Stream” – będzie grała pierwsze skrzypce, w przeciwieństwie do Ukrainy, posiadając możliwości dywersyfikacji tranzytu.

Tak, więc nie ma żadnych wątpliwości że porządek obrad Hillary Clinton w Kijowie i Tbilisi będzie nadzwyczaj wypełniony. Tym bardziej, że politycy z Kijowa dają aktywne sygnały o przejęciu gruzińskiego doświadczenia i nie śpieszą się z decyzją o wyjściu z bloku GUAM. Całkiem prawdopodobne jest, że będą oni wkrótce podzielać pogląd gruzińskiego lidera, że Morze Czarne jest wewnętrznym morzem NATO. A, wydawało się rozwiązany problem Floty Czarnomorskiej powróci wkrótce po parlamentarnych wyborach na Ukrainie w trybie pilnym.

Czynniki kirgiski i armeński w scenariuszu wyrugowania Rosji z przestrzeni postradzieckiej są kluczowe. Tym bardziej, że te dwie republiki są najbardziej wrażliwe z punktu widzenia militarno-politycznego tego regionu, i które z powodu trudnej sytuacji socjalno-ekonomicznej i intensywności zagrożeń, potrzebują gwarancyjnej roli Moskwy. Te dwa kraje, w których obecność Rosji póki co jest podtrzymywana na poziomie wspólnotowym, pozwalają na funkcjonowanie baz wojskowych. Z tego punktu widzenia, nie jest wcale przypadkowe, że osoba która wprowadziła w życie projekt zniszczenia zalążków kirgiskiej państwowości – ambasadorka USA Mary Jovanovich, obecnie rozwija swoją aktywną działalność w Erewaniu.

Cechą charakterystyczną zauważalnej aktywizacji Moskwy w sprawie Karabachu jest fakt, że towarzyszy jej niejednoznaczne wzywanie Rosji przez Baku i Ankarę, by wywarła presję na władzach Armenii w celu wyprowadzenia wojsk z strefy bezpieczeństwa Górskiego Karabachu. Komentując majową wizytę Dmitrija Miedwiediewa w Turcji prasa turecka pisała, że rosyjski lider niemal zagwarantował swoim tureckim partnerom rozwiązanie karabaskiego konfliktu. Tego rodzaju komunikaty i oceny przyczyniły się do znaczącego podniesienia czujności społeczności ormiańskiej w kwestii ryzyka budowy osi Moskwa-Ankara. W dodatku, w Armenii można dziś często usłyszeć ocenę swoistego „rozdwojenia” rosyjskiej regionalnej strategii. Zaznacza się, że premier Władimir Putin trzyma się bardziej konserwatywnej pozycji w sprawie karabaskiego konfliktu. Można to było zauważyć w jego ostrożnych i wyważonych wypowiedziach w trakcie wizyty w Turcji, w dodatku w czasie, gdy prezydent Miedwiediew starał się zwiększyć obecność swojego kraju w procesie rozwiązania tej kwestii, choć zdecydowana większość ekspertów uważa konflikt karabaski za nierozwiązywalny.

W rzeczywistości, obecnie Mińska Grupa OBWE zapewnia dyplomatyczną kurtynę, za którą ma miejsce intensywny nacisk na Armenię ze strony Azerbejdżanu i Turcji. Erewanowi proponuje się by ten oddał pas strefy bezpieczeństwa Górskiego Karabachu bez żadnych gwarancji przyznania niepodległości Republiki Górnego Karabachu w przyszłości. Tym samym Armenię prowadzi się do dyplomatycznej klęski – dobrowolnego oddania terytorium, nad którym kontrola została zapewniona w wyniku konfliktu zbrojnego i w kontekście zagrożeń płynących ze strony Baku. Co więcej, azerbejdżańsko-turecka propaganda wpaja usilnie, że to właśnie Rosja zapewnia warunki do takich nacisków.

Instrumenty stosowane dziś przeciwko Armenii (sojusznika Rosji), państwa na terenie którego znajduje się ostatnia rosyjska baza w regionie, nie licząc baz w Abchazji i Osetii Południowej, którym został nadany przez Zachód statut „okupacyjnych” – są całkiem delikatne. Skończywszy „historyczny” proces normalizacji stosunków z Erewaniem, Turcja rozpoczęła z nową siłą prawdziwie historyczną misję jej izolacji – budowa drogi kolejowej Kars-Nachiczewan (obejście z południa) i drogi kolejowej Kars-Achalkalaki-Baku (obejście z północy). Turecko-azerski tranzyt przez Samche-Dżawacheti, zamieszkały głównie przez Ormian region Gruzji, to wynik wyjścia rosyjskich wojsk z Achalkalaki oraz zapowiedź masowego eksodusu Ormian z tego kraju.

Głównym dążeniem Waszyngtonu, który odgrywał główne skrzypce w procesie ormiańsko-tureckiego „pojednania”, była uważna obserwacja w jaki sposób Rosja angażuje się w karabaski proces, a nie  aktywizacja tego dialogu w obliczu jego zamrożenia. Po przyznaniu przez Waszyngton niepodległości Kosowu, Amerykanom będzie trudno wytłumaczyć Ormianom z Karabachu, że ich marzenie o niepodległości i połączeniu z Armenią nie będzie mogło być zrealizowane. Dlatego proponuje się by zrobiła to Rosja, która przyznała niepodległość Abchazji i Osetii Południowej. Pierwsze sukcesy na tym polu ma już za sobą przewodniczący Rady Federacji, lider partii „Sprawiedliwa Rosja” Siergiej Mironow. „Rosja nigdy nie uzna Górnego Karabachu” - tak zacytowały go azerskie media. Później Mironow nazwał to przeciekiem i wypierał się własnego oświadczenia. Jednak nie trudno zrozumieć, że Rosja już jedną nogą jest uwięziona w karabaskim konflikcie.

Hillary Clinton będzie miała całkiem intensywne obrady w Erewaniu i Baku. Nie jest wykluczone, że sekretarz stanu USA, zgodnie z tradycją, ogłosi „reset” w stosunkach USA-Południowy Kaukaz, w związku z tym, że przez wielu amerykański czynnik został wykluczony. Pewne jest, że szefowa Departamentu Stanu rozłoży porządek obrad bardzo umiejętnie – Azerbejdżanowi będą wytłumaczone wszelkie zalety demokratycznych rządów, a Erewan otrzyma wytłumaczenie o przyczynach zerwania dialogu z Turcją. W odniesieniu do kwestii Karabachu, Amerykanie będą oczekiwać na wyniki solo Miedwiediewa, i tylko wówczas przedstawią swoją dominującą pozycję. Tutaj właśnie praca Jovanovich w Armenii i solidne doświadczenie ambasadora w Baku Matthew Bryzy będą wykorzystywane w pełni.

Tłum. Stanisław Szypowski.

Artykuł pochodzi ze strony rosyjskiego Międzynarodowego Instytutu Nowych Państw.

Tekst w j. rosyjskim znajduje się TUTAJ.

Czytany 6707 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04