środa, 26 czerwiec 2013 08:06

Tomasz Skowronek: Brazylia się buntuje...

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

brasilian_protest_03geopolityka  Tomasz Skowronek

Widmo buntu krąży po świecie. W ostatnich dniach protesty i zamieszki wybuchły w Chile, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Turcji, a ostatnio także w Brazylii. Na ulice największych brazylijskich miast m.in. w Rio de Janeiro, Sao Paulo, Port Alegre, Salvadorze, Belo Horizonte czy Recife, wyszło ponad milion Brazylijczyków, aby demonstrować przeciwko niesprawiedliwości społecznej, korupcji, złemu stanowi służby zdrowia i oświaty. W Ameryce Południowej wściekłość i rozpacz w każdej chwili mogą eksplodować, wystarczy tylko iskra. 

W Brazylii tą iskrą zapalną stała się zapowiedź podwyższenia cen biletów komunikacji miejskiej przez władze. Obecne zamieszki są największe od 1992 r., kiedy to domagano się ustąpienia dla ówczesnego prezydenta Fernando Collor de Mello.

Latynoski kontynent widział już wiele podobnych odruchów sprzeciwu. Dwa lata temu boliwijski socjalistyczny prezydent Evo Morales również ogłosił podwyżki. W tym wypadku chodziło o podniesienie cen ropy i benzyny aż o 70%. W Boliwii zawrzało. Strajki związków zawodowych transportowców sparaliżowały wiele miast, a masowe protesty uliczne przerodziły się w gwałtowne demonstracje, które kończyły się burdami z policją. Kilkudniowe zamieszki w kraju nazwano gasolinazo. Boliwijskie władze zmuszone zostały do odwołania swojego dekretu, jednak część społeczeństwa poczuła wielki zawód wobec E. Moralesa. W Ameryce Łacińskiej bunty społeczne zawsze są liczne i bardzo gwałtowane. Ciężko je opanować. Często zarazem są dość skuteczne – niejednokrotnie rozgniewany lud wymuszał ustępstwo głowy państwa lub przynajmniej dymisję ministrów.

Masowe demonstracje w Brazylii stały się powszechnym zjawiskiem dopiero po 1985 r., czyli po upadku wojskowej junty. Obecne protesty w tym kraju są największe od dwudziestu lat i stanowią poważne wyzwanie dla ekipy prezydent Dilmy Rousseff. Początkowo, głównym inicjatorem strajku był Movimento Passe Livre – ruch społeczny, który opowiada się za bezpłatną komunikacją miejską. Został założony w 2005 r., w Porto Alegre – najważniejszym mieście dla alterglobalistów. Również w tym mieście, od dłuższego czasu demonstranci domagali się bezpłatnej komunikacji. Jednak nasilenie protestów zaczęło się 6 czerwca w Sao Paulo, zaraz po ogłoszeniu informacji o podwyżce cen biletów. Protest szybko rozprzestrzenił się na cały kraj i zamienił się w falę antyrządowych wieców. Jeszcze wtedy nikt nie zdawał sobie sprawy, że przez kraj przejdzie huragan społecznych rozruchów, które zaskoczą władze tego 190-milionowego państwa.

Mimo deklaracji władz, że podwyżka zostanie wycofana, fala strajków nie ustępuje. Nasuwa się od razu kilka pytań. Czy naprawdę chodziło tylko o bilety? Dlaczego Brazylijczycy oburzają się mimo, że stopa życiowa w ciągu dekady znacznie podniosła się, a bezrobocie w kraju pozostaje wciąż na dość niskim poziomie? Czy bunty w tym latynoskim państwie można porównywać do ostatnich wydarzeń, które miały miejsce w Europie, czy w Turcji?

Na ostatnie pytanie już możemy prosto odpowiedzieć – nie. Europejczycy protestowali głównie przeciwko bezrobociu wśród młodych, czy przeciw imigrantom. Turcy przeciwstawiali się rządom autorytarnym. Sytuacja w Brazylii ma zupełnie inne podłoże. Początkowo na ulice wyszli głównie młodzi ludzie. Początkowo były to demonstracje pokojowe. Dopierop potem nabrały niepokojących rozmiarów, aż doszło do starć z policją, która użyła kul gumowych i gazu łzawiącego. Demonstranci uważają, że bezprawnie zastosowano wobec nich przemoc. Siły porządkowe twierdzą natomiast, że gdyby nie interwencja, doszłoby do rozbojów. Jak często bywa w takich sytuacjach, prawda leży gdzieś po środku. Policja brazylijska cieszy się bardzo złą opinią jeszcze od czasów dyktatury. Bardzo często nadużywa władzy, jest dość brutalna. Faktem natomiast jest, że podczas ostatnich buntów plądrowano sklepy, atakowano siedziby państwowe. 20 czerwca, w ponad 100 miastach, protestujący lud ponownie wyszedł na ulice. W porównaniu jednak do wcześniejszych demonstracji, na ulicach było więcej rodzin z dziećmi, kobiet czy osób w średnim wieku. Prezentując różne postulaty, Brazylijczycy szybko pokazali, że nie o podwyżkę biletów tylko im chodzi. Lista pretensji rozgniewanego społeczeństwa jest naprawdę długa.

Główny powód protestów to gwałtowna przestępczość, wszechobecna korupcja, brutalności policji w dzielnicach nędzy, rosnące ceny, słaba służba zdrowia i edukacja. Do tego dochodzą pretensje o zbyt wysokie podatki. Brazylijczycy płacą stosunkowo wysokie nakłady na swoje państwo (ok. 35% PKB), ale to nie przekłada się na jakość świadczeń. Jakość usług publicznych nadal pozostawia wiele do życzenia. Przykładowo bilety autobusowe w Rio czy Sao Paulo, jak podaje brazylijski dziennik Folha de S. Paulo, są droższe niż w Londynie, Tokio czy w Madrycie. Jednocześnie rząd wydaje ogromne kwoty na mundial i igrzyska olimpijskie. Mimo, że piłka nożna w Brazylii jest świętością, to wielu spośród demonstrantów wyraża niezadowolenie z powodu wydawania miliardów dolarów na przygotowywanie przyszłorocznych mistrzostw świata. Państwo na imprezę sportową ma wydać aż 15 mld USD.

Również przestępczość pozostaje kwestią nierozwiązaną. W takich brazylijskich miastach, jak Rio de Janeiro, Recife czy Maceió popełnianych jest więcej przestępstw i zabójstw, niż w niejednym meksykańskim mieście. Korupcja występuje na najwyższych szczeblach. Rok temu zarzuty korupcyjne dopadły już siedmiu ministrów i szefa piłkarskiego komitetu organizacyjnego. Z drugiej strony trzeba jednak przyznać, że D. Rousseff jest najbardziej bezkompromisowym prezydentem ostatnich lat, jeśli chodzi o walkę z korupcją. Jednym z jej największych sukcesów na tym polu było zmuszenie paru „nieusuwalnych” ministrów do dymisji. Mimo to, patologia nadal jest wszechobecna w rządzie i często krytykowana przez społeczeństwo.

Również problemy gospodarcze dotykają Brazylijczyków. Gospodarka znacznie spowolniła. Dziś wzrost gospodarczy wynosi zaledwie 0,9%. Inflacja na szczęście pozostaje nadal na stosunkowo niskim poziomie ok. 6,5%, ale przejawia tendencję wzrostową. Brazylijczycy są wrażliwi na gwałtowne wzrosty cen. Wielu z nich dobrze pamięta lata 80. i 90., kiedy kraj był ogarnięty ogromną hiperinflacją. Aktualne protesty  pokazują, że młodzi ludzie, podobnie jak i klasa średnia, chcą czegoś więcej... Wyciągnięcie z nędzy 40 mln ludzi stało się niewątpliwie ogromnym sukcesem władz, ale społeczeństwo dojrzało w tym samym czasie do bardziej ambitnych żądań i chce bardziej wpływać na politykę w swoim kraju. Poza polepszeniem własnego bytu Brazylijczycy chcą mieć dostęp do dobrej jakościowo służby zdrowia, chcą mieć poczucie bezpieczeństwa na ulicach, oraz mieć pewność, że podatki, które płacą, pójdą na wspólne dobro, a nie tylko do kieszeni polityków i na stadiony.

Ciężko przewidzieć, w jaki sposób zakończy się obecna sytuacja. Można jednak przypuszczać, że atmosfera ustabilizuje się, tym bardziej, że władze są skłonne do dialogu. Na chwilę obecną brazylijskie metropolie przypominają, i być może nadal będą przypominać przez jakiś czas, greckie miasta z 2008 r. –  demonstracje, zamieszki, strajki. Policja nie radzi sobie zbyt dobrze z tą sytuacją. Prezydent D. Rousseff ogłosiła, że jej rząd opowiada się za przemianami społecznymi oraz, że jako głowa państwa, ma obowiązek słuchania głosu ulicy i rozmawiania ze wszystkimi stronami konfliktu. Obiecała spotkać się z przywódcami protestów. Można rzec, że protestujący odnieśli już mały sukces, i to nie tylko dlatego że władze wycofały się z podwyżki cen. Następczyni Luli da Silvy zapowiedziała szereg istotnych reform, w tym opracowanie planu usprawnienia transportu publicznego, przeznaczenie zysków z eksportu ropy na poprawę systemu oświaty oraz podjęcie działań zmierzających do ściągnięcia do Brazylii lekarzy z zagranicy, w celu usprawnienia systemu opieki zdrowotnej, oraz zapewnieniu większego bezpieczeństwa na ulicy. Jednocześnie podkreśliła, że mistrzostwa świata w piłce nożnej finansowane będą przez firmy wykorzystujące areny sportowe, a nie przez podatników. Pytanie tylko, czy te zapewnienia przekonają protestujących?

Warto zaznaczyć, że za rok w Brazylii odbędą się wybory prezydenckie. Już pojawiają się głosy, że wskutek masowych protestów na scenie politycznej może zwolnić się miejsce dla nowych siły politycznych, zwłaszcza dla centrolewicowej opozycji. Obecna prezydent, jak i jej Partia Pracy, nadal utrzymują wysokie poparcie, choć jest ono znacznie mniejsze niż było jeszcze kilka miesięcy temu. Niedawno obecną głowę państwa popierało ok. 70% respondentów. Dziś szefowa brazylijskiego państwa może liczyć na poparcie ok. 55% Brazylijczyków. Ponadto spowolnienie gospodarcze, wątpliwości polityczne oraz ostatnie protesty na pewno nie wpłyną pozytywnie na notowania obecnej ekipy rządzącej. Mimo tego Dilma Rousseff za rok powinna pozostać najbardziej popularną kandydatką na fotel prezydencki. Obecne protesty, mimo, że są apolityczne, na pewno jednak jej nie pomogą. Nie pomogą także nikomu innemu...

Fot. darkroom.baltimoresun.com

Czytany 6629 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04