sobota, 31 grudzień 2011 10:02

Przemysław Sieradzan: Gasnąca gwiazda, czarne dziury i białe karły - prognoza rozwoju sytuacji w Federacji Rosyjskiej

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

putinwtvp  dr Przemysław Sieradzan

Wszystko wskazuje na to, że na naszych oczach zmierza ku końcowi model ładu politycznego w Federacji Rosyjskiej uosabiany przez Władimira Putina. Trudno sądzić, żeby finał błyskotliwej kariery politycznej niegdysiejszego funkcjonariusza radzieckiego wywiadu był choć w drobnej części tak spektakularny, jak jego pamiętny (i przez nikogo nie oczekiwany) debiut w roli premiera w 1999 roku.

Współczesnym Rosjanom przyszło żyć w ciekawych czasach... Nadzwyczaj stabilna (umyślnie stosuję eufemizm, nie chcąc użyć pejoratywnie nacechowanego sformułowania „pogrążona w marazmie”) w ostatnich latach rosyjska scena polityczna wkracza okres turbulencji. Próba prognozowania rozwoju sytuacji przypomina nieco wróżbiarstwo – należy traktować ją nie jako materiał analityczny, lecz raczej swoistą politologiczną zabawę, czy też ćwiczenie intelektualne. Proszę zatem Czytelnika, przyzwyczajonego do śmiertelnie poważnych tekstów, o pobłażliwość wobec felietonowego i miejscami żartobliwego tonu niniejszego tekstu, nieco kontrastującego być może z powagą tematyki, której tekst ten jest poświęcony.

Wszystko wskazuje na to, że na naszych oczach zmierza ku końcowi model ładu politycznego w Federacji Rosyjskiej uosabiany przez Władimira Putina. Trudno sądzić, żeby finał błyskotliwej kariery politycznej niegdysiejszego funkcjonariusza radzieckiego wywiadu był choć w drobnej części tak spektakularny, jak jego pamiętny (i przez nikogo nie oczekiwany) debiut w roli premiera w 1999 roku. Ogromna charyzma i pasja Władimira Putina, które na przełomie tysiącleci tchnęły nadzieję w upokorzony dziesięcioleciem jelcynowskiej smuty lud rosyjski, ewaporowały bezpowrotnie. Wyczyny kulturystyczne, myśliwskie, płetwonurkowe i wokalne obecnego premiera, podobnie jak pojawianie się u boku sław estrady i sportu, są swoistym kamuflażem dla gasnącego w oczach blasku Gwiazdy Polarnej rosyjskiej polityki ostatniej dekady. Czy gwiazda Putina eksploduje niczym supernowa, czy też będzie powoli gasnąć? Drugi wariant uważam za zdecydowanie bardziej prawdopodobny.

Charakter i wątła objętościowo skala niniejszego tekstu nie pozwalają na przeprowadzenie rzetelnego, wszechstronnego podsumowania dwunastu lat putinowskiego przywództwa. Jeśli jednak chcieć podsumować ten okres jednym słowem, najbardziej odpowiedni wydaje się termin „ambiwalencja”. Czy Władimir Putin to zagorzały okcydentalista, spadkobierca jelcynowskiego defetyzmu i bywalec rancho kata Iraku George’a Busha, czy też mąż stanu, przywódca odradzającego się mocarstwa i wizjoner, wygłaszający słynną Mowę Monachijską, do dziś pozostającą manifestem apologetów wielobiegunowego modelu ładu światowego? Jest jednym i drugim. Władimir Putin to postać dwoista, dialektyczna, pełna wewnętrznych sprzeczności, łącząca w sobie w niemalże identycznych proporcjach przeciwstawne nurty okcydentalnego liberalizmu i mocarstwowego patriotyzmu, których konfrontacja była motywem przewodnim politycznej i intelektualnej historii Rosji ostatnich dwóch stuleci. Na przełomie wieków Putin mógł odgrywać rolę narodowego przywódcy, możliwego do zaakceptowania przez oba wielkie zwaśnione obozy. Dziś ani spragnieni liberalnej demokracji westernofile, ani antyokcydentaliści wyczekujący odrodzenia imperialnego modelu rosyjskiej mocarstwowości nie wiążą z osobą Władimira Putina najmniejszych nadziei. Dziś były (i zapewne przyszły) rosyjski prezydent jest przywódcą elektoratu apolitycznego, biernego, postpolitycznego, dalekiego od jakiegokolwiek tożsamości ideowej. Wyborcy Putina i „Wspólnej Rosji” to w swojej większości właśnie osoby apolityczne – kolektywna ideowa czarna dziura. Skupieni w partii władzy czynownicy nie są zdolni nie tylko do zainicjowania tak potrzebnego przełomu, ale nawet do efektywnej obrony status quo.

Nie chciałbym jednak, żeby mój artykuł wpisany został w modny ostatnio w Rosji (a od dwunastu lat w Polsce) nurt dezawuowania i odsądzania od czci i wiary rosyjskiego lidera. Władimir Putin pozostaje postacią gigantycznego formatu, wyrastającym niczym literacki Lemuel Guliwer ponad krzykliwe liliputy z liberalnej opozycji. Jego zasługi dla Rosji są – jak przystało na giganta – zaiste gigantyczne. Dość powiedzieć, że polityka Putina prawdopodobnie uchroniła Rosję przed dezintegracją, która pod koniec lat dziewięćdziesiątych była nadzwyczaj prawdopodobnym scenariuszem dla Federacji Rosyjskiej. Nie muszę dodawać, że w zestawieniu z wojną domową na obszarze upadłego imperium atomowego, która stałaby się nieuchronną konsekwencją rozpadu państwa, rzeź bałkańska z początku lat dziewięćdziesiątych zaczęłaby się jawić jako niewinna zabawa dzieci w piaskownicy.

Gigantyczna jest także skala błędów i zaniechań Władimira Władimirowicza. Rosyjski prezydent miał potencjał, by stać się przywódcą miliardów ludzi nie akceptujących amerykańskiej hegemonii światowej. Nie umiał bądź nie chciał spełnić nadziei, które powszechnie w nim pokładano. Nie podjął rzeczywistych działań przeciw wszechwładzy oligarchów, poprzestając na działaniach pozorowanych i symbolicznych. Nie odwrócił trendu pogłębiania się przepaści ekonomicznej między garstką bogaczy i milionami żyjącymi w biedzie. W dziedzinie reintegracji obszaru radzieckiego ograniczył się do gromkich deklaracji, przedkładając optykę biznesową nad geopolityczną. Za jego rządów (w charakterze prezydenta i premiera) szerzyła się korupcja i patologie społeczne, komercjalizacji (czyli degradacji, bo to w tym przypadku synonimy) ulegały sfery edukacji, nauki i wojska. Defetyzm i kapitulanctwo w polityce zagranicznej – smutne dziedzictwo niesławnych Szewardnadzego i Kozyriewa – nie zostały wyrugowane do końca z polityki zagranicznej. Niestety, lista putinowskich niepowodzeń jest znacznie dłuższa.

Władimir Putin ma swoje niezaprzeczalne, historyczne zasługi przez Rosją i Rosjanami. Nie spełnił jednak pokładanych w nim nadziei. Miał być liderem Wielkiego Przełomu – okazał się liderem „małej stabilizacji”. Teraz potrzebny jest nowy impuls.

Rosja desperacko potrzebuje terapii. Na horyzoncie nie widać (jeszcze!) lekarza. Widać za to po dwóch stronach barykady: z jednej strony anestezjologów i hipnotyzerów („czarne dziury” z administracji kremlowskiej), z drugiej – trucicieli rzeźników i grabarzy (opozycyjne „białe karły”).

Nie ulega wątpliwości, że ostatnie tygodnie przyniosły znaczny wzrost znaczenia opozycji antykremlowskiej, która przez lata swoją biernością, pieniactwem i indolencją skutecznie zrażała do siebie obywateli (wbrew swojej woli legitymizując tym samym status quo). Trudno zignorować dziesiątki tysięcy demonstrantów domagających się ponownego przeprowadzenia wyborów do Dumy Państwowej. Dwa prawdziwie masowe wiece (na Placu Błotnym i Prospekcie Sacharowa) były realnym sukcesem prozachodnich liberałów, którzy bez wątpienia wiodą prym w ruchu „O Uczciwe Wybory”. Na tle zdezorientowanych, zagubionych i pasywnych „czarnych dziur” - funkcjonariuszy partii Wspólna Rosja liderzy opozycji („białe karły”) – Aleksiej Nawalny, Jewgienija Czirikowa i Boris Niemcow, wspierani przez mniej lub bardziej przebrzmiałe sławy literatury, estrady i ekranu telewizyjnego (a także polityki i reklamy, jak Michaił Gorbaczow), mogą wydawać się głodnymi wilkami pewnie zmierzającymi po władzę. Czy to oznacza nastąpi radykalny przełom, który sprawi, że przedstawiciele dzisiejszych kontrelit zasiądą na Kremlu i w Białym Domu? To mało prawdopodobne. Tym niemniej sądzę, że najbliższe miesiące wstrząsną rosyjską sceną polityczną.

W Rosji siły liberalne, wspierane logistycznie i finansowo przez swoich zachodnich mocodawców, usiłują zrealizować klasyczny scenariusz „kolorowego przewrotu” („biała wstążka”, będąca symbolem protestów, to po prostu kalka pomarańczowej wstążki, którą doskonale pamiętamy z kijowskiego Majdanu) . Opozycja liberalna przez lata wydawała się żałośnie słaba, a przy tym wzajemnie skłócona. Dziś okazuje się, że obóz liberalny jest realną siłą polityczną, reprezentującą część rosyjskiego społeczeństwa, której kolektywna świadomość, za sprawą mediów i popkultury, stała się produktem neoliberalnej globalizacji. Demonstranci z Placu Błotnego i Prospektu Sacharowa dużo łatwiej znaleźliby wspólny język z londyńczykiem czy nowojorczykiem, niż z mieszkańcem rosyjskiej prowincji. Ci obywatele przestrzeni wirtualnej to uprzywilejowani konsumenci euroamerykańkiej popkultury, którzy dokonali pełnej internalizacji systemu wartości charakterystycznego dla dzisiejszego Zachodu. Podróżują na Zachód i czują się jego częścią. Są kompletnymi produktami neoliberalno-okcydentalnej akulturacji, obywatelami świata „końca historii”. Grupę tę, stanowiącą trzon protestów, jeden z liderów opozycji Boris Niemcow pogardliwie określił w podsłuchanych rozmowach mianem „chomiczków”. Oprócz przedstawicieli postpolitycznego „pokolenia Twittera” demonstrować wyszli ideowi działacze różnych organizacji politycznych – od nacjonalistów, przez liberałów, po komunistów i anarchistów. Pojawili się tam też rozmaici „ludzie dobrej woli”, autentycznie zatroskani manipulacjami wyborczymi, do których bezsprzecznie doszło.

Wszyscy ci ludzie, niezależnie od intencji, którymi się kierują (w niektórych przypadkach szlachetnych!) obiektywnie służą Stanom Zjednoczonym, których elity polityczne nie kryją swoich dążeń do wymiany kremlowskich elit na elity w pełni przez siebie kontrolowane.

Czy antyputinowscy opozycjoniści spod znaku „białej wstążki” cieszą się poparciem większości społeczeństwa rosyjskiego? Oczywiście, nie. To wyraźna mniejszość. W momentach przemian politycznych wola większości nie ma żadnego znaczenia – mogliśmy zaobserwować tę prawidłowość chociażby w sierpniu roku 1991. Zwolennicy Borysa Jelcyna, nieliczni w skali całego Związku Radzieckiego, zdominowali ulice Moskwy i Leningradu. Obywatele ZSRR, których lwia część opowiedziała się za przetrwaniem socjalistycznego imperium, biernie przyglądali się jelcynowskim bachanaliom, których ukoronowaniem stały się porozumienia białowieskie. To nie większość, lecz aktywna mniejszość odgrywa decydującą rolę w momentach przełomowych.

Jeśli na ulice Moskwy i Sankt-Petersburga wyjdzie w styczniu kilkaset tysięcy demonstrantów (kilka promili Rosjan!), może to oznaczać początek agonii obecnego systemu władzy.

Sądzę, że w styczniu demonstracje nasilą się, a nastroje opozycyjne będą zdobywać coraz szersze grono zwolenników. Liberałowie pokroju Niemcowa, Kasjanowa i Kasparowa zdobędą poklask w wielkich miastach, co będzie się przekładać na frekwencję na mitingach i marszach. Na prowincji kapitał sprzeciwu wobec „Wspólnej Rosji” zagospodarują narodowi komuniści z najsilniejszej partii opozycyjnej Rosji współczesnej – Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej. Komuniści Ziuganowa są jedyną realną partią opozycyjną posiadającą struktury terenowe i zdolną do przejęcia władzy. Liberałowie mogą organizować efektowne demonstracje i zadawać druzgocące ciosy prestiżowi Putina i „Wspólnej Rosji”, przyspieszając kres ich rządów. Podczas wyborów jednak głos mieszkańca Moskwy jeżdżącego Mercedesem i korzystającego z twittera i I-Pada jest (ku rozpaczy liberałów!) równie ważny, co głos emeryta z Magadanu, żołnierza z Dagestanu lub rolnika z obwodu tomskiego. Prozachodnie, liberalne nastroje można zaobserwować w wielkich miastach, ale nie na prowincji. To w Moskwie i „Pitierie” czytuje się „Nowuju Gazietu”, słucha „Echa Moskwy” i zagląda na portal grani.ru. Liberałowie zapewne wkrótce zarejestrują partię polityczną (zapewne w formule poszerzonej Partii Wolności Narodowej „ParNaS”), jednak łącznie z legalną już socjalliberalną partią „Jabłoko” nie przekroczą pułapu 20 % poparcia (a to i tak w najlepszym dla nich, a najgorszym dla Rosji wypadku).

Młody, energiczny prawnik Aleksiej Nawalny, bohater mediów ostatnich miesięcy, otoczony nimbem niezłomnego bojownika z korupcją, jest dużo bardziej chytrym graczem. Pozostaje opozycjonistą, lecz dystansuje się od niepopularnych wśród Rosjan haseł liberalnych. Jego retoryka ma charakter populistyczny i antykorupcyjny. Opozycjonista ten nie stroni od haseł nacjonalistycznych i antyimigranckich, popularnych niestety wśród części elektoratu. Jego powiązania z Departamentem Stanu USA nie są tajemnicą – on sam jednak nie afiszuje się z proamerykańskością i świadomie dystansuje się od liberalizmu. Można sądzić, że Nawalny już wkrótce stanie się przywódcą partii politycznej. Zawrze taktyczny sojusz z liberałami, ale będzie zachowywał wobec nich dystans. Nawalny nie startuje w wyborach prezydenckich – zajął pozycję wyczekującą wiedząc, że czas gra na jego korzyść. Liczy na to, że społeczna destabilizacja i przypływ „fali rewolucyjnej” wyniesie go do władzy.

Marginalizacji ulegną zapewne radykalni, rewolucyjni „antiputinowcy” pokroju Eduarda Limonowa, który już teraz udaje obrońcę czystości sprawy rewolucyjnej, zarzucając niedawnym towarzyszom broni koniunkturalizm i ugodowość. Miejsce Limonowa jako lidera radykalnego nurtu demonstrantów stopniowo zajmuje niegdysiejszy ultralewicowiec Siergiej Udalcow, który taktycznie przemilcza swoje komunistyczne postulaty (jego retoryka ostatnimi czasy do złudzenia przypomina niemcowowską). Czy maksymalista, bolszewik i rewolucjonista Udalcow okazał się politycznym graczem i koniunkturalistą? Wątpię. Sądzę, że odrobił lekcję ze strategii Lenina w 1917 roku. Wie, że po burżuazyjnej rewolucji lutowej przyszła rewolucja październikowa – czeka na pojawienie się właściwej koniunktury dla haseł rewolucyjnych.

Swojej sympatii dla demonstrantów nie kryje część obozu kremlowskiego, która gorąco wspierała prezydenta Dmitrija Miedwiediewa w jego działaniach modernizacyjno-destalinizacyjnych. Niejasna jest rola Aleksieja Kudrina, monetarysty i neoliberała, ministra finansów, wieloletniego przyjaciela Putina, który wystąpił na ostatnim opozycyjnym wiecu, wspierając demonstrantów. Prawdopodobnie stał się on wyrazicielem liberalnej części kremlowskiego establishmentu, która wspiera pewne aspekty status quo, a jednocześnie dystansuje się od mocarstwowo-patriotycznego komponentu ambiwalentnej tożsamości Putina. Aleksiej Kudrin oraz oligarcha Michaił Prochorow skupią wokół siebie „centrystów” – zwolenników modernizacji, apologetów kapitalizmu, którzy zarazem cenią sobie stabilność i boją się rewolucyjnych wstrząsów, które mogą zagrozić notowaniom rosyjskiego wskaźnika giełdowego RTS.

Uważam, że styczniowe i lutowe demonstracje wstrząsną rosyjską i światową opinią publiczną. Liderzy opozycji nie zdołają przekuć wzrostu nastrojów opozycyjnych w społeczeństwie, zdołają jednak osłabić obóz putinowski. Pierwsza tura wyborów prezydenckich zakończy się zwycięstwem Władimira Putina, który uzyska rezultat nieznacznie przekraczający 40%. Do 30% zbliży się przywódca komunistów Giennadij Ziuganow, którego mocarstwowo-socjalna retoryka wyraża nastroje opozycyjnie nastawionych mieszkańców prowincji, którzy najwięcej stracili w wyniku transformacji gospodarczej. Niezły wynik (ok. 14%) uzyska Władimir Żirinowski, który eksponować będzie przede wszystkim postulaty nacjonalistyczne i poprowadzi kampanię wyborczą pod hasłami obrony praw etnicznych Rosjan. Kandydaci liberalni – Michaił Prochorow i Grigorij Jawlinski – uzyskają zbliżone rezultaty, łącznie zdobywając kilkanaście procent głosów. Ich rezultaty będą naprawdę znakomite (kilkudziesięcioprocentowe) w Moskwie, Sankt-Petersburgu i Kaliningradzie. Siergiej Mironow nie zdoła powtórzyć sukcesu „Sprawiedliwej Rosji”- zdobędzie zaledwie kilka procent głosów. Pozostali kandydaci otrzymają znikome poparcie.

Reasumując: Moje typy: Władimir Putin (40%), Giennagij Ziuganow (28%), Władimir Zirinowski (14%), Grigorij Jawlinski (7%), Michaił Prochorow (6%), Siergiej Mironow (4%), ewentualni pozostali kandydaci (1%). Oczywiście, w nadchodzących tygodniach wiele może się zdarzyć – rezerwuję sobie tym samym prawo do przedstawienia kolejnej prognozy tuż przed wyborami.

Obóz kremlowski będzie prawdopodobnie unikać fałszerstw i manipulacji (na większą skalę), obawiając się wzburzenia społecznego. Liberalni demonstranci, nie zrażeni niczym, i tak będą, jak to mają w zwyczaju, protestować przeciw sfałszowanym wyborom i publikować w Internecie filmiki, przedstawiające różnych podstarzałych jegomości dosypujących wypełnione kartki wyborcze do urn. Powodów do protestów dostarczy opozycji chociażby „niezawodny” Ramzan Kadyrow w Czeczenii, w której Władimir Putin uzyska kolejny „rekord” poparcia. Wśród liberalnych opozycjonistów dokona się rozłam. Część będzie wzywać do taktycznego poparcia Ziuganowa, część zaapeluje o bojkot „sfałszowanych” wyborów i wrzucanie do urn biuletynów z ustalonym sloganem lub rysunkiem.

Rywalizacja między Ziuganowem i Putinem będzie zacięta. Dojdzie do debaty obu kandydatów. Ludzie spodziewający się łatwego zwycięstwa Putina będą zaskoczeni dobrym występem lidera komunistów (który, moim zdaniem, niesłusznie odbierany jest jako zły i nudny mówca). Pojawią się pierwsze sondaże zwiastujące klęskę wyborczą Putina. Obóz kremlowski przystąpi do desperackich działań mających na celu poprawę notować swojego kandydata. Zostanie uruchomiona machina propagandowa szkalująca Ziuganowa, dziedzictwo ZSRR i komunizm jako ideologię. Obóz liberalny podzieli się.- część opozycjonistów poprze Putina ze strachu przed powrotem znienawidzonego socjalizmu, część pozostanie wierna postawie antyputinowskiej, część wezwie do bojkotu wyborów. Dzięki kampanii „czarnego PR” i setkom milionów wyłożonych przez oligarchów Władimir Putin wygra drugą turę wyborów (podobnym stosunkiem głosów, jak Jelcyn w 1996 roku), lecz będzie to pyrrusowe zwycięstwo. Giennadij Ziuganow również nie zdoła zdyskontować sukcesu i przekuć go w trwały wzrost potęgi partii komunistycznej.
Władimir Putin wyjdzie z wyborczego starcia wyraźnie osłabiony. Jego obóz będzie zdezintegrowany, a on sam stanie się zakładnikiem oligarchów wspierających jego kampanię finansową. Osłabnie także obóz liberalny, którego liderzy ponownie rozpoczną tradycyjne waśnie i swary. Komuniści umocnią się, ale nie na tyle, by przejąć władzę. Urośnie w siłę ruch polityczny Aleksieja Nawalnego, odwołujący się do umiarkowanego nacjonalizmu, głoszący hasła antykorupcyjne, antykaukaskie i antychińskie, wzywający do rozliczenia elit putinowskich. Rosję czeka okres marazmu i stagnacji. „Centryści” Kudrina i Prochorowa będą podejmować próby jednoczenia umiarkowanej części opozycji i liberalnego skrzydła elit kremlowskich. Do gry powróci także nieco zapomniany Dmitrij Miedwiediew, który będzie próbował stroić się w piórka „oświeconego”, „rozsądnego” i „liberalnego” lidera, który może poprowadzić Rosję między Scyllą biurokratycznego autorytaryzmu i Charybdą rewolucyjnej destabilizacji.

Po kilkunastu miesiącach (albo dwóch-trzech latach) Rosjanie będą mieć dosyć sytuacji klinczu politycznego, w której znajdzie się Rosja. Wtedy mocarstwo ponownie wkroczy w okres turbulencji politycznych, których tym razem obóz kremlowski nie przetrwa. Pojawią się nowi liderzy opozycyjni, którzy nie będą mieć nic wspólnego z dotychczasowymi partiami i ruchami politycznymi. Sądzę, że kilka następnych lat przyniesie Rosji przełom, który zapoczątkuje odrodzenie państwowości. Sądzę też, że kryzys polityczny, który dokona się za kilka lat, odeśle na emeryturę polityczną zarówno elity kremlowskie, jak i kontrelity opozycyjne. Sądzę, że kilka najbliższych lat przyniesie Rosji prawdziwe trzęsienie ziemi, z którego wyłonią się nowe elity i całkowicie nowa wizja państwowości. Status quo ewidentnie wypaliło się – nie wiadomo jednak, jak długo potrwa agonia obecnego ładu politycznego. „Kolorowa rewolucja” nie zakończy się sukcesem – wiadomości o śmierci suwerennej Rosji są zdecydowanie przesadzone. Sądzę, że obrót wydarzeń w Rosji zaskoczy wszystkich, zwłaszcza ironicznych sceptyków i malkontentów. Zaskoczy nie po raz pierwszy i nie ostatni.

Artykuł został opublikowany w ramach Debaty portalu Geopolityka.org na temat fali rosyjskich protestów

Czytany 7482 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04