wtorek, 15 grudzień 2009 04:27

Maria Przełomiec: Warto walczyć o Wschód

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
alt Maria Przełomiec   Polską politykę zagraniczną można chyba uznać za jeden z największych sukcesów ostatniego dwudziestolecia. Pełna zgoda polskich elit, tych postsolidarnościowych i tych postkomunistycznych, co do integracji III RP z zachodnimi strukturami zaowocowała członkostwem najpierw w NATO, a następnie w Unii Europejskiej.    
Oczywiście same polskie wysiłki najprawdopodobniej by nie wystarczyły, gdyby nie wsparcie ze strony Zachodu. Jednak na owo wsparcie jednoznaczne polskie deklaracje miały niewątpliwy wpływ. Z polityką wschodnią sprawa wydaje się nieco bardziej skomplikowana. Ważne jest jednak, że mimo początkowych wahań, względnie szybko określono jej priorytet, czyli wspieranie suwerenności, demokracji i prozachodnich dążeń krajów postradzieckich, nawet kosztem gorszych stosunków z Moskwą.
 
Zasadę tę przyjęto mimo początkowych prób uprawiania tzw. dyplomacji dwutorowej, polegającej na utrzymaniu równie dobrych kontaktów z Moskwą jak i próbującymi wybić się na niepodległość sowieckimi satelitami, bez preferowania którejkolwiek ze stron. Ta linia, stworzona i utrzymywana przez pierwszego polskiego ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego, miała swoje racjonalne powody. Do grudnia 1991 roku istniał ZSRR, wojska radzieckie stacjonowały w Polsce, w rządzie Tadeusza Mazowieckiego zajmowali stanowiska tacy ludzie jak Czesław Kiszczak, a prezydentem już wolnej Polski był generał Wojciech Jaruzelski. W tej sytuacji trudno było nawet składać jasne prozachodnie deklaracje. Zamiast nich padały raczej pomysły budowania mostu między Wschodem a Zachodem. Celem polityki zagranicznej, w tym wschodniej, było więc raczej ułożenie sobie w nowych warunkach jakiegoś modus vivendi z Moskwą i rodzaj „finlandyzacji" niż pełna suwerenność ze wskazaniem na Zachód. W rezultacie w ciągu pierwszego roku rządów Tadeusza Mazowieckiego Warszawa niezłomnie stała przy Moskwie, nie domagając się nawet, jak Czechosłowacja i Węgry, rozwiązania Układu Warszawskiego. Sytuację zmieniło dopiero zjednoczenie Niemiec.
 
Jak już wspomniałam w 1990 roku w stosunku do Wschodu została sformułowana tzw. zasada dwutorowości - utrzymywania jednoczesnych dobrych stosunków z sowieckim centrum i graniczącymi z Polską, jeszcze sowieckimi, republikami. To właśnie owa zasada sprawiła, że mimo nalegań ze strony Litwy polskie władze w 1991 roku nie zdecydowały się jako pierwsze uznać niepodległości północnego sąsiada. Polska nie zdecydowała się na ten krok mimo że to właśnie w Warszawie na polecenie parlamentu w Wilnie litewski minister spraw zagranicznych Algirdas Saudargas tworzył rodzaj rządu na uchodźstwie, a kolejni parlamentarzyści niemal nie wychodzili z zabarykadowanego przed sowieckimi czołgami gmachu litewskiego Sejmasu. Mimo litewskich nalegań i oczekiwać pierwsza niepodległość Litwy uznała Islandia. Niewielka wyspa na Atlantyku nie musiała bowiem, tak bardzo jak Polska, liczyć się z radzieckim „Wielkim Bratem".
 
Inaczej wyglądała sytuacja kilka miesięcy później, gdy swoją niepodległość ogłosił kolejny polski sąsiad - Ukraina. Tutaj Warszawa była pierwsza, wyprzedzając w poparciu suwerenności Kijowa nawet posiadającą wpływową mniejszość ukraińską Kanadę. Ukraińcy do dzisiaj pamiętają ten krok. Krok, dzięki któremu do polskiej polityki zagranicznej zaczęła wkraczać, sformułowana ongiś przez międzywojenny ruch prometejski, a rozwinięta potem na emigracji przez Juliusza Mieroszewskiego, idea ULB - wolnych i niezależnych Ukrainy, Litwy, Białorusi. Z czasem popierano również suwerenność kolejnych, próbujących wyjść z rosyjskiej strefy wpływów krajów - takich chociażby jak Gruzja czy Mołdawia. Natomiast Litwa szybko w polskiej polityce zyskała zupełnie inny status, nie podmiotu, ale sojusznika w kształtowaniu, już europejskiej, polityki wschodniej.
 
Problem w tym, że sformułowanie tej, nazwijmy ją prometejską, zasady niosło za sobą jedną, dosyć niebezpieczną konsekwencję - w praktyce uniemożliwiało dobre stosunki z Rosją. Polska do znudzenia może tłumaczyć, że rozszerzenie zachodniej strefy wpływów na Wschód nie jest skierowane przeciw Rosji. Rządzona przez obecne elity Moskwa nigdy w to nie uwierzy.
 
Nie drażnić niedźwiedzia?
Za czasów Borysa Jelcyna, który nawet rosyjskim regionom kazał brać tyle władzy ile zdołają, pogodzenie polityki wspierania prozachodnich dążeń byłych republik sowieckich z dobrymi stosunkami z Moskwą wydawało się możliwe do osiągnięcia. Sytuacja uległa radykalnej zmianie, gdy do władzy doszedł Władimir Putin. Dla nowego prezydenta „zbieranie ruskich ziem" stało się jednym z głównych celów politycznych, a idea odrodzenia imperium - głównym hasłem mającym zjednoczyć naród. Aby to osiągnąć Rosja używała i używa wszystkich możliwych metod - od szantażu surowcowego poczynając, na interwencji zbrojnej, jak to widzieliśmy w zeszłym roku na Kaukazie, kończąc.
 
W tej sytuacji ceną jaką Warszawa musiałaby zapłacić za dobre stosunki z Moskwą, byłaby rezygnacja ze wspierania prozachodnich dążeń Ukrainy, Gruzji czy też Białorusi. Tego zaś moim zdaniem zrobić nie wolno. Nie z przyczyn sentymentalnych. Nie dlatego, że wyżej wymienione państwa same sobie integracji z Zachodem życzą (może za wyjątkiem białoruskiego prezydenta, którego jedynym celem wydaje się utrzymanie władzy niezależnie dzięki czyjej pomocy: Rosji czy Unii Europejskiej), ale dlatego, że leży to w żywotnym polskim interesie.
 
Ostatnie kilkanaście lat dowiodło bowiem, że wejście w zachodnią orbitę oznacza stabilizację, demokratyzację i powolny wzrost dobrobytu (nawet jeżeli teraz wzrost ten hamuje światowy kryzys). A przecież w polskim interesie leży graniczenie właśnie z takimi demokratycznymi, stabilnymi i przewidywalnymi krajami, a nie z dosyć nieprzewidywalną, a co za tym idzie niestabilną strefą rosyjskich wpływów. Inna rzecz, że dopóki sprawa ostatecznie się nie rozstrzygnie, Moskwa będzie robiła wszystko by sytuację w wyrywających się na Zachód krajach destabilizować, w czym niestety znakomicie pomagają jej dramatycznie słabe tamtejsze elity polityczne. Polska w tej sytuacji traktowana jest przez rosyjskie władze jako konkurent, tym bardziej irytujący, że nieproporcjonalnie mniejszy od byłego „Wielkiego Brata". Stąd nie tylko rosyjskie próby dezawuowania III RP na arenie międzynarodowej, ale także ciągle ponawiane starania Moskwy o odzyskanie wpływów w Polsce. Sytuację ułatwia Rosji ciągle bardzo duże uzależnienie III RP od rosyjskich surowców energetycznych.
 
Warto pamiętać, że w 2004 roku do ostatecznego „wyziębienia" relacji między Moskwą a Warszawą doszło nie tylko z powodu pomarańczowej rewolucji. Aleksander Kwaśniewski nie dostał zaproszenia do Moskwy, gdy okazało się, że Polska odmówiła sprzedaży rosyjskim firmom udziałów w Rafinerii Gdańskiej i Naftoporcie, będącym jedynym źródłem niezależnych dostaw ropy. Takie rzeczy powtarzają się do dzisiaj. W czerwcu 2009 roku Polska ciągle pozostawała ostatnią ofiarą ukraińsko-rosyjskiego styczniowego kryzysu gazowego, od pół roku nie otrzymując ¼ zakontraktowanego gazu. Moskwa zgodziła się uzupełnić dostawy w zamian za ustępstwa zarówno jeżeli idzie o opłaty tranzytowe, jak i strukturę własnościową dostarczającej surowiec polsko-rosyjskiej spółki. Porozumienie teoretycznie wypracowano, Rosjanie ciągle jednak zwlekają z jego podpisaniem. Zdaniem strony polskiej - z przyczyn politycznych. Dochodzi do tego w momencie, gdy Moskwa deklaruje chęć poprawy dwustronnych kontaktów.
 

Pomarańczowa rewolucja
Eksperci są zgodni, że punktem zwrotnym dla polityki wschodniej Warszawy stała się ukraińska pomarańczowa rewolucja w 2004 roku. Wszystkie ówczesne polskie elity solidarnie zaangażowały się po stronie protestujących przeciwko sfałszowanym prezydenckim wyborom Ukraińców. To prezydent Aleksander Kwaśniewski doprowadził do ugody między odchodzącym prezydentem Leonidem Kuczmą a faktycznym zwycięzcą wyborów Wiktorem Juszczenką, angażując w obrady ukraińskiego okrągłego stołu przedstawicieli UE. To polscy eurodeputowani niezależnie od politycznej opcji potrafili przeforsować w Brukseli oficjalne poparcie dla „pomarańczowego" obozu. Na kijowskim Placu Niepodległości zgodnie występowali Lech Wałęsa i Lech Kaczyński. W Brukseli Jerzy Buzek, Grażyna Staniszewska, Jacek Saryusz-Wolski, Konrad Szymański, Marek Siwiec. Polska po raz pierwszy udowodniła, że potrafi nie tylko sformułować prerogatywy wschodniej polityki, ale także skutecznie lansować je na forach międzynarodowych. Tego zwycięstwa Rosja nigdy Warszawie nie darowała.
 
Pomarańczowa rewolucja stanowiła zwrot nie tylko w stosunkach polsko-rosyjskich czy polsko-ukraińskich. Warszawa po raz pierwszy wyraźnie zdała sobie sprawę z możliwości, jakie daje jej członkostwo w UE i z tego, że międzynarodowe współdziałanie jest najlepszym sposobem realizowania dyplomatycznych celów. Pokłosiem tych wydarzeń stały się podjęte później przez prezydenta Kaczyńskiego próby współpracy energetycznej na linii Morze Bałtyckie-Morze Kaspijskie. W zorganizowanych kolejno w Krakowie, Wilnie, Kijowie i Baku szczytach brali udział przedstawiciele Litwy, Polski, Ukrainy, Gruzji, Azerbejdżanu oraz Kazachstanu. Inicjatywa mająca na celu dywersyfikację dostaw surowców energetycznych w zasadzie powinna była spotkać się z szerokim odzewem. Niestety w tym wypadku zabrakło w Polsce owej jednomyślności, z którą mieliśmy do czynienia na Ukrainie w 2004 roku. Wewnętrzne spory pomiędzy PO i PiS okazały się ważniejsze niż ogólnopaństwowy interes. Moim zdaniem to jedna z przyczyn, dla których do tej pory owe energetyczne spotkania prócz kolejnych podpisywanych deklaracji nie przyniosły właściwie większych rezultatów.
 
Należy mieć nadzieję, że więcej szczęścia będzie miał polsko-szwedzki program Partnerstwa Wschodniego. Projekt, którego celem jest pomoc Armenii, Azerbejdżanowi, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Ukrainie w zbliżeniu do UE, został uroczyście zainaugurowany na tegorocznym majowym szczycie Unii Europejskiej w Pradze. Partnerstwo Wschodnie przewiduje m. in. stworzenie wspólnej z Unią Europejską strefy handlu, współpracę energetyczną czy ułatwienia wizowe. Najmniej istotnym punktem wydaje się unijne wsparcie finansowe. Proponowane 60 mln euro do podziału na 6 krajów w przeciągu czterech lat jest sumą symboliczną. Niemniej jednak ważnym jest, że taka suma w ogóle się pojawiła - to dobry znak i być może początek większych dotacji. Gdyby jeszcze udało się wprowadzić w życie pozostałe założenia Partnerstwa, przyszłość Europy Wschodniej byłaby w zasadzie przesądzona. Problem w tym, że na razie polsko-szwedzka inicjatywa to tylko ramy, które należy wypełnić treścią. Do czego kraje tzw. starej Unii specjalnie się nie palą. Wyraźna irytacja Rosji, która Partnerstwo Wschodnie uznała za zagrożenie swych interesów, świadczy iż program, o ile zostanie zrealizowany, naprawdę ma szansę zbliżyć byłych sowieckich satelitów do Zachodu. Wymagać to będzie jednak zgodnych, upartych i konsekwentnych starań, przede wszystkim pomysłodawców, w tym Polski.
 
Słabe punkty
W tej sytuacji za największą klęskę polskiej polityki wschodniej należy uznać fakt, że często słusznych ram nie wypełnia przemyślany i konsekwentnie realizowany program. W dodatku realizacja, zamiast być wynikiem zgodnych, skoordynowanych działań wszystkich politycznych sił, często staje się polem rywalizacji pomiędzy poszczególnymi ośrodkami władzy. Tymczasem prowadzenie skutecznej polityki wschodniej, wymagające ciągłego uaktualniania - wpisanego w stałą długofalowa strategię - nie może być wynikiem podejmowanych ad hoc
decyzji i wyścigu kto dalej dojdzie.
 
W kwestiach integracji z Zachodem polscy politycy niezależnie od opcji mówili jednym głosem i konsekwentnie dążyli do celu - członkostwa w UE i NATO. W sprawie polityki wschodniej mimo zasadniczej zgody co do wyznaczonych celów, wyraźny jest brak tej jednomyślności i konsekwencji. Być może dlatego, że sprawa jest trudniejsza, bardziej rozłożona w czasie i wymaga większych dyplomatycznych zdolności. Umiejętnego balansowania tak, aby strategiczny priorytet, czyli integracja krajów Europy Wschodniej z Zachodem został osiągnięty, ale by jednocześnie Rosja nie mogła Warszawie przyprawiać gęby „chronicznego rusofobia". Z taką łatką bowiem trudniej w Unii promować wschodnioeuropejskie interesy oraz walczyć zarówno z zachodnim wygodnictwem, jak i z prorosyjskim lobby. Jest to zadanie bardzo trudne i dlatego wymagające daleko idącej współpracy parlamentu, rządu oraz prezydenta, wspomaganych stałym, a nie zmieniającym się zależnie od koniunktury, gronem doradców. Brak tej zgodnej linii, kontynuowanej niezależnie od zmian na szczytach władzy, uważam za największą słabość polskiej polityki wschodniej.
 
Innym słabym punktem, związanym zresztą właśnie z brakiem długofalowej i konsekwentnej polityki wschodniej, jest także częste kierowanie się w stosunkach z Rosją emocjami, zarówno tymi pozytywnymi, jak i negatywnymi. Do emocji pozytywnych zaliczam pojawiające się co pewien czas w politycznych wypowiedziach i w prasie nadzieje na przełom. Właściwie mówi się o nich przed niemal każdą ważniejszą polsko-rosyjską wizytą. Polski premier jedzie do Moskwy - będzie przełom; rosyjski premier udaje się do Warszawy - przełom. Takie oczekiwania znacznie wzmacniają rosyjską pozycję przetargową, bo polski wyborca oczekuje jakichś nadzwyczajnych osiągnięć, a rządzący stają się tychże oczekiwań zakładnikiem. Tymczasem trzeba sobie jasno powiedzieć - żadnych przełomów na razie nie będzie i być nie może, gdyż interesy są zbyt rozbieżne. Nadzieje na to, że jeżeli Polska zrezygnuje z popierania prozachodnich dążeń Ukrainy i Białorusi, to Rosja uzna ją wreszcie za równoważnego partnera, są z gruntu fałszywe. Jedyne co Warszawie pozostaje to chłodna głowa i ograniczony polskim interesem pragmatyzm. Innymi słowy należy jak najwięcej i najskuteczniej działać, a jak najmniej i najrozsądniej mówić. Świetnie rozumieją to np. Niemcy, którzy chwaląc Gazociąg Północny intensywnie szukają na obszarze postradzieckim alternatywnych dostaw energii, inwestując np. w omijający Rosję gazociąg Nabucco. Tyle że o Nord Stream Berlin mówi głośno, a w Nabucco czy turkmeńskie złoża gazu inwestuje po cichu.
 
Zasada robić a nie mówić dotyczy także, a może przede wszystkim, emocji negatywnych. Pojawiają się one często przy okazji wyborczych kampanii lub prowokowanych przez stronę rosyjską sytuacji, takich jak częste podkreślanie długu wdzięczności, jaki Polacy zaciągnęli wobec żołnierzy radzieckich, rosyjskie żądania rewizji historii II wojny światowej czy kontrowersyjne oświadczenia rosyjskiego MSZ w rodzaju „grzechem jest skarżenie się na Jałtę ze strony Polaków" (2005). Agresywna odpowiedź Warszawy na takie enuncjacje leży w rosyjskim interesie, jest bowiem dowodem na polskie fobie. Na szczęście nerwowe reakcje ze strony polski polityków zdarzają się coraz rzadziej i należy mieć nadzieję, że zbliżające się wybory sytuacji nie zmienią.
 

Konkretne zadania polskiej polityki wschodniej
Przyjęty w maju 2009 roku projekt Partnerstwa Wschodniego może okazać się albo wielkim sukcesem jego twórców, czyli Polski i Szwecji, albo kompromitującą wydmuszką. Jednocześnie może stać się wygodnym alibi dla starych państw Unii, że jednak coś dla Europy Wschodniej robią, a jeżeli te działania się nie powiodą, to nie z winy Brukseli. Na razie na projekcie niewątpliwie zyskała Warszawa, wzmacniając dobrze przyjętym programem swoją pozycję na unijnym forum. Jeżeli jednak na tym się skończy będzie to porażka nie tylko państw, do których program jest skierowany, ale także Polski. I znowu wcale nie z przyczyn historycznych sentymentów, łączących Polskę z Ukrainą czy Białorusią, ale dlatego że w takim wypadku III RP stanie się państwem frontowym, graniczącym z niestabilnym i nieprzewidywalnym obszarem.
 
Zadań stojących przed Polską jest sporo.
 
1. Jak zmusić Brukselę do konkretnej pomocy Wschodowi? Zadanie niełatwe, nie tylko z powodu kryzysu, ale także dwustronnych powiązań poszczególnych krajów tzw. starej Unii z Rosją. Na przykład dla niemieckich biznesmenów ważniejsze są dobre interesy z Rosją niż odległe korzyści stabilizacji i przewidywalności Europy Wschodniej.
 
2. W tym kontekście bardzo ważne może okazać się przekonanie Niemiec do polskich racji. Stara się to robić minister Sikorski, ale na razie z dosyć słabym skutkiem. Próby zaprzyjaźnienia się z byłym niemieckim odpowiednikiem - Frankiem-Walterem Steinmeierem - nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Może więc lepiej sporządzić protokół rozbieżności i skupić się na łączących oba kraje celach. Wbrew pozorom jest ich sporo, poczynając od Ukrainy, gdzie Niemcy gospodarczo są zaangażowane bardziej niż Polska, na pomocy dla Gruzji kończąc. Warto także pamiętać, że Berlin (o czym już wspomniałam) zainteresowany jest nie tylko wywołującym polską irytację Gazociągiem Północnym, ale także alternatywnymi dla rosyjskich projektami energetycznymi związanymi ze złożami z ropy i gazu w basenie Morza Kaspijskiego oraz w Azji Centralnej.
 
3. Trzeba kontynuować wysiłki zmierzające do dywersyfikacji dostaw energii. Warto w już istniejące projekty włączać kraje Europy Wschodniej, starać się współdziałać z mocniejszymi unijnymi partnerami, dalej aktywnie działać w unijnych instytucjach. Przecież to w dużej mierze dzięki polskim wysiłkom Unia Europejska przyjęła Nową Strategię Energetyczną dla Europy.
 
4. Należy starać się urealnić zachodni wybór Ukrainy m. in. poprzez współtworzenie programów wychodzących poza Partnerstwo Wschodnie (to ostatnie bowiem nie oferuje Kijowowi niczego więcej niż wcześniejsze unijno-ukraińskie porozumienia). Współtworzenie powinno zatem przebiegać na dwóch płaszczyznach: polsko-ukraińskiej oraz międzynarodowej. Ważną rzeczą jest także nieustanne lobbowanie na rzecz interesów ukraińskich w Brukseli, szczególnie teraz, gdy kłótnie kijowskich polityków mogą zniechęcać Unię do dalszego angażowania się na Ukrainie. Warto uświadamiać starym państwom Unii, że bilans osiemnastu lat ukraińskiej niepodległości właściwie jest imponujący. Mimo siedemdziesięcioletniego komunistycznego panowania, podziału kraju i słabej klasy politycznej, udało się stworzyć solidne podstawy dalszego rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Ukraińskie wybory odpowiadają już w zasadzie zachodnim standardom a autorytarny system władzy w rosyjskim stylu wydaje się bardzo mało prawdopodobny.
 
5. Kwestia Kaliningradu - najbardziej obecni w tej chwili są w Kaliningradzie Niemcy, co powinno zaniepokoić Warszawę i skłonić ją do większego zaangażowania się w eksklawie. Tutaj możliwe byłyby wspólne litewsko-polskie propozycje i działania.
 
6. W relacjach z Rosją trzeba zbudować barierę dla emocji. Należy skończyć z obietnicami kolejnych rządów znaczącej poprawy stosunków, pozbyć się naiwnych złudzeń, że bez znacznych i sprzecznych z interesem państwa ustępstw da się nawiązać z Moskwą normalne, dobrosąsiedzkie kontakty i spokojnie realizować strategiczne cele. Najlepiej, chociaż nie wyłącznie przy użyciu unijnych mechanizmów i narzędzi. Jednym słowem trzeba zmusić Unię Europejską do tego, żeby uznała wschodni wymiar nie za sprawę peryferyjną, ale za jeden z głównych nurtów europejskiej polityki.
 
Zakończenie
20 lat temu Polska trafiła na bardzo dobry moment. Rosja była słaba, Niemcy przyjazne i adwokatujące polskiej integracji z Zachodem. Te pięć minut jednak się skończyło. Sytuacja uległa diametralnej zmianie. Rosja jest teraz dużo silniejsza oraz bardziej zdeterminowana. Gotowa siłą i surowcami realizować swoje interesy; siłą i surowcami utrzymać swoją strefę wpływów. Niemcy, przynajmniej częściowo, rosyjskim staraniom sprzyjają, a w dodatku przestali czuć się katem, a zaczynają ofiarą, co dla polsko-niemieckich stosunków może mieć ogromne znaczenie.
Co gorsza następuje erozja europejskich struktur bezpieczeństwa. Widzi to i wykorzystuje Moskwa konsekwentnie lansując nową koncepcję europejskiego systemu bezpieczeństwa, w który to system miałyby być włączone, nie bardzo wiadomo na jakich zasadach, obecne instytucje - NATO, rosyjska Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ros. ODKB), Wspólnota Niepodległych Państw, UE, Rada Europy oraz OBWE. Te starania widać było bardzo wyraźnie podczas obchodów 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej. Cała retoryka rosyjskich władz i mediów skierowana została na to by wykazać, iż głównym winowajcą światowego konfliktu była demokratyczna Europa, eliminująca ZSRR z przedwojennych systemów bezpieczeństwa.
 
Bruksela na razie łagodnie, acz stanowczo, odrzuca rosyjskie propozycje, ale w tej chwili tylko Moskwa ma wolę i jest gotowa ponosić ofiary w konfrontacji z Zachodem. Ostatecznie może to doprowadzić nawet do tego, że Rosja stanie się w Europie głównym rozgrywającym. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, iż nowy amerykański prezydent Barack Obama skupia się przede wszystkim na rozwiązaniu problemów afgańsko-irańskich, w czym Rosja jest, jeżeli nie niezbędna, to przynajmniej bardzo pomocna. Stąd wyraźny kurs Waszyngtonu na poprawę stosunków z niedawnym antagonistą.
 
Co w tej sytuacji powinna robić Polska? O wewnętrznej strategii już pisałam. Na arenie międzynarodowej Warszawa musi być aktywna, musi szukać sojuszników w całej Europie, lobbować na rzecz swoich pomysłów we wszystkich międzynarodowych strukturach. Partnerstwo Wschodnie jest wynikiem sojuszu ze Szwecją; z krajami skandynawskimi łączą Polskę także kwestie energetyczne, podobnie z państwami bałtyckimi. Warto zwrócić uwagę na coraz bardziej zainteresowaną Wschodem Wielką Brytanię. Dobrym, a ciągle słabo wykorzystywanym, polem współpracy może stać się wreszcie Grupa Wyszehradzka (o ile oczywiście przetrwa obecne wewnętrzne spory). Swoje odniesienia do Wschodu mają także Bałkany oraz - popierana w unijnych staraniach przez Polskę - Turcja. To też potencjalni sojusznicy. Jednym słowem nie wystarczy być w unijnym „mainstreamie" - trzeba jeszcze starać się tym głównym nurtem kierować. Jeżeli Polska tego nie potrafi, przegra. Podobnie stanie się, jeżeli odwróci się od swoich wschodnich sąsiadów. Stawanie tyłem może bowiem skończyć się potężnym kopniakiem, który niekoniecznie skieruje Polskę na Wschód.
 
Artykuł ukazał się w Komentarzu Międzynarodowym Pułaskiego nr 19/2009 alt Publikacja za zgodą wydawcy.
 
Czytany 10271 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 10 marzec 2016 18:13